Akademia Symfonicznie – ICE Kraków

Grudniowy, poniedziałkowy, szary, bury i smutny wieczór … nic nie wskazuje że przyniesie tyle muzycznych i „niemuzycznych” atrakcji. Dzisiaj wybieram się po raz pierwszy do Centrum Kongresowego ICE Kraków. Zagra Orkiestra Symfoniczna Akademii Muzycznej w Krakowie, pod dyrekcją światowej sławy dyrygenta, jakim jest Yan Pascal Tortelier. Zagrają między innymi Symfonię Fantastyczną op. 15 Hectora Berlioza, wystąpi też skrzypaczka Aleksandra Kuls, kolekcjonerka wszystkich możliwych nagród, z „Paszportem Polityki” włącznie. A więc szykuje się „muzyczna uczta”, tym bardziej ze mam w pamięci brawurowe wykonanie przez tą orkiestrę Symfonii z Nowego Świata Dworzaka, pod batutą Tadeusza Wojciechowskiego.

Ale najpierw muszę przebrnąć przez atrakcje „niemuzyczne”. Centrum Kongresowe ICE Kraków w grudniowy, poniedziałkowy wieczór, sprawia wrażenie smutnego i posępnego, tym bardziej że oświetlenie terenu wokół jest co najmniej skąpe. Szybko przyłączam się do jednej z grupek szukających wejścia (jest ich kilka, moja – po krótkiej naradzie, postanawia po prostu iść wzdłuż ściany zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Tam gdzie intuicja podpowiada większości ludzi że powinno być wejście, są zamknięte drzwi ewakuacyjne. Znajdujemy w końcu wejście główne usytuowane na… zapleczu budynku.
Foyer i wnętrza Centrum utrzymane są w stylistyce „biało – betonowo – przaśnej” z dodatkami „bordowo – czerwonymi”. To nie jest estetyka, która mi odpowiada, ale oczywiście to moja prywatna opinia. Pomijam fakt że niektóre białe elementy nadają się już do odmalowania a Centrum działa dopiero od niecałych dwóch miesięcy.
Sala Audytoryjna sprawia za to bardzo dobre wrażenie, utrzymana jest w stylistyce Parlamentu Międzygalaktycznego z pierwszej części filmu „Gwiezdne Wojny”. Przejścia i dojścia są szerokie i ergonomiczne, siedzi się wygodnie, równie dobra jest widoczność. Sala jest przestronna
i przyjazna. O akustyce nie będę się wypowiadał, siedziałem na bocznym balkonie i tam była … powiedzmy poprawna. Nie do przyjęcia był jeden mały, ale bardzo irytujący szczegół. Otóż, w muzyce bywają chwile ciszy, które „też grają”. Są to pauzy, ale też krótkie przerwy, na przykład pomiędzy częściami utworu. Słychać wtedy szelest przekładanych nut, szuranie poprawianych krzeseł, czy lekkie „brzęknięcie” instrumentów. To też „uczta dla melomana”. Niestety, w tej sali jesteśmy pozbawieni tych przyjemności. Cały czas słychać cichy ale bardzo wyrazisty dźwięk. To „coś” to pewnie jakiś agregat lub wentylator. Natężenie dźwięku nie jest duże, ale bardzo przeszkadza.

Tyle o atrakcjach „niemuzycznych” … zaczyna się koncert.
Wieczór rozpoczął się przepięknym Koncertem skrzypcowym e-moll Feliksa Mendelssohna – Bartholdyego, którego solową partię zagrała znakomita Aleksandra Kuls. Ta perła wśród koncertów skrzypcowych zdawała się być bliska skrzypaczce, która kreowała to wspaniałe dzieło od początku do samego końca. Wisienką na torcie wspaniałego wykonania Aleksandry Kuls był Kaprys a-moll Henryka Wieniawskiego – wirtuozowski, precyzyjny, ale przede wszystkim błyskotliwy. Wykonany brawurowo na „bis”, wzbudził entuzjazm publiczności.

Teraz czytający ten tekst, muszą przebrnąć przez krótkie „muzyczno – filozoficzno – marynistyczne” rozważania.
Nie od dziś wiadomo, że gdy statek tonie to orkiestra wciąż gra. Tak było na Titanicu i pewnie na wielu innych pokładach. To przesłanie, które narodziło się właśnie po tragicznym dziewiczym rejsie brytyjskiego liniowca, dla profesjonalnych muzyków i dyrygentów ma jeszcze głębsze znaczenie. Każdy koncert to swego rodzaju rejs, który wspólnymi siłami trzeba przebyć, starając się ominąć kry i góry lodowe. Te najlepsze orkiestry nie tylko omijają góry lodowe, ale łapią fale, co sprawia, że interpretacje są niezapomniane. Niestety po ostatnim koncercie, trudno oprzeć się wrażeniu, że Orkiestra Symfoniczna Akademii Muzycznej trafiła na taką właśnie krę (a może rzeczywiście na górę lodową) w postaci Symfonii Fantastycznej Hectora Berlioza. W takich wypadkach zawsze pojawiają się pytania: „jak do tego doszło”, „kto zawinił”? Historia pokazuje, że odpowiedzialny jest w tej sytuacji kapitan, czyli dyrygent, który ma za zadanie całą, wieloosobową muzyczną machinę doprowadzić do końca.

