Archiwum tematu: recenzje

Miasto Skarbów – wrażenia po premierowym odcinku

13 września 2017 roku, swoją krakowską premierę miał serial Miasto Skarbów, a dzień później produkcja pojawiła się wśród jesiennych nowości TVP. Pierwszy odcinek wprowadził widzów w świat wspaniałych dzieł sztuki i konfliktu pomiędzy siostrami.

Miasto Skarbów to opowieść o dwóch siostrach, pochodzących z szanowanego krakowskiego domu. Zadaniem Alicji jest ściganie przestępców zajmujących się kradzieżą dzieł sztuki. Natomiast Ewa to jedna z ważniejszych postaci grupy przestępczej, rabującej cenne obrazy. Siostry stoją po przeciwnych stronach barykady. Ich relacje są skomplikowane także ze względu na bujną przeszłość. Obie kobiety połączą jednak interesy.

Pomimo tego, że akcja obraca się wokół dzieł sztuki, to nie one przykuwają największą uwagę. Skomplikowana historia relacji między inteligentnymi i ambitnymi kobietami może przyciągnąć fanów kina psychologicznego, a świat fałszerzy i pogoni za wielkimi pieniędzmi skusi wielbicieli kina sensacyjnego.
Tempo rozwijania się wydarzeń nie jest specjalnie szybkie a spora ilość postaci wnosi lekki chaos w fabułę. Twórcy od razu wprowadzili widzów w sam środek akcji. Na razie historia nie nudzi, a w kolejnych tygodniach serial powinien się rozkręcić, bo ma ku temu wielki potencjał.

Kraków to miasto artystów i specyficznej atmosfery. Fakt, że produkcja powstała w tym miejscu z pewnością przemawia na jej korzyść. Bardzo dobrze udało się pokazać wspaniałe wnętrza i oddać klimat tego tajemniczego miasta. Pracownie malarskie, muzea, starodawne kamienice, międzywojenne wille, nowohuckie plenery – to tylko niektóre z lokalizacji, które będziemy mogli zobaczyć. Nie sposób oderwać wzroku od ciekawych kadrów. Podoba mi się również sposób, w jaki przedstawiono dzieła sztuki. Wszystko wygląda bardzo naturalnie. Muszę jednak podkreślić, że ci, którzy spodziewali się przesłodzonego obrazu Krakowa i jego nachalnej reklamy, mogą być zaskoczeni, bo nic takiego nie ma miejsca. Świat bohaterów jest niebezpieczny, a więc wykreowano niezwykle mroczną atmosferę.

W oczy rzuca się również bardzo dobra obsada, m.in. Aleksandra Popławska, Magdalena Różczka, Adam Ferency, Piotr Głowacki. Mam jednak sporo zastrzeżeń do dźwięku. Muzyka, choć piękna, momentami przytłaczała a dialogi niejednokrotnie były niezrozumiałe i z tego względu niezbyt przekonujące.

Pomimo pewnych mankamentów w pierwszym odcinku, kilka pomysłów wygląda bardzo interesująco. Nowy serial został dość entuzjastycznie przyjęty przez odbiorców. Odnosi się wrażenie, że Miasto Skarbów było tworzone według najlepszych wzorców. Reżyserzy – Marcin Ziębiński i Piotr Jaworski postarali się o to, aby stworzyć produkcję inną niż te, które do tej pory mogliśmy oglądać w polskiej telewizji.

Kolejne 12 odcinków pokaże, czy serial zapowiadany jako hit jesiennej ramówki wykorzysta ogromny potencjał i wniesie coś nowego.

Pannonica Folk Festival 2017 – fotorelacja

Kilkadziesiąt zdjęć w porządku … „trochę chaotycznym”. Bardzo chciałem oddać nastrój i ducha tych kilku dni w Barcicach nad Popradem.

