recenzje 25 października 2019

Mary Komasa “Disarm”- relacja z premiery płyty

13 października w Centrum Kongresowym ICE odbyła się koncertowa premiera płyty Disarm. Mary Komasa – wokalistka, kompozytorka, instrumentalistka, autorka tekstów, wróciła po kilku latach przerwy i poszukiwaniu muzycznych inspiracji, prezentując nowy materiał ze swojego drugiego albumu.

Disarm – rozbrójmy się, pokażmy kim jesteśmy naprawdę. Do tego nakłaniają nas utwory, które znalazły się na albumie o tym właśnie tytule. Artystka wyraża pochwałę zdolności do zaakceptowania własnych niedoskonałości i dania sobie przyzwolenia na popełnianie błędów. Płyta rozlicza się z bardzo konserwatywnym podejściem do życia, a jednocześnie jest poszukiwaniem piękna i nadziei w coraz bardziej zdegenerowanym świecie.

Wyrzuty, żal, smutek, złość, cierpienie, przeplatały się błogością i lekkością. Mogłoby się zatem wydawać, że był to jeden wielki chaos. Mieliśmy jednak do czynienia z emocjami w najczystszej z możliwych form, obrazującymi konflikt toczący się we wnętrzu człowieka. Mary Komasa nie ukrywa swojego zaangażowania społecznego i właściwie każdy utwór poruszał bardzo ważny temat. Od Degenerate Love, w którym zastanawia się nad pokoleniem uciekającym od wszelkiej odpowiedzialności, przez wyrażające potrzebę rewolucji i wolności Taste, aż po Be A Boy, czyli manifest przeciw homofobii i wołanie o prawo do miłości dla każdego. Tym, co łączyło je wszystkie, jest bez wątpienia bunt, ale nie taki bezsensowny dla samej idei, lecz odpowiednio ukierunkowany, odbywający się na poziomie wartości. Teksty wyrażały brak przyzwolenia na łamanie praw człowieka, podkreślały to, że wszyscy zasługują na równe traktowanie i szacunek, a także zwracały uwagę na naszą obojętność. Odniosłam wrażenie, że każdy uczestnik koncertu mógł razem z artystką odpowiedzieć na fundamentalne pytania: „Kim jestem?” i „Dokąd zmierzam?”, bo to, co dzieje się aktualnie na Ziemi wymaga przemyślenia. Całość przybrała raczej formę wyznania niż opowieści.

Zaproszenie do współpracy AUKSO – Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy prowadzonej przez Marka Mosia, pozwoliło odebrać koncert nie jako zbiór wykonywanych po sobie piosenek, ale jako kompletne widowisko. Duży udział miał w tym również Antoni Komasa-Łazarkiewicz, który jest odpowiedzialny za orkiestrowe aranżacje utworów swojej żony. Muzyka nie tylko stanowiła tło, ale równolegle z wokalistką opowiadała historię. Instrumentaliści zostawili jednak sporo przestrzeni, aby najważniejsze kwestie mogły wybrzmieć w bardziej wyrazisty sposób a kiedy trzeba było, łagodzili gorzkie słowa lekką muzyką. Współpraca orkiestry i wokalistki złożyła się na potężne brzmienie. Paleta dźwięków rozciągała się od delikatnych i przyjemnych dla ucha, przez smutne, aż po te najbardziej mroczne. Wielopoziomowe kompozycje pełne nietypowych brzmień uderzały w najgłębsze obszary emocji. Trzymali nas w napięciu od pierwszego utworu aż do zagranego na bis fragmentu ścieżki dźwiękowej z filmu Pokot. Poruszająca muzyka w połączeniu z przejmującym i szczerym śpiewem zmuszała do refleksji. Za sprawą wyrazistej ilustracyjności kompozycji, przygnębiająca atmosfera była jednocześnie przepełniona pięknem, a to bardzo mocno działało na wyobraźnię.

Poza animacją, która została wyświetlona na początku koncertu, nie było efektów specjalnych. Scena wyglądała surowo, była trochę za duża, światła momentami raziły w oczy. Zastanawiam się, czy był to efekt zamierzony, czy tylko przypadek, bo idealnie wkomponował się w całość. Gdyby występ miał perfekcyjną oprawę sceniczną, nie byłby aż tak autentyczny. Tym, co jako jedyne kontrastowało z mrocznym klimatem występu była zdecydowanie radość wokalistki. Nie okazywała jej jednak werbalnie, bo przemówienia pomiędzy utworami ograniczone były do krótkiego „dziękuję”. Artystka wyrażała ją przeróżnymi gestami skierowanymi w stronę publiczności. Przypominało mi to prawdziwą dziecięcą radość.

Występ został bardzo ciepło odebrany przez publiczność. Był to jeden z tych koncertów, w których wszystko do siebie pasuje. Nie miało się po nim niedosytu. Każdy wyszedł w pełni zaspokojony zarówno pod względem emocjonalnym, jak i estetycznym.

Muzyka przeprowadza nas przez różne stany emocjonalne. Koncerty bardzo często traktujemy jako formę rozrywki i oczekujemy doskonałej zabawy, a czasami trzeba wyjść z takiego wydarzenia smutnym. Artyści mają nam wiele do przekazania za pomocą swojej twórczości. Niejednokrotnie są to przykre spostrzeżenia. Mają w swoich rękach potężne narzędzie komunikacji w świecie, w którym ludzie chociaż rozmawiają ze sobą, to nie słuchają siebie nawzajem. Koncert Mary Komasy dzięki formie, w której został nam przedstawiony, zmuszał do skupienia się na słowach śpiewanych przez wokalistkę. Był apelem, który z pewnością skłonił wiele osób do zastanowienia się nad własnym życiem.

podobne publikacje