… taki tam tekst o kinie

Szanowni Czytelnicy.

Więc jesień.

Zelżały upały, lato przeszło najpiękniejszą swoją fazę. Dzieci z ponurą zgrozą studiują nowe podręczniki, miejskie korki zagęszczają się ochoczo, pustawe knajpy znowu zapełnione nowymi mieszczanami w ferworze pracy przyssanymi do swoich laptopów, po ulicach biegają zaaferowani ludzie, którym zaczyna już schodzić opalenizna z Riwiery. Nasza redakcja rozbijała się tego lata po wakacyjnych festiwalach, jest się więc na bieżąco z pewnymi rzeczami . Oto więc skrzętnie się będzie referowało.

Mnie przypadło o filmach – jako, że byłam na „Dwóch Brzegach”. Kazimierz Dolny polecam Państwu bez najmniejszych zastrzeżeń, pisałam już zresztą o tym zdaje się. Co do kina – miks rezerwy, zaskoczeń i jeden prawie zachwyt.

Zaczynam jednak od przeciętnego.

Kamper”. Jest to polski debiut z tytułem podchwytliwie podstępnym, bowiem nie ma ów nic wspólnego z wesołą turystyką motoryzacyjno – campingową, jest za to ksywą głównego bohatera. Oczywiście zaliczam się do publiczności, co się nieustannie i o wszystko czepia, ale mnie ten tytuł ani przekonuje, ani bawi, ani intrygująco zadziwia. Nijaki jest i drugiego dna też się dopatrzyć nie potrafię, no ale trudno, tytuł, jak tytuł, uszedłby, gdyby reszta raczyła być interesująca. No ale nie jest. Fabuła rozłazi się nieco wśród ładnych, nowoczesnych ujęć w jasnej i współczesnej nowomiejskiej rzeczywistości; oto trzydziestolatek, zawodowy tester gier komputerowych, protagonista anemiczny raczej i niemrawy, snuje się przez życie wraz z równie mało energiczną młodą żoną, która pana Kampera zdradza. Zdradza okazjonalnie i jakoś bez szczególnego przekonania, bez przekonania też płaczliwie żałuje; niby więcej ma ikry niż szanowny ślubny, uczy się – a jakże – gotowania, zakłada – cóż by innego – modnego food trucka, a kochanek jest nie inaczej, jak gwiazdą kulinarnego show w granatowym, oczywiście, garniturze. Hipsterstwo na całej linii. Ogólnie młodzi państwo bezwolni są i bez charyzmy; nawet ich kłótnie brzmią nieprzekonująco, a wiadomo, że woli się jednak bohaterów ekspresyjnych i z tzw. życiem wewnętrznym. Ja przynajmniej wolę. Tu tego nie mamy. Jest schematycznie, nowomiejsko i niemożliwie wprost bezkrwiście. Całość wypada blado, nic nie rekompensuje niezgrabnych dialogów ani mało wciągającej fabuły: ani zdjęcia, ani aktorstwo, ani nic. Jasne, że to pierwszy film, rozumiemy, doceniamy wysiłki, ale prosimy o coś z większą dawką emocji. Całość trochę ratuje piosenka z napisów końcowych (DJ Shadow, This time), ale to chyba ciut za mało, prawda?

Po sąsiedzku w mojej filmowej typologii stoi „Pożegnanie”. To również jest debiut, tym razem brytyjski, inny zupełnie tak pod względem zamysłu, jak i jakości ogólnej. I chociaż nie jest to dzieło, po którym człowiek wychodzi z kina i dwa dni nie je, nie śpi i nie pije, bo przeżywa sztukę, to widać, że młody reżyser naczytał się książek, naoglądał dobrych filmów i ma wyraźne pretensje artystyczne. Co prawda festiwalowa rozmowa z nim jakoś się nie kleiła, młodzieniec sprawiał wrażenie tak zagłębionego w sztuce, że na sprawy przyziemne mocno był niepomny, no ale wiadomo – artysta. Na niezawiłą fabułę „Pożegnania” składa się historia kilkunastolatka i jego matki, którzy przyjeżdżają na piękną francuską prowincję. Mają do sprzedania letnią posiadłość, on – do przeżycia pierwszą miłosną fascynację francuskim rówieśnikiem, ona – do poukładania sprawy osobiste, bo mąż odchodzi, syna trudno zrozumieć i generalnie życie się nie klei. Wszystko w fajnych wnętrzach w stylu prowansalskim, z dyskretną muzyką, malarskim spojrzeniem operatora i wyraźnym zacięciem poetyckim. Przeżyć na pięć dni rozmyślań o wspaniałości sztuki Państwu to kino nie dostarczy, ale obejrzeć można.

