-
Telefon: + 48 696 996 410
-
Email: kontakt@muzyczny-krakow.eu

Bad Bunny – DeBÍ TiRAR MáS FOToS World Tour na PGE Narodowym
PGE Narodowy widział już wiele, ale wtorkowy wieczór przejdzie do historii jako moment, w którym Warszawę zalało prawdziwe portorykańskie słońce. Kolorowe stroje, falujące wachlarze i słomiane kapelusze pavas – wszystko to dla jednego człowieka: Benito Antonio Martíneza Ocasio, znanego całemu światu jako Bad Bunny. Miliardy odtworzeń na Spotify i lata czekania polskich fanów skumulowały się w jedno z najbardziej widowiskowych i wyczekiwanych wydarzeń tego roku.
Bad Bunny przywitał publikę, wysuwając się spektakularnie spod sceny. Przez dłuższą chwilę stał w absolutnym bezruchu, po prostu wodząc wzrokiem po kilkudziesięciotysięcznym tłumie. Poziom pisków i decybeli, jaki wywołała ta posągowa poza, z pewnością przetestował wytrzymałość konstrukcji stadionu.
Zaczęło się z wielką klasą i elegancją. W towarzystwie zespołu Los Pleneros de la Cresta, Bad Bunny otworzył wieczór utworem „LA MuDANZA”, podczas gdy stadion rozbłysnął tysiącami kolorowych świateł z miniaturowych aparatów na smyczkach, rozdawanych publiczności przy wejściu. Gadżety te dodały całemu koncertowi niesamowitego klimatu, ponieważ synchronizowały się z muzyką, zmieniając kolor i częstotliwość mrugania w zależności od tempa granego utworu.
Wizualny majstersztyk na gigantycznym ekranie
Warto podkreślić, że produkcja tego show stała na kosmicznym poziomie. Ogromne wrażenie robił monumentalny, panoramiczny ekran ciągnący się wzdłuż sceny. Wyświetlany na nim na żywo obraz zachwycał krystaliczną, wręcz filmową jakością. Kadrowanie było niezwykle dynamiczne, a operatorzy bezbłędnie wyłapywali każdy szczegół: od najmniejszego gestu i mimiki Benito, po spontaniczne reakcje szalejącego tłumu. Dzięki temu nawet osoby na najwyższych trybunach miały poczucie uczestnictwa w kameralnym widowisku na wyciągnięcie ręki.
Dzika domówka w La Casita
Druga część show przeniosła nas prosto do La Casita – strefy zbudowanej na wzór tradycyjnego portorykańskiego domku. Benito zniknął na chwilę, by powrócić już nie jako niedostępny gwiazdor w garniturze, ale jako kumpel z sąsiedztwa. Artysta przebrał się w luźną bluzę, krótkie spodenki i czapkę z daszkiem, a w ręce dzierżył czerwony, plastikowy kubek – nieodłączny atrybut amerykańskich domówek. Na scenie, obok ekipy Bad Bunny’ego, pojawili się tancerze, znane z internetu twarze, a nawet kilka osób wybranych prosto z publiczności.
W tym momencie Narodowy zamienił się w gigantyczny parkiet. Hity takie jak:
- „Tití me preguntó”
- „No me conoce”
- „MONACO”
- „Yo perreo sola”
- „CAFé CON RON”
rozpętały na płycie i trybunach absolutne szaleństwo. Bad Bunny biegał i tańczył na dachu domku, a w pewnym momencie nonszalancko usiadł na zamontowanym tam klimatyzatorze.
Jako piosenkę-niespodziankę, przygotowaną ekskluzywnie na ten jeden jedyny wieczór w Warszawie, artysta wykonał utwór „La Zona”, co wywołało kolejną falę euforii.
Romantyczny finał i organizacja na medal
W trzeciej części koncertu, już na scenie głównej, wybrzmiały romantyczne „Ojitos lindos” oraz „La canción”, które cudownie rozkołysały publiczność. Wisienką na tym gorącym torcie było jednak energetycznie wybuchowe „EoO” oraz wykrzyczane przez tłum do utraty tchu „DtMF”. Widowiskowości całości dopełniały idealnie zsynchronizowane efekty pirotechniczne – słupy dymu i buchające ze sceny race nadawały całości unikatowy, wręcz epicki charakter.
Organizacyjnie wszystko było dopięte na ostatni guzik. Co jest niezwykle rzadkie przy tak ogromnych produkcjach stadionowych – koncert rozpoczął się z zegarmistrzowską punktualnością. Wielkie brawa dla Live Nation Polska za sprowadzenie artysty tego formatu i bezbłędną realizację wydarzenia. Ten wieczór z pewnością przejdzie do historii koncertowej Polski i na stałe zapisze się w pamięci każdego, kto miał szczęście być wtedy na PGE Narodowym.
Foto © Kamila Makarewicz. All rights reserved.