W poprzednich edycjach festiwalu pisałem relację wraz ze zdjęciami. W tym roku relacja będzie osobną publikacją, dość obszerną i tym razem bardzo „muzyczną”. Zdjęcia, oraz wspomnienia z festiwalu utwierdziły mnie w przekonaniu że:

W dniach 31 sierpnia – 2 września 2017, Barcice nad Popradem były miejscem w którym liczba szczęśliwych ludzi, przypadających na jeden metr kwadratowy – była największa na świecie …

Oglądając zdjęcia, można też posłuchać „bałkańskiego klasyka”, którego zagrał na festiwalu Ekrem Mamutovic z orkiestrą:

Miłego oglądania 🙂

 

Foto © Andrzej Wodziński – Muzyczny Kraków | Jeśli nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Może się zdarzyć, że magia. Relacja z Festiwalu Filmowego „Dwa Brzegi” 2017

No i znowu lato jest. Nieśpieszne, trochę duszne. Trochę za krótkie. Wieczory letnie to mają do siebie, że coś pulsuje w powietrzu i spokoju nie daje; czegoś nowego się człowiekowi chce, coś gdzieś człowieka gna. Nas akurat poniosło do Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Znowu. Bo tam są brukowane uliczki i we wtorek na rynku można kupić lawendę. Bo promy. Bo filmy. No to gdzieżby?

Doroczna obecność na Festiwalu Dwa Brzegi to całkiem dobry nawyk. Na przełomie lipca i sierpnia w Kazimierzu i Janowcu jest przegląd kina. Oczywiście festiwali filmowych jest wokół mnóstwo; w ogóle ostatnimi czasy kraj nasz, można powiedzieć, festiwalem stoi. Ale ten akurat jest taki w sam raz. Kazimierz to nie metropolia, więc wszędzie blisko: raczej kameralnie, zdecydowanie bezpretensjonalnie. Kina, w których projekcje odbywają się równolegle (a raczej: „na zakładkę”) są tylko dwa. No, powiedzmy, że trzy, bo jeszcze jedno pod gołym niebem. Odpada więc – a w każdym razie ulega znacznemu ograniczeniu – dylemat, co wybrać. Chociaż w tym roku nakładały się z reguły akurat te punkty programu, które nas interesowały, no ale czyż byt nasz nie składa się z wyborów? Zresztą – jak już wspomniano – na szczęście wszędzie blisko.

Dyskutować, który film najlepszy, to rzecz wysoce subiektywna. Publiczność w swoim plebiscycie wybrała kanadyjsko – irlandzką biografię „Maudie”. Nieprzewidująca recenzentka ten akurat film pominęła. Mało na razie można o nim gdziekolwiek przeczytać, poza tym, że dostał już parę nagród festiwalowych i opowiada historię kobiety, która zaczyna malować „dla poprawy estetycznej” (translacje internetowe są niezawodnym gwarantem interesującej lektury), a jej sztuka okazuje się budzić tyle niezwykłe, co niespodziewane zainteresowanie. Równie niezapowiedziana jest relacja głównej bohaterki z pewnym człowiekiem i o tym przede wszystkim się w filmie opowiada. Obsada obiecująca. Polska premiera zapowiadana jest na koniec września – proszę mieć na uwadze.

Recenzentce najbardziej podobały się „Zwierzęta” Grega Zglinskiego – tego od „Całej zimy bez ognia” – bo to przemyślany, dopracowany film o tym, że wszystko wokół nas jest, prawdopodobnie, relatywne. Temat niewyczerpany, chociaż mało kto umie się za niego dobrze wziąć. A tu proszę.

Reżyser jest niewysokim człowiekiem w dżinsach, z publicznością rozmawia uprzejmie i rzeczowo i z całą pewnością dobrze wie, o czym i jak chce opowiadać. W niewymuszony sposób balansuje między gatunkami i – co się nieczęsto przy takim mariażu udaje – mieści w „Zwierzętach” wszystko, co zmieścić powinien. A utrzymanie równowagi między powagą a niedosłownością, sarkazmem a wzruszeniem, niedopowiedzeniem a precyzją – to jest sztuka. Niemniej – oklaski były powściągliwie, pytania widzów trochę obok i nie będzie to raczej film modny ani taki, co to na niego przyjdzie w sobotę do multipleksu tłum z popcornem. Na szczęście. Państwo oczywiście zechcą się wybrać.

