etno 30 kwietnia 2018

Dźwięki Wietnamu – wywiad z Francisem Tuanem

– “Zobaczyłem starszą panią w cukierni… Zawróciła i poprosiła ekspedientkę, bo chciałaby jeszcze pączka… Wydało mi się to niesamowite. Zwyczajna, prosta radość z kupna pączka i zjedzenia go. Myślę, że tego możemy się uczyć od starszego pokolenia. My cały czas potrzebujemy nie wiadomo czego do szczęścia, a czasem wystarczy naprawdę niewiele” – o radości w prostocie i wzruszeniach… A także o muzycznych i niemuzycznych inspiracjach, anglojęzycznych poetach, “wietnamskiej rakiecie tenisowej”, drzewie oświecenia oraz niedalekosiężnych planach na przyszłość – opowiada Francis Tuan.

Monika Dąmbska: Co Cię inspiruje?

Francis Tuan: Właściwie, można powiedzieć, że życie – we wszelkich jego aspektach. Oczywiście słucham dużo muzyki. Swego czasu słuchałem głównie utworów z lat 60. i 70. Od pewnego czasu słucham również tych powstających współcześnie – w różnych niszach muzycznych. Jestem też polonistą, doktorantem na Uniwersytecie Wrocławskim i literatura jest drugą sztuką, która bardzo mnie inspiruje, co też znalazło swój wyraz w mini-albumie, który wydałem, zawierającym moje adaptacje wierszy anglojęzycznych poetów. Utwory też zawsze w mniejszym lub większym stopniu wiążą się z jakimiś wydarzeniami czy przeżyciami… To jest często taki bodziec, żeby coś napisać.

M.D.: Jak chciałbyś określić gatunek wykonywanej przez siebie muzyki? Folk, indie czy jakaś wielogatunkowa hybryda?

F.T.: Myślę, że to wszystko, o czym mówisz. Najpierw powstała muzyka, utwory z jakimś pomysłem na nie… Ale żeby to jako gatunek miało jakąś nazwę… Próbowałem to jakoś potem dookreślić, ale chyba nie jestem w stanie znaleźć jakiejś jednej nazwy. Na pewno można to jakoś połączyć z tak zwaną muzyką indie, czyli właśnie taką, której nie można zaszufladkować do jakichś typowych gatunków, jak blues czy rock. Jest dużo elementów folkowych, takich wietnamskich, ale nie tylko… Wpływy są różnorakie. I soulowe i rockowe, także mniej więcej taka hybryda. Staram się tworzyć muzykę swoją – własną.

M.D.: Wspomniałeś o mini albumie “Poems”, na którym znajduje się adaptacja wierszy autorstwa, między innymi Williama Blake’a. Dlaczego akurat jego wybrałeś?

F.T.: To jest taki poeta, który z tych wszystkich, których zaadaptowałem do swojej twórczości, chyba najdłużej mi towarzyszy… Jako poeta XVIII-wieczny jest też prekursorem romantyzmu. Ja tę epokę bardzo szanuję, lubię… W jakiś sposób mnie do niej ciągnie. Właśnie gdzieś przy okazji natrafiłem na obrazy Blake’a, a później na jego wiersze. Wykorzystałem też jeden z jego obrazów podczas prezentacji maturalnej. Konkretnie – “Sąd Ostateczny”. Myślę, że są to dzieła niezwykłe, sięgające do takich pokładów przeżyć, które nie są codzienne – są metafizyczne… I dlatego pewnie pociągające. Nie można ich w pełni określić.

M.D.: Jakich wykonawców szczególnie podziwiasz?

F.T.: Wielu wykonawców szczególnie podziwiam i wielu mnie inspiruje… Chociaż myślę, że gdybym miał zebrać to wszystko, co gdzieś tam na mnie wpłynęło – to chyba najpierw największy wpływ wywarli na mnie Beatlesi. Chyba od nich zaczerpnąłem jakąś taką moją “ciągotkę” do tworzenia melodii. Potrafili tworzyć niesamowite i zapadające w pamięć kompozycje. To stało się dla mnie najważniejsze w muzyce. Bardzo mi na tym zależy. A później, jeśli chodzi o eksplorowanie nowych brzmień, to przede wszystkim Jimi Hendrix – pod względem gry na gitarze. Jestem przede wszystkim gitarzystą, chociaż gram na różnych instrumentach… I Czesław Niemen – najpierw jako wokalista, ale też jako wizjoner. Dla mnie, najwybitniejszy polski artysta. Wyprzedzał nie tylko to, co się działo u nas, ale też myślę, że w jakimś sensie był on ewenementem na skalę światową – a to nieczęste.

M.D.: A pamiętasz jaki utwór po raz pierwszy zagrałeś na gitarze?

F.T.: Zacząłem się uczyć od gitary klasycznej… Prawdopodobnie mógł to być jakiś “Waltz in C” Carullego. Mam wrażenie, że to mógł być pierwszy utwór. A z piosenek… To chyba było “Jestem z miasta” Elektrycznych Gitar.

