Może się zdarzyć, że magia. Relacja z Festiwalu Filmowego „Dwa Brzegi” 2017

No i znowu lato jest. Nieśpieszne, trochę duszne. Trochę za krótkie. Wieczory letnie to mają do siebie, że coś pulsuje w powietrzu i spokoju nie daje; czegoś nowego się człowiekowi chce, coś gdzieś człowieka gna. Nas akurat poniosło do Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Znowu. Bo tam są brukowane uliczki i we wtorek na rynku można kupić lawendę. Bo promy. Bo filmy. No to gdzieżby?

Doroczna obecność na Festiwalu Dwa Brzegi to całkiem dobry nawyk. Na przełomie lipca i sierpnia w Kazimierzu i Janowcu jest przegląd kina. Oczywiście festiwali filmowych jest wokół mnóstwo; w ogóle ostatnimi czasy kraj nasz, można powiedzieć, festiwalem stoi. Ale ten akurat jest taki w sam raz. Kazimierz to nie metropolia, więc wszędzie blisko: raczej kameralnie, zdecydowanie bezpretensjonalnie. Kina, w których projekcje odbywają się równolegle (a raczej: „na zakładkę”) są tylko dwa. No, powiedzmy, że trzy, bo jeszcze jedno pod gołym niebem. Odpada więc – a w każdym razie ulega znacznemu ograniczeniu – dylemat, co wybrać. Chociaż w tym roku nakładały się z reguły akurat te punkty programu, które nas interesowały, no ale czyż byt nasz nie składa się z wyborów? Zresztą – jak już wspomniano – na szczęście wszędzie blisko.

Dyskutować, który film najlepszy, to rzecz wysoce subiektywna. Publiczność w swoim plebiscycie wybrała kanadyjsko – irlandzką biografię „Maudie”. Nieprzewidująca recenzentka ten akurat film pominęła. Mało na razie można o nim gdziekolwiek przeczytać, poza tym, że dostał już parę nagród festiwalowych i opowiada historię kobiety, która zaczyna malować „dla poprawy estetycznej” (translacje internetowe są niezawodnym gwarantem interesującej lektury), a jej sztuka okazuje się budzić tyle niezwykłe, co niespodziewane zainteresowanie. Równie niezapowiedziana jest relacja głównej bohaterki z pewnym człowiekiem i o tym przede wszystkim się w filmie opowiada. Obsada obiecująca. Polska premiera zapowiadana jest na koniec września – proszę mieć na uwadze.

Recenzentce najbardziej podobały się „Zwierzęta” Grega Zglinskiego – tego od „Całej zimy bez ognia” – bo to przemyślany, dopracowany film o tym, że wszystko wokół nas jest, prawdopodobnie, relatywne. Temat niewyczerpany, chociaż mało kto umie się za niego dobrze wziąć. A tu proszę.

Reżyser jest niewysokim człowiekiem w dżinsach, z publicznością rozmawia uprzejmie i rzeczowo i z całą pewnością dobrze wie, o czym i jak chce opowiadać. W niewymuszony sposób balansuje między gatunkami i – co się nieczęsto przy takim mariażu udaje – mieści w „Zwierzętach” wszystko, co zmieścić powinien. A utrzymanie równowagi między powagą a niedosłownością, sarkazmem a wzruszeniem, niedopowiedzeniem a precyzją – to jest sztuka. Niemniej – oklaski były powściągliwie, pytania widzów trochę obok i nie będzie to raczej film modny ani taki, co to na niego przyjdzie w sobotę do multipleksu tłum z popcornem. Na szczęście. Państwo oczywiście zechcą się wybrać.

Choć gdybym się już miała czepiać – muzyka średnia. Monotonna. Za ładna. Rzadko taką zapamiętuję. A przydałby się jeden akcent, który by się potem człowiekowi kojarzył, trzymał się głowy i znudzić nie chciał.

Co do oklasków – jedne z porządniejszych były na „Party”. Słusznie zresztą. To najczystszy współczesny klasyk. Kameralnie, teatralnie, w czarno – białych ujęciach, gorzko, lecz bez histerii, śmiesznawo, lecz nie zabawnie. (Państwa sprawozdawczyni kompletnie nie umie chichotać w tych samych miejscach, co większość publiczności. Co nie znaczy, że nie docenia sardonicznego humoru, jaki tu nam zafundowano, ba, zdecydowanie takowy lubi). Szanujący się recenzent napisałby, że „Party” to inteligentna satyra na dzisiejszą klasę wyższą i byłoby to spostrzeżenie absolutnie prawidłowe.  Sumienny żurnalista dodałby jeszcze, że film zelektryzował tegoroczne Berlinale. Wasza recenzentka potwierdza, dobrze się oglądało. Możecie Państwo z czystym sumieniem dać wiarę przytoczonym informacjom, tytuł zapamiętać i wybrać się do kina we właściwym czasie.

Ulubiona sekcja recenzentki to ta z filmami muzycznymi, w tym roku jednak najwyraźniej przeznaczona dla ciut innej grupy docelowej. No trudno, musi być jakaś demokratycznie uogólniona sprawiedliwość. Tym razem przyszła pora na muzykę południową i lokalną. Hiszpania, Nowa Zelandia, Meksyk, Indianie. To już są punkty programu dla absolutnych koneserów. Mało jazzu, mało bluesa, mało tańca. Mało filmów, co to się po seansie siedzi pół nocy i wyszukuje kolejne numery ścieżki dźwiękowej. Jeden Saura, nużący i bez jakiegokolwiek tempa – w porównaniu z czymkolwiek wcześniejszym, choćby „Tangiem” to zupełnie inny świat. Nic przejmującego tak, by ociągać się z wyjściem do ostatniej linijki końcowych napisów. A bywało już tak w Kazimierzu przecież.