Choć gdybym się już miała czepiać – muzyka średnia. Monotonna. Za ładna. Rzadko taką zapamiętuję. A przydałby się jeden akcent, który by się potem człowiekowi kojarzył, trzymał się głowy i znudzić nie chciał.

Co do oklasków – jedne z porządniejszych były na „Party”. Słusznie zresztą. To najczystszy współczesny klasyk. Kameralnie, teatralnie, w czarno – białych ujęciach, gorzko, lecz bez histerii, śmiesznawo, lecz nie zabawnie. (Państwa sprawozdawczyni kompletnie nie umie chichotać w tych samych miejscach, co większość publiczności. Co nie znaczy, że nie docenia sardonicznego humoru, jaki tu nam zafundowano, ba, zdecydowanie takowy lubi). Szanujący się recenzent napisałby, że „Party” to inteligentna satyra na dzisiejszą klasę wyższą i byłoby to spostrzeżenie absolutnie prawidłowe.  Sumienny żurnalista dodałby jeszcze, że film zelektryzował tegoroczne Berlinale. Wasza recenzentka potwierdza, dobrze się oglądało. Możecie Państwo z czystym sumieniem dać wiarę przytoczonym informacjom, tytuł zapamiętać i wybrać się do kina we właściwym czasie.

Ulubiona sekcja recenzentki to ta z filmami muzycznymi, w tym roku jednak najwyraźniej przeznaczona dla ciut innej grupy docelowej. No trudno, musi być jakaś demokratycznie uogólniona sprawiedliwość. Tym razem przyszła pora na muzykę południową i lokalną. Hiszpania, Nowa Zelandia, Meksyk, Indianie. To już są punkty programu dla absolutnych koneserów. Mało jazzu, mało bluesa, mało tańca. Mało filmów, co to się po seansie siedzi pół nocy i wyszukuje kolejne numery ścieżki dźwiękowej. Jeden Saura, nużący i bez jakiegokolwiek tempa – w porównaniu z czymkolwiek wcześniejszym, choćby „Tangiem” to zupełnie inny świat. Nic przejmującego tak, by ociągać się z wyjściem do ostatniej linijki końcowych napisów. A bywało już tak w Kazimierzu przecież.

Niezupełnie w tej kategorii film pobliski: ‘”Bobbi Jane”, dokument. Dobry. Tytułowa bohaterka to tancerka, związana z izraelskim Betsheva Dance Company. Kapitalny zespół, skądinąd. Akcja filmu rozgrywa się w momencie, gdy Bobbi postanawia z grupy odejść – co wielu tancerzom pewnie nie może się pomieścić w głowie. Bo spektakle Ohada Naharina to jest najczystsze szorstkie piękno. Niezwykłe w mocny, intensywny sposób; to ten raz chropawy, raz skończenie liryczny grubo ciosany współczesny romantyzm. To muzyka zestawiona tak, że przejmuje do szpiku. Wiecie Państwo – klasyka z rockiem, minimalistyczna elektronika  ekspresyjnymi bębnami. I taniec, który bywa brzydki i toporny, ale bywa  też najstaranniejszą neoklasyką. Z niby prostymi gestami, żywiołem ciała, ostinatami, kanonami i czym tam jeszcze trzeba. Z wstrzymaniami i akcentami rozłożonymi sprawiedliwie i z pietyzmem. Taki, co przykuwa uwagę najmniejszym ruchem ręki, grą światła, rysunkiem, detalem. Naharin chciał mieć zespół złożony z prawdziwych ludzi, żywych, przejmujących, z krwi i kości. Zespół silnych osobowości i pięknych kobiet. I ma. Recenzentka nie mogła się napatrzeć, choć w „Bobbi…” Betshevy było oczywiście, na korzyść tytułowej bohaterki, symbolicznie.