Symfonia Fantastyczna op. 15 Hectora Berlioza, to bardzo „emocjonalna” kompozycja, oparta na osobistych przeżyciach autora. W pewnym momencie, zauważyłem …. że coś jest „nie tak”. O dziwo, symptomem tego nie były dźwięki, które dochodziły do moich uszu, ale … dziwne zachowanie dyrygenta.  To co stało się jednak w V części wywołało wielkie zdziwienie publiczności. Maestro Yan Pascal Tortelier na 2-3 min. przed końcem ok. godzinnej symfonii zatrzymał orkiestrę, gdyż ta rzeczywiście wpadła w „turbulencje” i rozpoczął dalej od wskazanego numeru. Orkiestra przestała grać na ułamek sekundy w którym można było usłyszeć głośno i wyraźnie głos dyrygenta „seventy eight” (78). Pytaniem pozostaje, czy światowej sławy dyrygent powinien pozwolić sobie na takie zachowanie? Czy sytuacja była na tyle poważna, że zespołu nie dało się już „poskładać”. Z tego co jest mi wiadomo, niektórzy muzycy byli oburzeni, choć oczywiście i tutaj zdania są podzielone. Inni twierdzą, że sytuacja była rzeczywiście dramatyczna i żadne gesty dyrygenta nie poprawiłyby sytuacji. Większość jednak młodych muzyków jest zdania, że kryzysowi można było zaradzić i … choć na co dzień nie grają w orkiestrze Filharmoników Berlińskich, to z pewnych sytuacji potrafią wybrnąć i spaść na 4 łapy.

W ciągu ostatniego miesiąca orkiestra dała dwa koncerty. Pierwszy pod batutą Tadeusza Wojciechowskiego okazał się być wielkim sukcesem [relacja Muzycznego Krakowa]. Muzycy grali jak starzy wyjadacze, a Symfonia z Nowego Świata Dworzaka tchnęła świeżością. W „przypadku” Symfonii Fantastycznej uważam, że problemem mógł być dyrygent, który w widoczny sposób okazywał złość na muzyków. Na początku wydawało mi się że „ekspresyjny” sposób dyrygowania to indywidualny styl prowadzącego orkiestrę. Z czasem zauważyłem, że był wynikiem irytacji i był podyktowany podjętymi przez niego próbami opanowania zespołu. Nie udało mu się uniknąć gęstej atmosfery, jaka zapanowała między pulpitami. Koło okazało się błędne. Im bardziej dyrygent dawał upust swemu niezadowoleniu, tym orkiestra zdawała się być bardziej spłoszona.
Część mniej zaprawionych słuchaczy w ogóle nie spostrzegła, że coś w orkiestrze się stało. Dopiero głos dyrygenta i niespodziewana pauza wzbudziły pewne podejrzenia. Może jedna trzeba było próbować doprowadzić utwór do końca „za wszelką cenę”??? Pytanie, czy statek zatonął i jakie będą tego konsekwencje? A dla młodych muzyków? Cóż… szkoła życia.

berlioz

  • Pragnę podziękować moim znajomym i przyjaciołom muzykom. Dziękuję za cierpliwość i czas poświęcony na objaśnianie zawiłości „dyrygencko – orkiestrowych”. Fragment „marynistyczny”, pisany kursywą, nie jest mojego autorstwa. To fragment opinii o koncercie, napisany przez zawodowego muzyka, grającego w orkiestrze symfonicznej.
Andrzej Wodziński
Andrzej Wodziński

Redaktor naczelny serwisu. Autor nie ma wykształcenia muzycznego i jakichkolwiek kwalifikacji do bycia krytykiem muzycznym. Publikowane teksty są „nieobiektywnie emocjonalne”. Słucha muzyki każdej (z małymi, nieobiektywnymi wyjątkami). Muzyka towarzyszy mu (w różnych formach i przejawach) przez całe życie i czyni go piękniejszym. Informacje dodatkowe: autor, jeśli nie słucha muzyki to ogląda filmy ... Każdą wolną chwilę stara się (z różnym skutkiem) spędzać w górach. Wegetarianin i cyklista.

Artykuły: 558
Przejdź do treści