Niezupełnie w tej kategorii film pobliski: ‘”Bobbi Jane”, dokument. Dobry. Tytułowa bohaterka to tancerka, związana z izraelskim Betsheva Dance Company. Kapitalny zespół, skądinąd. Akcja filmu rozgrywa się w momencie, gdy Bobbi postanawia z grupy odejść – co wielu tancerzom pewnie nie może się pomieścić w głowie. Bo spektakle Ohada Naharina to jest najczystsze szorstkie piękno. Niezwykłe w mocny, intensywny sposób; to ten raz chropawy, raz skończenie liryczny grubo ciosany współczesny romantyzm. To muzyka zestawiona tak, że przejmuje do szpiku. Wiecie Państwo – klasyka z rockiem, minimalistyczna elektronika  ekspresyjnymi bębnami. I taniec, który bywa brzydki i toporny, ale bywa  też najstaranniejszą neoklasyką. Z niby prostymi gestami, żywiołem ciała, ostinatami, kanonami i czym tam jeszcze trzeba. Z wstrzymaniami i akcentami rozłożonymi sprawiedliwie i z pietyzmem. Taki, co przykuwa uwagę najmniejszym ruchem ręki, grą światła, rysunkiem, detalem. Naharin chciał mieć zespół złożony z prawdziwych ludzi, żywych, przejmujących, z krwi i kości. Zespół silnych osobowości i pięknych kobiet. I ma. Recenzentka nie mogła się napatrzeć, choć w „Bobbi…” Betshevy było oczywiście, na korzyść tytułowej bohaterki, symbolicznie.

Niemniej powinni Państwo wiedzieć, że spektakle Naharina da się, w zasadzie, oglądać hurtowo, co nie często się w przypadku tańca zdarza. Zwłaszcza recenzentce.

A w kinie na widowni pustawo. Wiadomo – gdy w zapowiedzi stoi, że o tańcu, przeciętny widz wyobraża sobie, że znów każe mu się słuchać opowieści o tiulach, krwawiących palcach i pinezkach z pointach. Taniec współczesny  ciągle znany jest u nas mało.

Recenzentka obejrzała jeszcze parę innych filmów, pochodziła po mieście, nabyła szklany wazon, zjadła kilka wybornych śniadań w towarzystwie restauracyjnego kota i pooglądała nocne niebo nad Wisłą. Promem tym razem nie płynęła, bo była w nastroju mocno kinowym i większość czasu przesiedziała w festiwalowych namiotach.

W tym roku największe wrażenie zrobił jednak koncert.

Ten Pan już niby był na playliście, niby grał parę koncertów w okolicy, niby nawet jest z Krakowa – i to „znajomy znajomych” – a jednak trzeba było gwieździstej nocy, migoczącego drona nad głową i knajpianego ogródka w Kazimierzu, żeby Państwa recenzentka przepadła na rzecz Gypsy and The Acid Queen. A najlepiej się przepada, gdy się tego nie planuje: wchodzi człowiek „na moment” i od razu staje się jasne, że zostanie do końca. Z tym też stanem rzeczy mamy tu do czynienia: Pan Kuba Jaworski brzmi hipnotyzująco, bluesowo, poetycko i od pierwszej chwili – przyciąga. Głos ma trochę chropawy, a muzykę gęstą, lecz bez przekombinowania. Naturalną. Bez zadęcia. A przy tym nieoczywistą. Brzmi onirycznie, lecz żadne to sentymentalizowane nijakości. On wie, co chce zagrać. Więcej – wie, jak ów konkret sprzedać. I widać, że słuchać to on nasłuchał się sporo i wyciągnął wnioski (co nie znaczy, że będziemy się teraz doszukiawć, że tu brzmi jak Arctic Monkeys, a tu jak The Black Keys. Nic z tych rzeczy). A chociaż na scenie jest jeden, a Państwa recenzentka się dotąd zawsze upierała, że musi być perkusja, że musi być bas i że w ogóle syntezator i elektroniczny perkusista są na nie – to tym razem nie są. Pan Jaworski gra na gitarze i wszystkim, co tam jeszcze ma dookoła, śpiewa, trzeszczy drobnym instrumentarium – i radzi sobie z całym tym zestawem nadspodziewanie sprawnie, nie gubiąc przy tym nastroju i koncentracji. Podoba się tak Państwa recenzentce. I posłuchałaby więcej. Czytelnikom też poleca.

A do tego niezmiennie poleca Dwa Brzegi, Kazimierz i festiwalowe filmy, gdy wejdą do kin. Proszę szukać tego „swojego”, co przejmie i zostanie w głowie. Wiadomo, że wcześniej się trzeba będzie naoglądać, nachodzić, naszukać; czasem się wyjdzie lekko skonsternowanym, czasem się nie trafi, czasem zapowiedź trochę omami, czasem w trakcie seansu myśli umkną. Ale samo się nie obejrzy. Każdy początek, ten moment, gdy gasną światła, to elektryzująca obietnica. I któregoś razu się wyjdzie w zachwycie. To się zawsze może zdarzyć.

Share

Autor Karolina Momot

Karolina Momot – choreograf, tancerka, pedagog tańca. Absolwentka Choreografii i Technik Tańca Akademii Muzycznej w Łodzi oraz gliwickiego studium baletowego i wydziału rytmiki średniej szkoły muzycznej. Doświadczenie sceniczne zdobywała w teatrze tańca i teatrach muzycznych; zrealizowała też kilka własnych projektów choreograficznych („…znajdź mnie wśród nich…”, „Anatomia ciszy”, „Tango”). Interesuje się malarstwem, kinem, łyżwiarstwem figurowym; lubi koncerty, sportową jazdę samochodem, grywa w scrabble i na fortepianie.