Niemniej powinni Państwo wiedzieć, że spektakle Naharina da się, w zasadzie, oglądać hurtowo, co nie często się w przypadku tańca zdarza. Zwłaszcza recenzentce.

A w kinie na widowni pustawo. Wiadomo – gdy w zapowiedzi stoi, że o tańcu, przeciętny widz wyobraża sobie, że znów każe mu się słuchać opowieści o tiulach, krwawiących palcach i pinezkach z pointach. Taniec współczesny  ciągle znany jest u nas mało.

Recenzentka obejrzała jeszcze parę innych filmów, pochodziła po mieście, nabyła szklany wazon, zjadła kilka wybornych śniadań w towarzystwie restauracyjnego kota i pooglądała nocne niebo nad Wisłą. Promem tym razem nie płynęła, bo była w nastroju mocno kinowym i większość czasu przesiedziała w festiwalowych namiotach.

W tym roku największe wrażenie zrobił jednak koncert.

Ten Pan już niby był na playliście, niby grał parę koncertów w okolicy, niby nawet jest z Krakowa – i to „znajomy znajomych” – a jednak trzeba było gwieździstej nocy, migoczącego drona nad głową i knajpianego ogródka w Kazimierzu, żeby Państwa recenzentka przepadła na rzecz Gypsy and The Acid Queen. A najlepiej się przepada, gdy się tego nie planuje: wchodzi człowiek „na moment” i od razu staje się jasne, że zostanie do końca. Z tym też stanem rzeczy mamy tu do czynienia: Pan Kuba Jaworski brzmi hipnotyzująco, bluesowo, poetycko i od pierwszej chwili – przyciąga. Głos ma trochę chropawy, a muzykę gęstą, lecz bez przekombinowania. Naturalną. Bez zadęcia. A przy tym nieoczywistą. Brzmi onirycznie, lecz żadne to sentymentalizowane nijakości. On wie, co chce zagrać. Więcej – wie, jak ów konkret sprzedać. I widać, że słuchać to on nasłuchał się sporo i wyciągnął wnioski (co nie znaczy, że będziemy się teraz doszukiawć, że tu brzmi jak Arctic Monkeys, a tu jak The Black Keys. Nic z tych rzeczy). A chociaż na scenie jest jeden, a Państwa recenzentka się dotąd zawsze upierała, że musi być perkusja, że musi być bas i że w ogóle syntezator i elektroniczny perkusista są na nie – to tym razem nie są. Pan Jaworski gra na gitarze i wszystkim, co tam jeszcze ma dookoła, śpiewa, trzeszczy drobnym instrumentarium – i radzi sobie z całym tym zestawem nadspodziewanie sprawnie, nie gubiąc przy tym nastroju i koncentracji. Podoba się tak Państwa recenzentce. I posłuchałaby więcej. Czytelnikom też poleca.

A do tego niezmiennie poleca Dwa Brzegi, Kazimierz i festiwalowe filmy, gdy wejdą do kin. Proszę szukać tego „swojego”, co przejmie i zostanie w głowie. Wiadomo, że wcześniej się trzeba będzie naoglądać, nachodzić, naszukać; czasem się wyjdzie lekko skonsternowanym, czasem się nie trafi, czasem zapowiedź trochę omami, czasem w trakcie seansu myśli umkną. Ale samo się nie obejrzy. Każdy początek, ten moment, gdy gasną światła, to elektryzująca obietnica. I któregoś razu się wyjdzie w zachwycie. To się zawsze może zdarzyć.

