Gliwice – Jazz w Ruinach, Beata Przybytek i cztery zmiany nastroju

Są miejsca, które od pierwszej chwili sprawiają, że człowiek zaczyna nerwowo sprawdzać, czy aby na pewno przyjechał do pracy, a nie na wakacje. Ruiny Teatru Victoria w Gliwicach należą właśnie do tej kategorii. Dawny teatr, dziś trwała ruina i jedna z najbardziej niezwykłych przestrzeni koncertowych w Polsce. Surowe ceglane ściany, ślady historii i atmosfera, której nie da się wyprodukować nawet najbardziej wymyślną scenografią. Jako krakus na śląskim wygnaniu mogę tylko podziękować Śląskiemu Stowarzyszeniu Muzycznemu Jazz Club za zaproszenie do miejsca, które skutecznie przypomina, że kultura najlepiej smakuje poza utartymi szlakami.

Czwartkowy wieczór 11 czerwca 2026 w ramach cyklu „Jazz w Ruinach” należał do Beaty Przybytek i jej znakomitego zespołu. Program koncertu oparty był przede wszystkim na materiale z najnowszej płyty „Ja tu tylko śpiewam”. Już sam tytuł jest przewrotny, bo Beata Przybytek robi na scenie znacznie więcej niż tylko śpiewa. Opowiada historie, interpretuje teksty, buduje nastrój, a przede wszystkim sprawia, że jazz staje się bliski nawet tym, którzy na co dzień nie trzymają pod poduszką płyt Elli Fitzgerald.

Autorskie kompozycje powstały do tekstów Andrzeja Poniedzielskiego, Jana Wołka, Grzegorza Wasowskiego, Wojciecha Byrskiego i Dariusza Duszy. Dzięki temu koncert miał dodatkowy wymiar. To nie był tylko muzyczny recital, ale spotkanie słowa z muzyką, gdzie oboje partnerzy mieli równie wiele do powiedzenia. Szczególnie dobrze zabrzmiał nagrodzony Grand Prix Festiwalu „Kryształowy Kamerton” utwór „Trzy zmiany”, który publiczność przyjęła z wyraźnym uznaniem.

Słuchając Beaty Przybytek, momentami miałem skojarzenia z Ewą Bem. Nie dlatego, że obie artystki brzmią podobnie. Bardziej chodzi o ten sam rodzaj naturalności, lekkości i scenicznego ciepła. O jazz, który nie musi niczego udowadniać. O swing, który płynie swobodnie i z wdziękiem. O uśmiech, który słychać nawet wtedy, gdy artystki akurat nie widać.

Ogromna w tym zasługa towarzyszących jej muzyków. Andrzej Gondek czarował gitarowymi frazami pełnymi smaku i elegancji. Bogusław Kaczmar na instrumentach klawiszowych z wyczuciem budował harmoniczne tło, raz subtelne, raz efektownie rozbudowane. Adam Kowalewski na basie dbał o puls i fundament całego zespołu, a Tomasz Machański za perkusją pilnował, by ten muzyczny organizm oddychał równym, jazzowym rytmem.

Był to koncert pełen uroku, inteligentnych tekstów i świetnego grania. Taki, po którym wychodzi się z przekonaniem, że jazz ma się znakomicie, a jeśli dodatkowo rozbrzmiewa w murach Victorii, zyskuje jeszcze jeden wymiar. Wieczór minął zdecydowanie za szybko. Na szczęście zostały zdjęcia, wspomnienia i kolejny powód, by wrócić do Gliwic. Bo jeśli jazz ma swoje śląskie sanktuarium, to bardzo możliwe, że mieści się właśnie w ruinach dawnego teatru.

f o t o r e l a c j a

Foto © Sławomir Natoński. All rights reserved.

Sławomir Natoński
Sławomir Natoński

Dj (w stanie spoczynku) z 20 letnim stażem, obecnie pracownik biurowy banku, który zaczyna żyć, po wyjściu z pracy, wraz z pierwszym spustem migawki. Fotografuje “od zawsze”. Pierwszy aparat, który dostał, rozebrał do ostatniej śrubki i nigdy nie złożył. Dopiero następny pchnął go w ten zaczarowany, zatrzymany w czasie świat. Zdjęcia robi dlatego, że lubi, nie musi. Jak sam mówi – czasem wystarczy jedno zdjęcie żeby oddać atmosferę konkretnego wydarzenia. Pasjonat muzyki reprodukowanej w najwyższej jakości – audiofil ale nie ortodoksyjny. Rowerzysta - turysta, który przejechał pół Polski, a drugie pół planuje.

Artykuły: 39