Tag Archives: ambient

Dobrze jest być dziwnym, czyli OFF Festival 2017

Po festiwalu, na którym co chwila dochodzi do muzycznych odkryć, a jakość występów nie spada poniżej astronomicznie wysokiego, można by było w nieskończoność wymieniać. Które zespoły były najciekawsze? Które momenty zapamiętamy na dłużej? Gdy ktoś nieobecny na OFFie mnie jednak pyta, czego powinien żałować, odpowiadam – wszystkiego.

Bo w tym festiwalu nie do końca chodzi o to, że PJ Harvey znów dała perfekcyjny występ wraz z dużym, acz niesamowicie zdyscyplinowanym zespołem. Nie chodzi też i o to, że Shellac, choć jest ledwie triem panów w średnim wieku, swoją energią, krzykiem i gitarowym zgrzytem rozsadził główną scenę. Nie chodzi o dobrą zabawę z optymistycznym New People czy pogo podczas występu japońskiego Boris. Zaprawdę, powiadam Wam, w OFF Festivalu chodzi o to, że to wszystko dzieje się jednocześnie.

Nie da się więc fenomenu tego wydarzenia zrozumieć poprzez kilka wybranych wykonawców. Słuchacze pojawili się tłumnie między 4 a 6 sierpnia w Dolinie Trzech Stawów głównie dla skosztowania czegoś nowego, a także by zanurzyć się w wybuchowej mieszance tylu muzycznych światów naraz. Mieszanka wybuchowa to zresztą mało powiedziane, bowiem niektóre występy miały siłę rażenia bomby atomowej. I to niekoniecznie tej rozumianej w oczywisty sposób. Na mnie osobiście ogromne wrażenie zrobili także wykonawcy wcale nie najgłośniejsi, ale Ci o szlachetnej delikatności, jak chociażby Lor czy Ralph Kamiński.

Wbrew obiegowej opinii wypowiedzianej przez inżyniera Mamonia w Rejsie, niektórzy lubią poznawać nową muzykę, być może nawet czasem niezwiązaną z tym, czego słuchają na co dzień. I to właśnie takie zaskoczenie potrafi najbardziej porazić, zaintrygować. Mam wrażenie, że każdemu z gości festiwalu zdarzył choć jeden taki moment. Konia z rzędem bowiem temu, kto idąc na tegoroczną edycję chociażby kojarzył każdy z zespołów!

Przed koncertem Mitch & Mitch parę przypadkowych osób pytało mnie, co ich właściwie czeka – jak się okazuje, szli zupełnie „w ciemno”. Nie tylko oni. Na OFFie panuje atmosfera oczekiwania wymieszanego z zaciekawieniem. Słuchacze są gotowi na prawie wszystko, chętni obdarować nowy zespół ogromnym kredytem zaufania, który niejednokrotnie spłacany jest z nawiązką. Być może wspomniany wyżej polski zespół zdobył lepszy kontakt z publicznością, ponieważ dla rzeszy słuchaczy był po prostu zaskoczeniem w porównaniu do chociażby kanadyjskiej Feist. Co oczywiście nie umniejsza tej drugiej, o czym zresztą pisała już moja redakcyjna koleżanka, Julia Brodowska. 

Artur Rojek jako dyrektor artystyczny udowodnił, że muzyka właściwie nie ma granic, skoro często zaraz po sobie lub jednocześnie występowały zespoły oddalone od siebie o całe lata świetlne. A przy tym festiwal nie stracił pazura, nie zamienił się w imprezę dla wszystkich i tym samym – dla nikogo. Bo coś jednak tych wszystkich artystów zaproszonych do Katowic łączy, a konkretnie ich szeroko rozumiana niezależność. W niektórych przypadkach podniesiona zresztą do entej potęgi, jak w duecie Siksa, który jeńców podczas koncertów nie brał. Były wrzaski, wyzwiska pod adresem kościoła i polityków? Były. Było tarzanie się po ziemi i krew płynąca z kolan performerki? Były. Piszę performerki, ponieważ Alex z Siksy właściwie bardziej krzyczy niż śpiewa, ale biorąc pod uwagę jej punkowe nastawienie – jest to w sumie strategia słuszna. Jej występ frapował i przypominał o tym, że OFF to raczej kiepskie miejsce, by wybrać się na niezobowiązujące melodie towarzyszące sączeniu piwa z plastikowego kubeczka.

Nie umniejszając oczywiście strefie gastronomicznej, bo istnieć ona na takim wydarzeniu musi. Nie da się przecież słuchać w skupieniu muzyki przez 12 godzin bez przerwy i to w dodatku z pustym brzuchem. Strefa zakomponowana została w podobny sposób, jak OFFowy lineup – bardzo różnorodnie, ale zawsze wyraziście. Istniał też festiwalowy kącik czytelniczy (wbrew pozorom – oblegany), plenerowe kino, stoiska sklepowe prawdopodobnie wszystkich najważniejszych niezależnych wytwórni w Polsce, czy wreszcie kawiarnia literacka, w której odbywały się regularnie arcyciekawe spotkania przygotowane przez Sylwię Chutnik. Te i kilka innych inicjatyw znacząco wpływają na kulturalny, a mało komercyjny mikroklimat OFFa. I chociaż nie jest to danie główne imprezy, to jednak pozazdrościć należy organizatorom takiego deseru.

Jeśli czegoś na OFFie dało się odczuć brak, to słabych koncertów. Swans wystąpili prawdopodobnie po raz ostatni w swojej karierze w Polsce, ale i tak nie odpuścili. Reaktywacja Łoskotu wyszła niesamowicie świeżo, Żywizna, czyli Idris Ackamoor & The Pyramids byli szaleni i radośni mimo problemów technicznych (gitarzysta wymieniał pękniętą strunę przy akompaniamencie wspierającego go zespołu). Wzruszająca była Żywizna, czyli nestorka pieśni kurpiowskich, Genowefa Lenarcik w duecie z nowatorskim gitarzystą Raphaelem Rogińskim. Ich niezwykle kameralny i delikatny koncert udowodnił zresztą, że poszukiwanie czegoś nowego i eksperyment nie musi się odbywać przy jednoczesnym krzyku, hałasie, nadętej scenografii, epatowaniu wymyślnymi bzdurami. Wręcz odwrotnie – potrafi wypłynąć z długiej tradycji, wewnętrznego, cichego piękna. Jak się okazuje, wystarczy tylko chcieć.

Byłem też pod dużym wrażeniem publiczności, która zachowała ciszę godną filharmonii, ale przy tym okazywała typowo rockowy entuzjazm pomiędzy kolejnymi pieśniami. To uzmysłowiło mi, że OFF to jednak przede wszystkim ludzie, którzy na niego przychodzą. Ludzie, których nęci przede wszystkim charakter festiwalu, jego osobowość, a nie to, czy się wszystkim podoba. I to jest chyba najważniejsze. Bo też niektórzy mogą stwierdzić, że tylko dziwni ludzie słuchają Phurpy, Richarda Dawsona, czy Batushki. Ale wiecie co? Dobrze jest być dziwnym. I należeć – choć przez chwilę – do przedziwnego świata OFF Festiwalu.

Foto: © Michał Murawski