jazz recenzje 8 listopada 2017

Simon Phillips & Protocol IV – relacja z koncertu

Simon Phillips – jeden z najsłynniejszych perkusistów świata rocka i fusion, były członek grupy Toto, wystąpił 4 listopada ze swoją grupą Protocol IV w klubie Studio. Był to kolejny koncert z serii Świat Wielkiej Muzyki a odbył się w ramach 62. Krakowskich Zaduszek Jazzowych.

Simon Phillips jest bez wątpienia jednym z najbardziej cenionych i szanowanych perkusistów w świecie, a jego styl wyróżnia nie tylko talent techniczny, ale i wrażliwość. Lista artystów, z którymi współpracował przyprawia o zawrót głowy. Znajdują się na niej między innymi: David Gilmour, Mick Jagger, The Pretenders, Whitesnake, The Who, Jeff Beck, Jack Bruce, Peter Gabriel, Joe Satriani, Tears for Fears, Judas Priest, Roxy Music, Michael Schenker, Al Di Meola, Pete Townshend, Robert Palmer.
W 1988 roku Simon nagrał swój pierwszy album Protocol, na którym znalazły się jego autorskie kompozycje. Kolejny, Kingdom Of Desire, pochodzi z 1992 roku. Trzy lata później na sklepowe półki trafił Symbiosis, zaś w 1997 roku Another Lifetime, który był promowany na trasie po Europie i Japonii. Efektem koncertów był kolejny album live Out Of The Blue, wydany w 1998 roku. W 1999 roku wyszedł studyjny Vatage Point, którym Phillips dokonał ostrej zmiany stylistycznej w kierunku czystego jazzu.
27 października 2017 roku ukazał się nowy album Protocol IV. Płyta oscyluje między elementami jazzu, rocka, muzyki klasycznej i world music. Podczas krakowskiego koncertu zostały zaprezentowane wszystkie utwory z tego krążka, a artyście towarzyszyli uznani muzycy: gitarzysta Greg Howe, basista Ernest Tibbs oraz klawiszowiec Otmaro Ruiz.

Perkusista bywał już w Polsce, ale jak pokazał ostatni koncert, fani wciąż nie mają dość jego brawurowych popisów perkusyjnych tak charakterystycznych dla Amerykanina. Nic dziwnego, bo Phillips jest także znakomitym showmanem, do minimum skracającym dystans między sobą, a publicznością. Doskonałym wyrazem tego były jego wypowiedzi na początku koncertu. Muzyk nie tylko przywitał się po polsku, ale przedstawił również swoich kolegów. Brzmiało to nieco komicznie, jednak należy docenić jego starania, bo nasz język do najłatwiejszych nie należy.
Muzyczny spektakl wciągnął publiczność od początku do końca i zachwycił wszystkich jakością wykonania. Nie było to odegranie szablonowego programu, tylko pełna zaangażowania relacja z ludźmi. Perkusista jest w świetnej formie, a muzycy, których zaprosił do współpracy sprawili, że widowisko stało na najwyższym poziomie. Cały zespół generował niesamowitą energię. Była ona obecna w każdym takcie i w każdej pauzie, bo nie brak w utworach przestrzeni, czasami tak ważnej jak same dźwięki.

Artyści sprezentowali nam brawurowy program oparty w dużej części na energicznych utworach. W koncertowym repertuarze znalazła się również jedna ballada i improwizowane solo klawiszowca, a także spektakularne solo samego mistrza perkusji, w czasie którego światła reflektorów i oczy widzów były zwrócone na Phillipsa. Zlany potem popisywał się niesamowitą wręcz zręcznością, a łatwość z jaką zmieniał tempo i intensywność grania mogła zadziwić wielu. Perkusista po długich chwilach okładania instrumentu zwolnił i zaczął wybijać rytm kolejnego utworu, w którym dołączyła do niego reszta zespołu. Wyraźnie dało się zauważyć, że wspólne granie daje mu sporo radości.

Panowie towarzyszący Phillipsowi grali spontanicznie, ale nie chaotycznie, niekiedy prosto, ale nie bez emocji. Momentami trudno było uwierzyć, że na scenie znajduje się tylko czterech muzyków. Oczywiście duża w tym zasługa perkusisty. Ekspresję melodii uwypuklała niezwykle dynamiczna i precyzyjna jak chronometr rytmika. W muzyce zespołu nie chodziło jednak o popis wirtuozerii, czy dominację perkusisty, lecz zbieżność wszystkich elementów.

Często w relacjach z koncertów można przeczytać, że muzycy rozgrzali publiczność. Ktoś jednak wziął do siebie te słowa zbyt dosłownie i w obawie o to, aby na sali nie zrobiło się gorąco, włączył zimny nawiew. W konsekwencji spora część publiczności oglądała koncert ubrana w kurtki i płaszcze. Ta niedogodność na całe szczęście nie przeszkodziła w pozytywnym odbiorze widowiska, bo muzycy dali niezwykły popis swoich umiejętności.

W sensie wykonawczym zespół nakręcił machinę muzyczną na najwyższe obroty. Dla fanów Simona Phillipsa była to czysta poezja, dla pozostałych – jeszcze jedno świadectwo klasy artysty.
Jeżeli ktoś do tej pory sądził, że występ perkusisty musi być nudny, a koncerty oparte w dużej mierze na jazzie są zawsze tak samo monotonne i niestrawne, to po znakomitym wieczorze z Protocol IV z pewnością zmienił zdanie.

podobne publikacje