Dobrze jest być dziwnym, czyli OFF Festival 2017

Po festiwalu, na którym co chwila dochodzi do muzycznych odkryć, a jakość występów nie spada poniżej astronomicznie wysokiego, można by było w nieskończoność wymieniać. Które zespoły były najciekawsze? Które momenty zapamiętamy na dłużej? Gdy ktoś nieobecny na OFFie mnie jednak pyta, czego powinien żałować, odpowiadam – wszystkiego.

Bo w tym festiwalu nie do końca chodzi o to, że PJ Harvey znów dała perfekcyjny występ wraz z dużym, acz niesamowicie zdyscyplinowanym zespołem. Nie chodzi też i o to, że Shellac, choć jest ledwie triem panów w średnim wieku, swoją energią, krzykiem i gitarowym zgrzytem rozsadził główną scenę. Nie chodzi o dobrą zabawę z optymistycznym New People czy pogo podczas występu japońskiego Boris. Zaprawdę, powiadam Wam, w OFF Festivalu chodzi o to, że to wszystko dzieje się jednocześnie.

Nie da się więc fenomenu tego wydarzenia zrozumieć poprzez kilka wybranych wykonawców. Słuchacze pojawili się tłumnie między 4 a 6 sierpnia w Dolinie Trzech Stawów głównie dla skosztowania czegoś nowego, a także by zanurzyć się w wybuchowej mieszance tylu muzycznych światów naraz. Mieszanka wybuchowa to zresztą mało powiedziane, bowiem niektóre występy miały siłę rażenia bomby atomowej. I to niekoniecznie tej rozumianej w oczywisty sposób. Na mnie osobiście ogromne wrażenie zrobili także wykonawcy wcale nie najgłośniejsi, ale Ci o szlachetnej delikatności, jak chociażby Lor czy Ralph Kamiński.

Wbrew obiegowej opinii wypowiedzianej przez inżyniera Mamonia w Rejsie, niektórzy lubią poznawać nową muzykę, być może nawet czasem niezwiązaną z tym, czego słuchają na co dzień. I to właśnie takie zaskoczenie potrafi najbardziej porazić, zaintrygować. Mam wrażenie, że każdemu z gości festiwalu zdarzył choć jeden taki moment. Konia z rzędem bowiem temu, kto idąc na tegoroczną edycję chociażby kojarzył każdy z zespołów!

Przed koncertem Mitch & Mitch parę przypadkowych osób pytało mnie, co ich właściwie czeka – jak się okazuje, szli zupełnie „w ciemno”. Nie tylko oni. Na OFFie panuje atmosfera oczekiwania wymieszanego z zaciekawieniem. Słuchacze są gotowi na prawie wszystko, chętni obdarować nowy zespół ogromnym kredytem zaufania, który niejednokrotnie spłacany jest z nawiązką. Być może wspomniany wyżej polski zespół zdobył lepszy kontakt z publicznością, ponieważ dla rzeszy słuchaczy był po prostu zaskoczeniem w porównaniu do chociażby kanadyjskiej Feist. Co oczywiście nie umniejsza tej drugiej, o czym zresztą pisała już moja redakcyjna koleżanka, Julia Brodowska. 

Artur Rojek jako dyrektor artystyczny udowodnił, że muzyka właściwie nie ma granic, skoro często zaraz po sobie lub jednocześnie występowały zespoły oddalone od siebie o całe lata świetlne. A przy tym festiwal nie stracił pazura, nie zamienił się w imprezę dla wszystkich i tym samym – dla nikogo. Bo coś jednak tych wszystkich artystów zaproszonych do Katowic łączy, a konkretnie ich szeroko rozumiana niezależność. W niektórych przypadkach podniesiona zresztą do entej potęgi, jak w duecie Siksa, który jeńców podczas koncertów nie brał. Były wrzaski, wyzwiska pod adresem kościoła i polityków? Były. Było tarzanie się po ziemi i krew płynąca z kolan performerki? Były. Piszę performerki, ponieważ Alex z Siksy właściwie bardziej krzyczy niż śpiewa, ale biorąc pod uwagę jej punkowe nastawienie – jest to w sumie strategia słuszna. Jej występ frapował i przypominał o tym, że OFF to raczej kiepskie miejsce, by wybrać się na niezobowiązujące melodie towarzyszące sączeniu piwa z plastikowego kubeczka.

