news recenzje 28 lutego 2019

Jacek Królik – wywiad przed koncertem “Orchestral R.O.C.K.”

5 i 6 marca na deskach Teatru Variete spotkają się najwybitniejsi muzycy rockowi i klasyczni. Krzysztof Cugowski – gościnnie (wokal), Jacek Królik (gitara), Aleksandra Łysiak (wokal), Wojciech Lemański (aranżacje) oraz orkiestra smyczkowa Primuz pod kierownictwem Łukasza Błaszczyka zaprezentują covery Stinga, Led Zeppelin, King Crimson i Budki Suflera oraz oryginalne kompozycje Jacka Królika i jazzowe Lyle Maysa.

O koncercie w Teatrze Variete, Grzegorzu Ciechowskim i drodze artystycznej Jacka Królika w trakcie krótkiej rozmowy – zbyt krótkiej, bo dorobek tego artysty to materiał na “wywiad rzekę”. Karierę gitarzysty rozpoczął w zespole Dekiel, który przyniósł jemu i innym muzykom grającym w tym zespole dużą popularność. W 1986 roku był współtwórcą zespołu Chłopcy z Placu Broni, który w 1987 roku zakwalifikował się do finału Festiwalu w Jarocinie. Później grał jako muzyk sesyjny z największymi gwiazdami polskiej muzyki. Pierwszą solową płytę nagrał … na swoje 50 urodziny. Wirtuoz gitary i tytan pracy.

Andrzej Wodziński M-K: W życiu prawie każdego młodego mężczyzny, przychodzi moment, kiedy bierze do reki gitarę … i zaczyna coś grać. W moim (i chyba większości moich kolegów) przypadku było to „Dom wschodzącego słońca” zespołu The Animals, potem wstęp do „Schodów do nieba” Led Zeppelin. I na tym moja gitarowa edukacja się zakończyła. Czyli zadam teraz nudne pytanie, które słyszał Pan już wiele razy, czyli: Jak to wszystko się zaczęło?

Jacek Królik: Moja historia niespecjalnie odbiega od statystycznej. W pierwszym zespole rzeczywiście katowaliśmy przez wiele godzin wspomniany „Dom wschodzącego słońca”. Chociaż mój start do instrumentu był poprzedzony paroletnim przygotowaniem mandolinowym. Przez lata raczej marginalizowanym, choć zapewne z bardzo pozytywnym skutkiem dla mojej gitarowej techniki, szczególnie w przypadku prawej ręki.

Andrzej Wodziński M-K: I teraz kolejne, niewygodne pytanie … kto był Pana idolem, inspiracją i Mistrzem?

Jacek Królik: Od zawsze kochałem gitarę w bardzo szerokich jej odsłonach. Dlatego z równą estymą traktowałem gitarzystów bardzo odmiennych stylistycznie. Z tego powodu nigdy nie miałem jednego, zdeklarowanego idola. Moi mistrzowie grali zarówno jazz jak i metal. Podziwiałem zarówno naszych tuzów krajowych, jak i wirtuozów zagranicznych. Tak w sumie jest do dzisiaj.

Andrzej Wodziński M-K: Czytając Pana biografię, znajdujemy tam większość czołowych polskich wykonawców. Nie podejmuje się określić z jakich nurtów muzycznych … bo jest ich bardzo wiele. Nie będę też ich wymieniał, wydaje mi się znacznie krótsza była by lista tych z którymi Pan nie grał.

Chciałbym jednak zapytać o Pana współpracę z Grzegorzem Ciechowskim a w szczególności o płytę “ojDADAna”. Okupowała listy przebojów i była bardzo popularna, po czym zrobiło się cicho, nikt też nie kontynuował tematu. Moim zdaniem to muzyka wybitna, odkrywcza, nowatorska, wizjonerska i wyprzedzająca swoją epokę.

Jacek Królik: Pomimo faktu, że od nagrania tego albumu minęło ponad 20 lat uważam ten album za jeden z najważniejszych w mojej rzeczywiście dosyć obszernej dyskografii sesyjnej. Grzegorz był wybitnym artystą i nietuzinkowym człowiekiem. Sądzę, że miałem wielkie szczęście że akurat mnie zaprosił w swojej wizji producenckiej do nagrania paru niezwykle istotnych dla polskiej muzyki albumów. Płyta „Oj dada na” do dziś zaskakuje swoim wigorem, erudycją i siła przekazu. Tak naprawdę ten krążek był awangardą dla całego nurtu folkowego, który miał nadejść później. Brathanki, Golce, Kayah z Bregovicem… wszystkie te pozycje pojawiły znacznie później.

