Tag Archives: stop głupocie

O discopolizacji, bufonadzie i śpiewającym busiarzu

Szanowni Czytelnicy, światli Melomani. Dziś zabierzemy się za sprawę ważką i, pomyślicie zapewne, nieco kontrowersyjną. Przez ojczyznę naszą przetacza się ostatnimi czasy tyleż demokratyczna, co zażarta debata o disco polo. Tak właśnie! Od telewizji śniadaniowych po dzienniki i prasę kolorową, kto żyw, z zapałem oddaje się rozważaniom na co i po co, oraz co właściwie o tym wszystkim godzi się światowemu człowiekowi sądzić. Dyskusja emocji budzi niemało. Wszak dotąd – zupełnie nie uchodziło. Podawanie się za entuzjastę discopolowych rozrywek mogło doszczętnie zszargać wypracowaną opinię poważnego konsumenta sztuki. Na rodzime przyśpiewki rodem z remizy reagować należało: wyniosłym wzruszeniem ramion; krytycznym chichotem; pogardliwym wywracaniem oczami; przede wszystkim zaś trzeba było kategorycznie wyrzec się jakichkolwiek konotacji z tym absolutnie niepoważnym muzycznym gatunkiem. Najlepiej, żeby rozsądny obywatel niegodną tą twórczością gardził stanowczo. Oto jednak przewrotność sztuk i gustów. Disco polo wchodzi szturmem spod strzech na, jak się to mówi, salony.

disco-ballPrzyczyną oczywiście sztuka wysoka. Bo o disco polo nakręcono film! Darujemy tu sobie recenzję: jak Polska długa i szeroka, grają go na okrągło, od bez mała pół miesiąca. Jeśli już państwo koniecznie chcecie, proszę iść i sobie pooglądać. Może lepiej niż ja pojmiecie wysmakowany rodzaj dowcipu absurdalnego tego dzieła. Film jest reklamowany jako wysokiej próby produkt artystyczny: możliwe więc, że rozumienie artyzmu przez kreślącą się tu autorkę jest mocno nie na czasie, bowiem sztuki wysokiej (mimo jak najbardziej pozytywnego nastawienia do podmiotu tytułowego) się nie doszukała. Zawsze jednak można sobie podczas seansu trochę pośpiewać. Mimochodem chciałabym zauważyć, że film oglądałam w dniu premiery, w piątek, w porze jak najbardziej rekreacyjnej i na terenach zwanych przez niektórych Polską B, o czym wspominam, bo owe okolice stanowią ponoć kolebkę disco polo. No i na sali było góra dwudziestu widzów. Kłam zadali discopolizacji Wschodu, jak nic. Najprawdopodobniej zlekceważyli sztukę rodzimą i z płonącymi policzkami oglądali za ścianą ten modny film o rozbuchanych relacjach damsko – męskich. No chyba, że byli w remizie na koncercie; jak tak, zwracam honor.

Wróćmy jednak do naszej narodowej dyskusji. Rozchodzi się o kwestii parę: najprzód – skąd u rodaków rozmiłowanie w tym tu, jakby tu powiedzieć delikatnie, szemranym muzycznym gatunku? Komu te przeboje skradły serca bezpowrotnie i dlaczego ci, którym serc nie skradły, taki bezdusznie je wykpiwają? Wypada się przyznawać do discopolowej atencji? I wreszcie: chłam to, czy osobliwy, lecz jednak, rodzaj sztuki? Ostatnie zagadnienie urasta do poziomu zagadki niemalże filozoficznej. Lud prosty i tak zwane uczone głowy z upodobaniem oddają się rozważaniu tego wysoce kontrowersyjnego dylematu.

