-
Telefon: + 48 696 996 410
-
Email: kontakt@muzyczny-krakow.eu
Recenzja bez wychodzenia z domu
Połowa października to czas zmiennej aury, a nawet śniegu, czas chorych zatok i definitywnego chowania ogrodowych mebli do garażu. To też nowy sezon koncertowy, a rok z piątką na końcu oznacza Konkurs Chopinowski. Na szczęście, mimo niekorzystnego zestawienia czynników ze zdania pierwszego z drugim, to wydarzenie można śledzić, skąd tylko meloman sobie życzy. Pełne relacje przez dzień cały w Dwójce oraz dzięki cyfrowemu przedsięwzięciu pn. Radio Chopin. Jeżeli ktoś woli wizję, a obraz artysty uzupełnić musi wglądem w fizjonomię i krój garnituru, względnie – kwestię „bezowatości” lub nie sukni – wtedy wybrać można transmisje TVP Kultura.
Lubimy pierwszy etap, uroczysty nastrój, moment, gdy wszystko może się zdarzyć. Lubimy rozstrzygać, kto artysta, kto rzemieślnik, a kto udatnie łączy; lubimy porównywać, zestawiać, przewartościowywać, słuchać pod rząd tego samego i dziwić się, jak bardzo różnie może brzmieć. Lubimy patrzeć na te twarze tuż przed pierwszym tonem, na te miny. Na tych, co na estradę niemal wbiegają i tych, co wstępują na nią leniwie jak koty, z obliczem nieodgadnionym. Lubimy słuchać, co poczną z nietrafionymi oktawami, jak błyskotliwie odniosą się do okazjonalnych luk w kunszcie, jak gnają przez polonezy i rozkładają akcenty po swojemu. Lubimy te autokomentarze, rozbrajające i na gorąco: „…jestem zadowolony; nie wiedziałem, że to w środku w tym scherzu to kolęda, naprawę?; nie, profesor nic mi dziś nie poradził, jest tu jurorem; och, tylko szaleniec zaczyna program od etiud” (a w tle konkurent właśnie wartko takoż zaczyna. Wtedy zapewne będzie to taki, co wybrał fortepian Yamaha).
Lubimy też Państwa w Studiu Koncertowym. Szczególnie tych, co mawiają: ten to gra kulturalnym dźwiękiem. Albo: on gra tak, jak Chopin chciał, żeby to grać. Trochę zazdrościmy przenikliwości.
Mamy absolutną predylekcję do pianistów wybierających Steinwaya i Balladę g zamiast Scherza. Niesprawiedliwie i z nieobiektywnym nepotyzmem przyznajemy im na wejściu punkty. Do tego oczywiście niezbywalna estyma wobec Rosjan i Węgrów oraz tych z dźwiękiem aksamitnym, lecz ciemnym, wszelkiej perlistości przeciwnym, choć od Chopina przez to, owszem, trochę dalej. Powściągliwą gęstość dźwięku przedkładamy nad finezję i strojenie min nad klawiaturą.
Niespecjalnie przepadamy za słodkawą barwą Yamahy, za jej metaliczno – elektronicznym brzmieniem bez pogłosu, wycyzelowanym od igły. Średnio nas porywają wykonania nastolatków, cudownych dzieci fortepianu, szybko i trzeźwo odgrywających swoje programy w nastroju nieustającej etiudy. Rzadko i połowicznie przekonują Azjaci, wpasowani jak ulał w lśniące japońskie instrumenty, precyzyjni, z estetyką jakoś nie tą. Chociaż był jeden Pan z Korei… Jakże On zagrał Preludium c. Jakie tam były cezury. Jakie kolory.
Słuchamy z uwagą Polaków, przed których występami sala każdorazowo się zapełnia, a oklaski są z okrzykami wiernych przyjaciół z pierwszych rzędów.
Pełni jesteśmy uznania.
Cieszymy się, gdy okazuje się, że na razie jednak gust mamy dość zbieżny z werdyktami Jury i nasi faworyci – poza jednym – przechodzą dalej.
Równocześnie głęboko podziwiamy uczestników stających w konkursowe szranki; wiemy aż za dobrze, jak wymagająca to sprawa: zaprezentować najlepszą swą pianistyczną formę w wyznaczonym terminie i o żądanej porze. I czekamy. Finał blisko; co prawda, wolimy program początkowych etapów i entuzjastami Koncertów e i f (melomani ściśle dogmatyczni, wybaczcie) nie jesteśmy; wolimy Rachmaninowa i to się chyba prędko nie zmieni. Jednak najżyczliwiej kibicujemy i ciekawi jesteśmy bardzo. Liczymy, że Europejczyk, że charyzmatyczny bardziej niż Pani Awdiejewa i romantyczny mniej niż Pan Blechacz; mamy nadzieję, niepoprawną i cichą, że tym razem ktoś z opozycji, z własnym konceptem i lekko na bakier z kanonem. Tak byśmy chcieli. Ale czekamy cierpliwie.
Koncerty przyszłego laureata już zakontraktowane.