jazz recenzje 24 października 2017

Cécile McLorin Salvant we Wrocławiu // relacja

Myślałam, że pewien piękny sposób śpiewania jazzu zniknął wraz z odejściem Billie Holiday, Elli Fitzgerald czy Sarah Vaughan. Nie umiałam odnaleźć wśród współczesnych wokalistek kogoś, kto potrafiłby wejść w taką barwę, frazę, śpiewać z taką precyzją i swobodą. Aż poznałam Cécile McLorin Salvant i przeżyłam szok, bo określenie „zachwyt” zdecydowanie nie oddaje mojej reakcji. Ta zjawiskowa wokalistka wystąpiła 22 października we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki i mam nadzieję, że udowodniła, że powinno się o niej mówić dużo i głośno.

Cécile McLorin Salvant zaczęła uczyć się śpiewu jako dziecko, jednak jej zainteresowania kierowały się raczej ku muzyce klasycznej. Dopiero podczas studiów we Francji, gdzie szkoliła się między innymi w barokowym wykonawstwie, zaczęła skłaniać się w stronę jazzu. W 2010 roku wygrała Międzynarodowy Konkurs Jazzowy im. Theloniousa Monka, co zaowocowało kontraktem z wytwórnią Mack Avenue, dla której nagrywa do dziś. Jej płyta For One to Love zdobyła nagrodę Grammy w kategorii Najlepszy Jazzowy Album Wokalny, tym samym jej kariera nabrała rozpędu. Muzyka Cécile McLorin Salvant to mieszanka, jazzu, bluesa, folku, ale artystka nie stroni także od melodii musicalowych.

We Wrocławiu zaprezentowała głównie materiał ze swojego najnowszego dwupłytowego albumu koncertowego – Dreams and Daggers. Towarzyszyło jej doskonałe trio – na fortepianie Aaron Diehl, na kontrabasie Paul Sikivie i Kyle Poole na perkusji. Koncert ten był jednocześnie powiewem świeżości i hołdem dla dawnego brzmienia. Z jednej strony mieliśmy do czynienia z nowoczesnymi, niebanalnymi i zaskakującymi aranżacjami, z drugiej dostaliśmy jak najbardziej klasyczne trio jazzowe i wokalistkę, która brzmi, jakby przybyła z zupełnie innych czasów – minionych.

Bardzo lubię koncerty, które wciągają, jak dobry film – uważam, że właśnie tak powinno być, historia opowiadana przez muzyków pochłania mnie na tyle, że zapominam o istnieniu czegokolwiek poza sceną. Od Cécile i jej zespołu nie dało się nawet na chwilę oderwać uwagi. Fascynowało mnie, jak artyści słuchają się nawzajem i współpracują ze sobą, brzmieli jak jeden uzupełniający się organizm. Ich muzyka była gęsta, soczysta i przemyślana. Nie bez powodu podkreślam ich „zespołowość”, bo choć solistką była tu oczywiście Cécile McLorin Salvant, żaden jej dźwięk nie wydobywał się w oderwaniu od pozostałych muzyków.

Artyści pokazali, że odnajdują się w najróżniejszej stylistyce, od standardów jazzowych, przez fragmenty z musicali, po brzmienia bluesowe. Nie mogę wyjść z podziwu, jak głos Cécile, barwa i nawet sposób artykułowania słów zmieniają się w zależności od stylistyki piosenki, którą wykonuje. Raz słychać w jej głosie Billie Holiday, raz niskie rejestry niczym u Sarah Vaughan, ale w tym wszystkim to jest przede wszystkim sama Cécile ze swoimi świadomymi interpretacjami i przepięknym frazowaniem. Niesamowicie wykorzystuje ciszę, mimo że ma bardzo mocny głos, to wokalistka, która dużo śpiewa piano, jakby nuciła jedynie pod nosem, bez najmniejszego wysiłku. Warto też zauważyć, że Cécile w ogóle nie śpiewa scatem – przyznam, że zaskoczyło mnie to na początku, przecież dziś wszyscy muszą scatować! No właśnie… Cécile nie musi, bo jest doskonała w improwizacjach na krótkich fragmentach tekstu, żadna jej melodia nie jest taka sama. Jak mało kto bawi się brzmieniem słów, nie są dla niej ograniczeniem, lecz naturalnym elementem muzyki. Poza tym Cécile ogromną wagę przywiązuje do treści tego, co śpiewa. Przekazuje tekst aktorsko, precyzyjnie i szalenie sugestywnie. Te aktorskie umiejętności to jeszcze jeden ważny element w wykonaniach Cécile. Próbkę tego można było usłyszeć w My men’s gone now z Porgy and Bess – zdecydowanie najbardziej wzruszającym momencie koncertu. Cécile tego nie zaśpiewała, ona to zagrała całą sobą, dźwiękiem, spojrzeniem, gestem.

Spośród muzyków z towarzyszącego jej tria szczególną uwagę zwróciłam na perkusistę. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że perkusję uznaję często za… zło konieczne. Wiem, bardzo krzywdzę tu dobrych perkusistów, ale niestety zdarza się, że instrument ten zagłusza absolutnie wszystko i niewiele wnosi do urozmaicenia brzmienia. Tymczasem Kyle Poole był w stanie wyczarować z zestawu tyle niezwykłych kolorów i niuansów rytmicznych. Perfekcyjnie współpracował z rytmicznym basem, a uderzenia w bębny i talerze doskonale wtapiały się w akordy fortepianu.

Koniecznie muszę również pogratulować realizatorom dźwięku – nie wiem, czy artyści przywieźli swoich, czy byli to pracownicy NFM-u, ale dawno nie byłam na tak dobrze nagłośnionym koncercie. Może czasem odrobinę ginął wokal, ale nawet przez chwilę nie było za głośno, a fragmenty ciche rzeczywiście wymagały wytężenia uwagi. Ktoś kiedyś powiedział, że nagłośnienie powinno być zrobione tak, żeby nie zauważało się jego istnienia i myślę, że realizatorom całkiem dobrze się to udało. To niesamowicie przyjemne uczucie, kiedy nie wychodzę z koncertu ogłuszona niepotrzebnym dudnieniem.

Mimo że ja rozpływam się w zachwytach nad koncertem Cécile McLorin Salvant, odniosłam wrażenie, że nie wszyscy słuchacze podzielali mój optymizm. Owacje na stojąco były niepełne, okrzyki pojedyncze. Cécile wyszła tylko na jeden bis – zaśpiewany zresztą genialnie a cappella, bez mikrofonu – i ledwo zeszła ze sceny, wszyscy zaczęli wybiegać do szatni. Czego zabrakło? Zagadywania publiczności, wspólnego śpiewania, klaskania i tego całego show? Nie wiem, trudno mi zrozumieć, mam nadzieję, że grupa zachwyconych osób przebiła się ze swoimi głośnymi krzykami, a Cécile powróci niebawem na kolejne koncerty do Polski.

Share

podobne publikacje