Nie umniejszając oczywiście strefie gastronomicznej, bo istnieć ona na takim wydarzeniu musi. Nie da się przecież słuchać w skupieniu muzyki przez 12 godzin bez przerwy i to w dodatku z pustym brzuchem. Strefa zakomponowana została w podobny sposób, jak OFFowy lineup – bardzo różnorodnie, ale zawsze wyraziście. Istniał też festiwalowy kącik czytelniczy (wbrew pozorom – oblegany), plenerowe kino, stoiska sklepowe prawdopodobnie wszystkich najważniejszych niezależnych wytwórni w Polsce, czy wreszcie kawiarnia literacka, w której odbywały się regularnie arcyciekawe spotkania przygotowane przez Sylwię Chutnik. Te i kilka innych inicjatyw znacząco wpływają na kulturalny, a mało komercyjny mikroklimat OFFa. I chociaż nie jest to danie główne imprezy, to jednak pozazdrościć należy organizatorom takiego deseru.

Jeśli czegoś na OFFie dało się odczuć brak, to słabych koncertów. Swans wystąpili prawdopodobnie po raz ostatni w swojej karierze w Polsce, ale i tak nie odpuścili. Reaktywacja Łoskotu wyszła niesamowicie świeżo, Żywizna, czyli Idris Ackamoor & The Pyramids byli szaleni i radośni mimo problemów technicznych (gitarzysta wymieniał pękniętą strunę przy akompaniamencie wspierającego go zespołu). Wzruszająca była Żywizna, czyli nestorka pieśni kurpiowskich, Genowefa Lenarcik w duecie z nowatorskim gitarzystą Raphaelem Rogińskim. Ich niezwykle kameralny i delikatny koncert udowodnił zresztą, że poszukiwanie czegoś nowego i eksperyment nie musi się odbywać przy jednoczesnym krzyku, hałasie, nadętej scenografii, epatowaniu wymyślnymi bzdurami. Wręcz odwrotnie – potrafi wypłynąć z długiej tradycji, wewnętrznego, cichego piękna. Jak się okazuje, wystarczy tylko chcieć.

Byłem też pod dużym wrażeniem publiczności, która zachowała ciszę godną filharmonii, ale przy tym okazywała typowo rockowy entuzjazm pomiędzy kolejnymi pieśniami. To uzmysłowiło mi, że OFF to jednak przede wszystkim ludzie, którzy na niego przychodzą. Ludzie, których nęci przede wszystkim charakter festiwalu, jego osobowość, a nie to, czy się wszystkim podoba. I to jest chyba najważniejsze. Bo też niektórzy mogą stwierdzić, że tylko dziwni ludzie słuchają Phurpy, Richarda Dawsona, czy Batushki. Ale wiecie co? Dobrze jest być dziwnym. I należeć – choć przez chwilę – do przedziwnego świata OFF Festiwalu.

Foto: © Michał Murawski

V Letni Festiwal Muzyki i Tańca – fotorerelacja z koncertu galowego

6 sierpnia 2017 roku w Starej Zajezdni by De Silva, ul. Św. Wawrzyńca 12 w Krakowie, zaśpiewały, zagrały i zatańczyły wszystkie zespoły biorące udział w Festiwalu. Wspólnym mianownikiem tego koncertu była … RADOŚĆ.

RADOŚĆ widać na zdjęciach. Radość z grania, tańca i śpiewu, radość ze słuchania i uczestniczenia w tym wydarzeniu. Mistrz powiedział, że „muzyka łagodzi obyczaje”. Sprawia też, że życie jest piękniejsze, radośniejsze, pozwala dzielić uczucie radości z innymi ludźmi. Zanikają wszelkie podziały, również te wiekowe. O ile świat byłby piękniejszy, gdyby takich „radosnych” festiwali było więcej. 