Grzegorz nie wykluczał kolejnych eksperymentów tego typu w przyszłości. Należy pamiętać, że był niezwykle zajętym i rozchwytywanym producentem. Jego przedwczesne odejście przeżyłem niezwykle boleśnie. Jestem przekonany, że nagralibyśmy wspólnie jeszcze wiele wspaniałych rzeczy. Zresztą w czasie kiedy odszedł, pracowaliśmy nad kolejną płytą, do której nagrania mnie zaprosił. 

Andrzej Wodziński M-K: Bardzo żałuję, że to nie „wywiad rzeka”, bo pytań mam wiele. Pańska kariera muzyczna to głównie granie sesyjne i akompaniament dla większych lub mniejszych gwiazd. Nigdy nie zdecydował się Pan na karierę solową i pójście swoją własną drogą. Z tego co wiem, pierwszy album solowy wydał Pan … na swoje 50 urodziny. Co stoi za takim a nie innym wyborem kariery artystycznej?

Jacek Królik: Oprócz pracy z rozmaitymi artystami, dosyć często zostaję zapraszany na rozmaite kursy i warsztaty w charakterze wykładowcy. Niemal zawsze dostaję wtedy pytanie, jak zostać znanym i cenionym muzykiem sesyjnym.

Większość słuchaczy tego typu kursów jest nieco rozczarowana moją odpowiedzią. Tak naprawdę nigdy nie zdefiniowałem swojego zawodu, a zrobił to za mnie rynek i zapotrzebowanie. Jako młody adept sztuki gitarowej nie chciałem i nie potrafiłem zredukować swojej gry do jednej, określonej stylistyki, od samego początku interesowały mnie szerokie horyzonty muzyki gitarowej. Wrodzona ciekawość pomagała w samodzielnym studiowaniu wszelakich odcieni gitary. Takie podejście zostało zauważone najpierw w krakowskim rynku amatorskim, a stopniowo również w zaproszeniach od zespołów profesjonalnych. W okresie studenckim grałem jednocześnie w wielu krakowskich zespołach, jazz rockowych, bluesowych, rockowych i innych. Spotkanie Grzegorza Ciechowskiego i nagrane z nim płyty ugruntowały moją pozycję muzyka sesyjnego. A może nawet ją ostatecznie zdefiniowało.

Trzeba też pamiętać o wspaniałym i niezwykle płodnym okresie dla polskiej muzyki jakim były lata dziewięćdziesiąte i początek 21 wieku. Płyty sprzedawały się w wysokich nakładach, powstawało niezwykle dużo muzyki. Stąd tak duża liczba nagranych przeze mnie płyt. Przez ostatnie 30 lat rzeczywiście byłem spełniony i szczęśliwy jako muzyk sesyjny. Może również dlatego, że lista artystów z którymi współpracowałem zarówno w studio jak i na koncertach jest dla mnie do dziś źródłem satysfakcji i wspaniałych wspomnień.

Rzeczywiście w pełni autorski projekt wydałem dopiero na 50 urodziny. Tak naprawdę nosiłem się z zamiarem stworzenia tej płyty co najmniej dekadę wcześniej. Zawsze jednak pojawiały się kolejne prestiżowe projekty odciągające mnie od muzyki autorskiej. W bardzo wielu zespołach, które tworzyłem na przestrzeni lat, zostawiałem naprawdę sporą cząstkę siebie. Miałem wpływ na repertuar, na brzmienie, na produkcję płyt. Taki świat nie jest łatwo opuścić i przewartościować z dnia na dzień. Można by się oczywiście zastanawiać nad innymi proporcjami prac sesyjnych w stosunku do rzeczy autorskich. Co zresztą sukcesywnie od lat staram się czynić. Mój kwartet okazjonalnie, ale jednak daje koncerty. Powołałem też do życia trio akustyczne, które daje mi naprawdę wiele satysfakcji. Teraz startuję z poważnym wyzwaniem orkiestrowym.

Andrzej Wodziński M-K: Zrealizował Pan wiele projektów muzycznych, ta rozmowa związana jest z projektem Orchestral R.O.C.K. czymś zupełnie nowym i baaardzo wyjątkowym, co może Pan o nim powiedzieć?

Jacek Królik: Projekt Orchestral R.O.C.K. to niezwykle elektryzujące wyzwanie artystyczne. Od wielu lat wraz ze wspaniałym łódzkim kompozytorem i aranżerem Wojtkiem Lemańskim nosiliśmy się z zamiarem stworzenia koncertu w którym poszukamy klucza łączącego dobrą muzykę rockową, jazzową i progresywną z muzyką poważną. Dwa lata temu pilotażowo zagraliśmy niezwykle udane, zapełnione do ostatniego miejsca koncerty w łódzkiej Akademii Muzycznej, które pokazały ogromny potencjał tego pomysłu.