A to wszystko nie takie znowu oczywiste. I wcale nie takie proste. Żeby tworzyć disco polo trzeba mieć, proszę państwa, pewne nieodzowne talenty. Myślicie, że tak znowu łatwo się pisze discopolowy bestseller? Tu trzeba fantazji, bezkompromisowości, otwartego umysłu. Umiejętności łączenia prostoty (przekaz, jak to się mówi, prosto z mostu) z absolutną klarownością myśli twórczej. Należy być przystępnym. Tu się nie śpiewa o niczym. Tematem naczelnym oczywiście przypadki miłości. Przyszła, odeszła, złamała serce, ducha i bieg zdarzeń. Ona ciągle tam czeka, jej serce tęsknotą ocieka (zasłyszane). Analizy literackiej nie śmiem podejmować. Bo czy wszystko nieustannie musi być wzniosłe i patetyczne? Disco polo za nic ma patos i bufonadę, a niezawiła jego egzaltacja opiera się na najprostszych instynktach, które przecież każdemu nieobce. Tego słuchają miliony. Nie to, co jakieś mętne uniesienia bez ładu, nad którymi roztkliwiać się będą li ekscentryczne jednostki. Tu się przemawia do tłumów. I tłumy podśpiewują potem hity discopolowego artysty, nawet jeśli część po kryjomu, to z zaangażowaniem. A potem chodzą na koncerty, wklepują teksty w wyszukiwarki, śpiewają z artystą, domagają się autografów i lojalnie ekscytują każdym newsem. Dalej: wnikliwy bilans strony muzycznej przynosi radosne wnioski. Jest śpiewnie. Gładka, zwrotkowo – refrenowa, budowa okresowa. Dominanty przykładnie rozwiązują się w kadencjach doskonałych. Przewidywalne cezury. Rytm z tych chwytliwych. Czego jeszcze chcieć?

Piszę o tym z pewną ironią, bo rzecz urasta w dysputach do jakiejś zupełnej cudaczności, pokracznego wytworu, z którym nie wiadomo, co robić – i trochę razi mnie owa wytrawna drwina, z którą o disco polo się mówi. My się absolutnie nie nabijamy, a w tle pobrzmiewa nerwowy chichot, patrzcie, oto nawet z disco polo możemy wydobyć, co najlepsze. Proszę mnie niewłaściwie nie zrozumieć, ale niech disco polo zostanie sobie disco polo i odpuśćmy z odżegnywaniem się od tego, co w pewnych kręgach niegodne. Toż to przecież z ludu. Ale miewamy jakąś wewnętrzną kontrę wobec tego, co jarmarczne, nie życzymy sobie żadnych konotacji z prowincją, a tu przecież wieś i zapadły zaścianek w najczystszej postaci. Odstręcza nas kicz w czystej postaci; choć kicz ubrany w dekoracje sztuki wysokiej jesteśmy gotowi uznać za exclusive, jeśli tylko odpowiednio doniośle się nas o tym zapewni. Przy okazji proszę, z ręką na sercu, zanalizować ów obecny mainstream. Naprawdę taki on ambitny i tak niebywale wzniosłe uczucia wzbudza? Dajcie państwo spokój. Wszystko być musi i miejsce swoje też mieć musi. Tak po prostu. Oooo.

Znam takiego jednego pana busiarza. Na ostatnim, wieczornym kursie powrotnym do swojej wioski wyłącza wszechobecne przez cały dzień radio i funduje sobie i nielicznym już wówczas pasażerom składankę disco polo. Do tego śpiewa. Z pełną angażacją. Co to się wtedy odbywa. Bus toczy się prowincjonalną uśpioną drogą, światełka odtwarzacza migoczą czarownie, podróżni podskakują na wybojach i przy tym zgodnie kołyszą się na swoich fotelach. Aksamitny głos wokalisty i może mniej dźwięczny, acz pełen największego zaangażowania głos pana busiarza tworzą symultaniczny, pogodny duet. Z pewnością wart tej przejażdżki.
No i tak to. A zresztą, kto wie, co go kiedyś porwie, Bach czy Weekend? Słuchacie ukradkiem któregoś hitu? To już wpadliście. Kino się zdiscopolizowało, na mieście szlagiery gra się w wersji symfonicznej, po bilety kolejka. A czy państwo wiedzieli, że samozwańczy król gatunku dobrodusznie hoduje gołębie rasowe?