W ramach pobocznego wtrętu – poza Festiwalem reprezentantka Państwa objazdowej redakcji obejrzała „Śmietankę towarzyską”. Woody’ego Allena, gdyby się ktoś pytał. Jest to film o niedosytach. O tym, że czego by człowiek w życiu nie wybrał, zawsze będzie się zastanawiał, jak mogłoby być, gdyby zdecydował inaczej. Kolejnym bohaterom – i młodemu prowincjuszowi, który szuka szczęścia w Hollywood, i jego zamożnemu wujowi – krezusowi świata filmu, i ich pięknym towarzyszkom – wszystko układa się w miarę dobrze. Dramatów wielkich nie ma. Kataklizmów – ani tyle. Tragedii – brak. A jednak ciągle czegoś każdy z towarzystwa ma niedobór i są (choć z lekka wymuszone) rozterki. Poza tym: przydużo kawiarnianego swingu, bardzo dosłowne stylizacje w każdej materii, płaskie dialogi i jednowymiarowe postaci. Mojemu towarzystwu ten wszechobecny jazz nawet się podobał, ja się jedna za monotonnymi zamysłami artystycznymi nie opowiadam, wypadło to zbyt jednolicie, zbyt nużąco. Nie żebym kiedykolwiek przepadała za Allenem, ale jeśli dotąd miał jakiś nerw, to teraz wyraźnie uległ on przytępieniu.

Na szczęście poszłam jeszcze na „Komunę”. W ulubionym kinie, przy stanie widowni: 5. Thomas Vintenberg jest Skandynawem, jest przystojny, jest elokwentny, ciekawie wypowiada się w wywiadach i nakręcił kilka głośnych, nagradzanych filmów – już to wystarcza, żeby wybrać jego film z programu. Było warto. No może nie jest to zachwyt (choć momentami się ociera), jednak pełna jestem uznania. Dobre, pełnokrwiste aktorstwo, oszczędne teksty, świetne, nieoczywiste zestawienia i ogrywanie emocji „na przeciwnie” zawsze w kinie są nieocenione. Ten film wciąga, chociaż ani aktorzy specjalnie piękni, ani wnętrza wysmakowane, ani muzyka przebojowa. Dzięki temu ostatniemu zabiegowi lekko stary, lukrowany Elton John w scenie pogrzebu brzmi po prostu kapitalnie. Ujęcia bez szaleństw, maksymalna koncentracja na treści i wyrazie, przemyślanie, mocno i prosto, tak się w naszej wybrednej redakcji lubi.
A chodzi o to, że para czterdziestoparolatków z córką wprowadza się do odziedziczonego ogromnego domu i żeby udźwignąć rzecz finansowo, przyjmuje współlokatorów. Trafiają się ekscentrycy: jeden raz po raz wybucha wstrząsającym łkaniem, drugi w ramach porządkowej obsesji pali w salonie wszystko, co zakwalifikuje jako „bałagan”, trzeci coś tam jeszcze, nawet dziecko w tej komunie spogląda niewinnymi oczętami, zapowiada własną rychłą śmierć i jest niezwykłe. W tej szalonej z lekka konfiguracji jest najpierw trochę śmiesznie, a potem coś się wikła. Przychodzi pozamałżeńska fascynacja, a związek głównych bohaterów zaczyna się rozchodzić, bo oto nie wiadomo, czy i tę kwestię mogą objąć nowe światopoglądowe porządki. Dobra rola Trine Dyrholn, z całą gamą uczuć i zmian, równie dobra postać mrukliwego niewiernego małżonka, pozornie odpychającego, lecz ze szramą, która tę rolę przełamuje i w jednej chwili przemienia w interesującą. Cała rzecz pokazana treściwie i jasno, z pozornego bezładu i niezdecydowanego przestępowania nogi na nogę wyostrza się klarowna, spójna historia, której bez zastrzeżeń się wierzy. Dobry balans między poszczególnymi wątkami: porządne role drugoplanowe trzymają się swoich miejsc i równoważą humorem dramatyczne momenty głównej historii, nie tracąc przy tym spójności i zasadności, bo tu jedno uzupełnia drugie, a smaczków i nawiązań uważny widz może się doszukiwać do woli. Rozsądna, równa, pewną ręką poprowadzona fabuła. To jest ten jeden raz na ileś, którego chciałoby się zawsze, gdy siada się w kinowym fotelu. Tak właśnie, napisałam, i nie cofnę, co by nie mówili wszyscy inni.

Zresztą – kto by dawał wiarę recenzentom.

A gdyby Państwo mi jednak wiarę dali, albo poruszeni moimi wyrazami uznania chcieli przekonać się osobiście (do czego zachęcam, rzecz jasna), albo jeśli absolutnie nie wierzą Państwo wszystkim powyższym bzdurom –  wymienione filmy nadal jeszcze w kinach. Lotna redakcja poleca.

Share

Autor Karolina Momot

Karolina Momot – choreograf, tancerka, pedagog tańca. Absolwentka Choreografii i Technik Tańca Akademii Muzycznej w Łodzi oraz gliwickiego studium baletowego i wydziału rytmiki średniej szkoły muzycznej. Doświadczenie sceniczne zdobywała w teatrze tańca i teatrach muzycznych; zrealizowała też kilka własnych projektów choreograficznych („…znajdź mnie wśród nich…”, „Anatomia ciszy”, „Tango”). Interesuje się malarstwem, kinem, łyżwiarstwem figurowym; lubi koncerty, sportową jazdę samochodem, grywa w scrabble i na fortepianie.