O samej muzyce i szczegółach „festiwalowych” nie będę się rozpisywał, zrobiła to nasza redakcyjna koleżanka Monika Słupek w swojej relacji w fotorelacji z pierwszego dnia festiwalu [tu można przeczytać i pooglądać].

  • Festiwal organizowany jest przez Muzsa festiwal Office z Budapesztu we współpracy z Cracovia Andante, Centrum Kultury Podgórza, Konsulatem Węgier w Krakowie, oraz Starą Zajezdnią by De Silva przy wsparciu finansowym Gminy Miejskiej Kraków. Koncert objęty został honorowym patronatem Konsulatu Węgier w Krakowie w ramach Roku Kultury Węgierskiej w Polsce.

A ja zapraszam do przeglądnięcia poniższej fotorelacji. Tak właśnie wygląda RADOŚĆ 🙂

Foto © Andrzej Wodziński – Muzyczny Kraków

 

V Letni Festiwal Muzyki i Tańca – relacja z koncertu plenerowego

5 sierpnia na płycie Rynku Podgórskiego odbył się koncert plenerowy w ramach V Letniego Festiwalu Muzyki i Tańca. Tematem przewodnim wydarzenia była muzyka Węgier i Siedmiogrodu. Już po raz piąty Kraków gościł zespoły taneczne z całej Europy. Swoją kulturę zaprezentowali wykonawcy z Węgier, Rumunii, Estonii, Litwy, Serbii, Grecji i Łotwy.

Na niemal pięciogodzinne widowisko złożyło się kilkadziesiąt tańców. Mieliśmy okazję podziwiać czardasza, hajduka, alunelul, sirtaki i wiele innych. Choreografie przedstawili nam artyści reprezentujący różne grupy wiekowe, ale każda z nich wykazała się takim samym zaangażowaniem, radością i energią.
Z racji obchodzonego Roku Kultury Węgierskiej w Polsce, koncert został zdominowany przez zespoły pochodzące z Węgier oraz węgierskiej części Rumunii – Siedmiogrodu. Warto wspomnieć, że ich muzyka ma swoje korzenie zarówno w kulturze azjatyckiej, jak i słowiańskiej. Była to zatem świetna okazja, by poznać lepiej tradycyjną muzykę tego narodu, tym bardziej, że zachowała ona zupełną odrębność – archaiczny rytm oraz brzmienie. Jest to rzadko spotykane zjawisko.

Wzajemne przenikanie się różnych kultur pozwoliło nam odbyć podróż po Europie. Żywiołowe tańce w towarzystwie skrzącej się barwami muzyki okazały się przyjazne dla widzów i były w stanie zainteresować stosunkowo szerokie grono bardzo różnorodnych odbiorców. Przyjemny klimat wydarzenia, piękne melodie i niesłabnąca pasja do tańca złożyły się na doskonały przykład artystycznej dbałości o podtrzymywanie tradycji. Oprócz różnych odcieni muzyki folkowej, obecni podczas koncertu mogli również podziwiać wyjątkowe ludowe stroje, które podkreślały niepowtarzalny charakter każdego z tańców.

Choć koncert ukazał rozmaite twarze tradycyjnego tańca, to jednak nie warstwa artystyczna była najważniejsza, lecz przekaz z niej płynący. Warto docenić fakt, że muzyka ludowa i taniec miały ogromne znaczenie w kształtowaniu tożsamości każdego narodu. Tradycje te przekazywane z pokolenia na pokolenie, dziś znajdują swój sceniczny wyraz, w którym jest zarówno hołd, jak i próba dodania czegoś od siebie.
Zgiełk zabieganego miasta potrafi zatrzeć pamięć o kulturze ludowej. Tymczasem Kraków na dwa dni stał się przystanią dla tradycyjnych brzmień z innych krajów. Jeżeli jednym z celów festiwalu była prezentacja i promocja kulturalnego dziedzictwa Europy, to plan został w pełni zrealizowany.

