jazz recenzje 14 maja 2018

Stacey Kent – relacja z koncertu

Wieczór 26 kwietnia stał się wyjątkowy za sprawą znanej amerykańskiej wokalistki z pogranicza jazzu i muzyki popularnej. Nagrodzona wieloma cennymi nagrodami Stacey Kent wystąpiła w krakowskim Kijów. Centrum w ramach cyklu Świat Wielkiej Muzyki organizowanego przez Cracovia Music Agency.

Koncert Stacey to trochę intymna podróż. Wokalistka zaprezentowała nam mądrą, ciepłą opowieść ubraną w niebanalne dźwięki, a zebrała to wszystko w spójnym i jednocześnie fascynującym programie. Koncert miał koić, ale nie pozwolił nikomu nadto się rozleniwić, bo od czasu do czasu pojawiała się pełna słońca salsa, czy samba. Amerykanka, która wychowywała się we Francji, a wykształcenie odbierała w Anglii, nabytą wielokulturowość kapitalnie transferuje do swojej muzyki. Jej głos był wyrazisty niezależnie od tego, czy śpiewała po angielsku, portugalsku, czy też francusku.

Uwodząca uroda twórczości artystki polega na tym, że jej piosenki są rodzajem opowieści lub nawet wyznania, ale nie zmierza to w stronę nadmiernej ekspresji, czy przesadnych emocji. Wokalistka przez cały czas była skupiona, grała ciszą i spokojem, a to wywierało na publiczności największe wrażenie. Dodatkowo każdy słuchając jej mógł poczuć się, jakby śpiewała wyłącznie dla niego. Jej śpiew można porównać raczej do luźnej rozmowy z odbiorcą, a nie występu na wielkiej scenie. Nie próbowała czarować urodą ani scenicznym wizerunkiem. Skromnie ubrana była po prostu sobą i to właśnie swoją naturalnością zachwyciła słuchaczy.

Stacey Kent z ochotą czerpie z różnych gatunków muzycznych, tworząc swój wyrafinowany artystyczny styl. Z klasą potrafi również nawiązywać do jazzowej tradycji, by wydobyć z niej najciekawsze inspiracje. Wokalistka oczarowała krakowską publiczność lekkością i finezyjną prostotą śpiewania. Mimo tego, że nie posiada „wielkiego” głosu, to jest on subtelny, wyrazisty i krystalicznie czysty. W dodatku towarzyszy temu perfekcyjna dykcja i charakterystyczne frazowanie.

Oprócz wokalu, Stacey zaprezentowała swój niebywały talent do opowiadania. Malowała nowe obrazy delikatnym głosem, śpiewając o swoich doświadczeniach i emocjach im towarzyszących. Przy tym niewiele mówiła pomiędzy utworami. Sama przyznała, że podczas występu weszła w zupełnie inny świat i żadne dodatkowe słowa nie są już potrzebne. Zdecydowanie miała rację, ponieważ prezentowane na scenie I know I dream, Mais Uma Vez, czy Bullet Train obroniły się same.

Wciąż żywa jest w Kent fascynacja piosenką francuską a echa tej fascynacji wybrzmiały podczas koncertu. Francuskie piosenki mają to coś, co odróżnia je od innych, szczególnie w sensie emocjonalnym. Według mnie punktem kulminacyjnym występu było Ne Me Quitte Pas Jacquesa Brela , tym razem jednak w wersji anglojęzycznej.

Na uznanie zasługuje interesująca warstwa muzyczna. Urzekający wokal Stacey momentami ustępował miejsca towarzyszącym jej muzykom, oddając na chwilę pałeczkę pierwszeństwa saksofoniście oraz pianiście. Oba instrumenty idealnie razem współbrzmiały. Jazzowy akompaniament i dyskretne aranżacje Jima Tomlinsona sprawiały, że mieliśmy do czynienia z piosenkami, którym niełatwo jest się oprzeć. Większość partii solowych grał Jim. Jego saksofon tenorowy przywoływał echa starych jazzowych nagrań uwiecznionych na płytach winylowych. Do improwizowanych dialogów co jakiś czas włączał się pianista Graham Harvey. Mrukliwy kontrabas Jeremy’ego Browna i perkusja Joshua Morrisona brzmiały klimatycznie i swingowo.

Stacey przyznała, że koncerty w Polsce są dla zespołu wyjątkowe ze względu na ciepłe przyjęcie publiczności. Tak było i tym razem, a owacje na stojąco zakończyły występ.

Był to idealnie zbalansowany koncert, w którym nostalgia przeplatała się z rozkołysanymi rytmami samby i bossa novy. Muzyka, którą zaprezentował zespół mogłaby być stawiana za wzór elegancji. Wokal subtelnie wtapiał się w misterne aranżacje. Jeśli ktoś lubi tego typu produkcje, to z pewnością do tej pory delektuje się występem.

podobne publikacje