Teraz ze wsparciem sztabu życzliwych osób ruszamy z profesjonalną produkcją wizualno-muzyczną. Koncert ma naprawdę unikalną barwę, głębie i ekspresję. Współdziałanie orkiestry i gitary elektrycznej uzupełnione barwą fortepianu, oboju i basu jest tu zaaranżowane z niesamowitą precyzją. Wiele wspaniałych utworów muzyki rozrywkowej wraz z moimi autorskimi kompozycjami, zostało tu w sposób wyjątkowo interesujący “przetłumaczonych ” na język muzyki poważnej. Podejrzewam, że jest to od lat największe wyzwanie artystyczne z jakim przyszło mi się zmierzyć. W koncercie towarzyszy mi wspaniała młoda, choć już wirtuozerska orkiestra Primuz, pod dyrekcją niezwykle cenionego skrzypka i pedagoga Łukasza Błaszczyka. Szykuje się coś naprawdę wyjątkowego.

Andrzej Wodziński M-K: Jestem namiętnym oglądaczem relacji na YouTube z amerykańskiego Crossroads Guitar Festival i zastanawiam się dlaczego Pan jeszcze tam nie zagrał. Zresztą, to przyczynek do moich większych przemyśleń na temat: dlaczego polscy artyści nie robią karier za granicą. Ja uważam – że w większości … po prostu nie chcą. Jakie jest Pana opinia na ten temat?

Jacek Królik: Jest wiele powodów, dla których tak niewielu polskich muzyków decyduje się na próby zaistnienia za granicą. Szczególnie z pokolenia, które wyrosło w PRL. Przyznam że moja „krajowa” zajętość od zawsze dawała mi tak dużo satysfakcji, że nie szukałem innych wyzwań. Tworzenie i bycie artystą na Zachodzie, czy w Ameryce, wymaga całkowitego przewartościowania swojego życia. Niewielu tak naprawdę jest na to gotowych, szczególnie że nie jest to droga łatwa.

Być może, gdyby moja droga artystyczna w Polsce nie była aż tak pracowita, patrzyłbym na Crossroads i inne tego typu festiwale z większą nostalgią. Tymczasem współtworzyłem wiele ważnych dla rodzimej sztuki zespołów, nagrałem blisko 200 płyt. Od lat zajmuję się tylko i wyłącznie muzyką. Naprawdę nie mam powodów do narzekań. Obecny świat dzięki sile internetu funkcjonuje jednak inaczej niż w czasie mojego debiutu. Dzisiejsze sojusze międzynarodowe są czymś naturalnym i normalnym bez wychodzenia z domu. Młodzi twórcy z różnych krajów dogadują się bez paszportów, wiz i przelotów. To zupełnie nowe otwarcie. W tym kontekście naprawdę mamy się czym pochwalić. Jest sporo młodych polskich instrumentalistów, niezwykle szanowanych na świecie, dzięki swojej sieciowej aktywności. Chociażby mój ulubiony gitarzysta młodego pokolenia Kuba Żytecki.

Andrzej Wodziński M-K: No i na koniec, pytanie które musi paść w wywiadzie z artystą. Chodzi mianowicie o plany na przyszłość?

Jacek Królik: Ten rok upłynie pod hasłem jubileuszy artystów z którymi mam przyjemność pracować. Zagramy sporo koncertów z okazji 50-lecia pracy artystycznej Krzysztofa Cugowskiego, który zresztą będzie gościem specjalnym krakowskich koncertów Orchestral R.O.C.K. Kontynuujemy jubileusze wspaniałego artysty Andrzeja Sikorowskiego, z którym z radością dzielę scenę od dekady. Wraz z firmą All Muses, producentem koncertów Orchestral R.O.C.K. planujemy serię koncertów po największych polskich miastach.

Niebawem po paru latach przerwy reaktywujemy świetny projekt Estrady Stołecznej Rock Loves Chopin. Jest duża produkcja oparta na rockowych aranżacjach muzyki Chopina z towarzyszeniem baletu i wizualizacji. Koncert był z wielkim powodzeniem pokazywany w wielu miejscach, w Chinach, Meksyku, Egipcie, we Włoszech, Rosji, Rumuni, Słowacji i Niemczech. Teraz wracamy do Chin po raz trzeci. Tym razem do Hongkongu.
Cały czas mam nadzieję na kameralne koncerty z muzyką autorską.

Andrzej Wodziński M-K: Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia 5 i 6 marca w krakowskim Teatrze Variete na spektaklu Orchestral R.O.C.K.

Zdjęcie w nagłówku: Sobiesław Pawlikowski
Zdjęcie w tekście: Jacek Dyląg / Damian Styrna 

podobne publikacje