M.D.: Wolisz działać sam czy w zespole?

F.T.: Zdecydowanie wolę działać w zespole. To jest tak, że działam pod pseudonimem jako Francis Tuan, ponieważ ja tym wszystkim kieruję i są to moje kompozycje. Natomiast wielką pomocą są muzycy, Ajda i Paweł, z którymi gram. Akurat dzisiaj, w Krakowie, jestem sam. Nie mogli się tutaj pojawić. Mam też taki wariant, że po prostu otaczam się różnymi instrumentami, nagrywam na scenie to wszystko i zapętlam – to się zwie loopowaniem. Myślę, że to dla mnie takie wyzwanie – samemu zagrać koncert na kilku instrumentach jednocześnie. Natomiast chyba najwięcej energii jest wtedy, kiedy kilka osób się nią wymienia. Jest wtedy po prostu inna specyfika. Kiedy gram sam, to skupiam się na samych piosenkach i na tym, żeby je zaprezentować. Natomiast kiedy gram z innymi muzykami… Wtedy czasem pojawiają się jakieś nowe rzeczy, o których bym nie pomyślał, bo dodają je pozostali. Wtedy te wykonania są odmienne.

M.D.: A czym jest “wietnamska rakieta tenisowa”? I co ma z nią wspólnego twoja legendarna kuzynka?

F.T.: Moja legendarna kuzynka jest wspaniałą osobą, która pomogła mi w zdobyciu wietnamskich instrumentów, które w Polsce nie są sprzedawane. Zawsze chciałem nawiązać do tej kultury, ponieważ mój tato pochodzi z Wietnamu. Kuzynka wiedziała gdzie kupić taki instrument. Poszła do syna mistrza gry na tym instrumencie, który zajmuje się ich konstruowaniem. I ta “wietnamska rakieta tenisowa” – tak ochrzczona przez perkusistę z mojego zespołu – to jest instrument・àn *nguyệt. Kształtem może trochę przypominać rakietę tenisową, bo ma pudło rezonansowe w kształcie koła. Od niego odchodzi gryf, więc teoretycznie można tym odbijać piłkę… Ale ja przede wszystkim na nim gram.

M.D.: Czy jeszcze jakieś inne instrumenty?

F.T.: Mam taki, który się nazywa・àn tỳ *bà – on jest czterostrunowy. Tamta “rakieta tenisowa” – to dwustrunowy. Wietnamczycy w dawnych czasach siadali i przy akompaniamencie tych czterech strun opowiadali, zazwyczaj wieczorami, jakieś historie. Do tego nawiązuje główka instrumentu, przypominająca takiego nietoperza. Podobny instrument występuje też w Chinach pod nazwą – pipa. W Wietnamie to jest tỳ *bà, a・àn  to przedrostek oznaczający instrument. Mam go od kilku miesięcy. Wzbogacił moje możliwości.

M.D.: Jak sam przyznałeś – nie cierpisz rocka progresywnego. Mógłbyś rozwinąć tę myśl?

F.T.: Nie cierpię rocka progresywnego głównie dlatego, że kocham rock progresywny… Jest to muzyka, która na mnie wpłynęła – mówię o klasykach gatunku. To była taka idea, żeby zdobycze muzyki popularnej, tego boomu rockowego z lat 60., przenieść na rejon sztuki wyższej, która nie będzie tylko mówiła o przyziemnych, przelotnych miłostkach, ale będzie sięgała po tematy poważne – eksplorowała różne, nowe tereny. Ta muzyka bardzo poszerza horyzonty i pokazuje, że nie trzeba trzymać się schematu w tym, co się robi. Natomiast mam wrażenie, że rock progresywny uległ takiemu schematowi… To był taki schemat robienia nieschematycznych rzeczy. To też jest niebezpieczne – kombinuje się dla samego kombinowania. Myślę, że nie o to w tym chodzi. Sama idea progresywnego grania myślę, że przetrwała w różnych nurtach, chociażby we współczesnej elektronice, rocku alternatywnym, ale to, co się dzisiaj szufladkuje jako rock progresywny... Mam wrażenie, że jest raczej regresywny.

M.D.: Masz takie swoje ulubione drzewo… Czy to tam rodzą się pomysły na nowe kompozycje?

F.T.: Ostatnio już nie, bo nie mieszkam już w tym rejonie. Mam takie swoje ulubione drzewo… Tam raczej miałem takie swoje przemyślenia życiowe. Kiedy już nie mogłem wytrzymać w czterech ścianach swojego pokoju, to wychodziłem na zewnątrz. Tam po prostu… Wygodnie było sobie usiąść. Tak jak niektórzy przeżywali natchnienia pod drzewem – Natanael pod drzewem figowym i wielu innych… Myślę, że te drzewa jakoś tak nas pociągają. Dzisiaj słuchałem jakiejś piosenki Marka Grechuty – stwierdziłem, że skoro jadę do Krakowa, to muszę posłuchać Grechuty. On w jednym utworze śpiewa, że “gdy wchodzisz w las, stajesz się drzewem”. Czasem można się z drzewem utożsamić – w taki metaforyczny sposób.

M.D.: Jesteś uduchowionym człowiekiem. Czy to wiara daje Ci siłę do działania?

F.T.: Tak, na pewno wiara i duchowość znajdują się w centrum mojego życia, więc jasne, że wpływają jakoś na moją muzykę. Trudno powiedzieć, bo to jest taka sfera życia, że nie można tego jasno określić. Można powiedzieć, że to jest takie natchnienie z góry… Wierzę, że impuls do tworzenia pochodzi z głębi, z ducha. Później gdzieś tam, przez takie swoje sito to przetwarzam. Myślę, że tak to wygląda.

M.D.: Pisałeś, że wzrusza cię życie… Mógłbyś powiedzieć coś więcej?

F.T.: Wzruszają mnie takie momenty… Zadziwia mnie, ile takich rzeczy, do których przywykliśmy, jest naprawdę nadzwyczajnych. Chociażby samo to, że funkcjonujemy w towarzystwie psów i nadajemy im ludzkie cechy, co jest naturalne – wśród nich żyjemy. Dla mnie to jest zagadkowe – jak ten pies żyje, co sobie myśli. Kiedy pies spojrzy na człowieka, to ma się wrażenie, że on jednak o czymś myśli, ale czy to jest tylko takie nasze wrażenie, czy on rzeczywiście jakoś to swoje życie przeżywa w bardziej refleksyjny sposób? Zwierzęta są takimi istotami, które jednocześnie są bardzo podobne do ludzi, ale jednocześnie bardzo odmienne od nich. Takie rzeczy potrafią mnie zastanawiać. O ile zazwyczaj przechodzę nad tym do porządku dziennego, to bywa czasem, że się nad takim faktem zatrzymam. Ostatnio byłem w Lublinie – bardzo mnie zaciekawiło to miasto jakąś taką życzliwością, która z niego płynie. Zobaczyłem starszą panią w cukierni… Zawróciła i poprosiła ekspedientkę, bo chciałaby jeszcze pączka… Wydało mi się to niesamowite. Zwyczajna, prosta radość z kupna pączka i zjedzenia go. Myślę, że tego możemy się uczyć od starszego pokolenia. My cały czas potrzebujemy nie wiadomo czego do szczęścia, a czasem wystarczy naprawdę niewiele.

M.D.: Masz wiele talentów… Czym, oprócz osiągnięć muzycznych, możesz się pochwalić?

F.T.: Znaczy… Chwalić samego siebie, to myślę, że raczej nie wypada. Mogę opowiedzieć po prostu o tym, czym się zajmuję i czym staram się zajmować w sposób dobry. Oprócz muzyki zajmuję się literaturą. Jestem początkującym naukowcem – można tak powiedzieć, chociaż zdarza mi się tę naukę traktować artystycznie, bo zajmuję się literaturoznawstwem, więc choćby z tego względu to się wiąże ze sztuką. Sam pisuję prozę – powieści. Na razie chowam do szuflady, ale może wreszcie będę z czegoś zadowolony. Poza tym mąż mojej legendarnej kuzynki nakręcił jakiś czas temu krótkometrażowy film i poprosił mnie, żebym coś do niego stworzył. Nie można tego nigdzie zobaczyć w internecie, bo to było na kilku festiwalach filmowych w Wietnamie, ale była to ciekawa przygoda. Może w przyszłości będzie mi jeszcze dane zrobić coś takiego – zobaczymy.

M.D.: Mógłbyś nam zdradzić coś odnośnie swoich muzycznych planów na przyszłość?

F.T.: Takich bardzo dalekosiężnych planów nie ma. Jest plan na najbliższe kilka miesięcy, żeby nagrać płytę. Prawdopodobnie to się stanie w wakacje. Nie wiadomo, kiedy zostanie wydana, ale jeżeli nie będzie przeszkód, niezależnych od nas, to na pewno się to stanie.

 

Fryderyk Nguyen – wokalista i instrumentalista o polsko-wietnamskich korzeniach, tworzący pod pseudonimem “Francis Tuan”. Jego muzyka to wielogatunkowa hybryda. Jak sam przyznaje, można określić ją mianem gatunku indie – “(…) takiego, którego nie można by zaszufladkować do jakichś typowych gatunków, jak blues czy rock.” Na kompozycje Francisa mają wpływ również soulowe brzmienia. Występował na festiwalach, takich jak: Spring Break Festiwal w Poznaniu, Open’er w Gdyni i FAMA w Świnoujściu. Na swoim koncie ma, wydaną w 2017 roku, EP-kę – “Poems”, na której znalazły się adaptacje wierszy wybranych, anglojęzycznych poetów, takich jak William Blake czy Edward Estlin Cummings. Największą popularność wśród słuchaczy zdobył, znajdujący się na mini albumie, utwór – “Thank You God for Most This Amazing”, który w Radiowej Trójce nagrodzony został tytułem “Piosenki dnia”.

Share

podobne publikacje