  • Festiwal organizowany jest przez Muzsa festiwal Office z Budapesztu we współpracy z Cracovia Andante, Centrum Kultury Podgórza, Konsulatem Węgier w Krakowie, oraz Starą Zajezdnią by De Silva przy wsparciu finansowym Gminy Miejskiej Kraków. Koncert objęty został honorowym patronatem Konsulatu Węgier w Krakowie w ramach Roku Kultury Węgierskiej w Polsce. 

Fotorelacja z koncertu. Foto © Monika Słupek – Muzyczny Kraków.

Feist na OFF Festivalu 2017

Od 12 lat regularnie przeszukiwałam Internet, sprawdzając, czy przypadkiem nie pojawiła się jakaś informacja o koncercie Feist w Polsce. Wciąż na próżno, co wydawało mi się dziwne, bo wiedziałam, że to artystka, która ma w tym kraju naprawdę dużo fanów. Długie kilkanaście lat, 4 studyjne płyty i nareszcie się doczekałam – Feist wystąpiła 4 sierpnia na OFF Festivalu w Katowicach!

Oczekiwanie na takie koncerty jest często bardziej emocjonujące niż sam występ, wiem też, że nie potrafię nigdy ocenić takiego wydarzenia w pełni obiektywnie, ale bez najmniejszych wątpliwości mogę przyznać, że Feist mnie nie zawiodła. Myślę, że każdy fan Feist odnalazł na tym koncercie coś dla siebie, bo był tu i czas na ostre przywalenie w gitarę, zabawę głosem, wspólne śpiewanie i kameralne piosenki tylko z gitarą. Mimo to niedosyt mogli mieć ci, którzy artystkę pokochali przede wszystkim za klimat płyty Let it die. Chyba nawet mnie – uwielbiającą każdą płytę Feist – zaskoczyło, że był to występ tak mocno rockowy. Wolałabym posłuchać tych piosenek w niewielkiej sali koncertowej albo w klubie, z dobrym nagłośnieniem i w kompletnie innym klimacie, ale… koncerty plenerowe rządzą się swoimi prawami, a przynajmniej tak sobie tłumaczę fakt, że zabrzmiało zaledwie kilka ballad. Występ zdominowała mocna perkusja, ostro zaznaczony bas i rockowa gitara – było szaleństwo i niesamowita energia. Najwyraźniej Feist ma w swoim muzycznym rozwoju taki moment, kiedy potrzebuje grać głośno, wręcz wyżywać się w każdej piosence. I nie mówię, że to źle.

Koncert rozpoczął się od tytułowego kawałka z najnowszej płyty – Pleasure i dobre 40 minut artystka poświęciła ostatniemu albumowi, obiecując (ku radości publiczności), że później przyjdzie czas na starsze piosenki. Mimo że ja również mam ogromny sentyment do poprzednich płyt Feist, muszę przyznać, że fragmenty z Pleasure zabrzmiały najbardziej autentycznie i intensywnie. Czułam, że ta muzyka i teksty są Feist szczególnie bliskie. Podziwiałam też jej grę na gitarze, której wcześniej jakoś nie potrafiłam docenić, na żywo jej solówki były magnetyzujące i bezkompromisowe. Chyba najbardziej urzekła mnie w bluesowym I’m not running away – jednej z moich ulubionych piosenek z Pleasure. Cieszę się, że w tym rockowym szaleństwie Feist pozwoliła sobie także na trochę zabawy głosem, harmonią nakładanych na siebie dźwięków, a muzycy z zespołu tworzyli jej świetny chórek. Feist nie jest wokalistką o bardzo mocnym głosie, ale od lat zachwyca mnie jej swoboda śpiewania – na żywo jeszcze większa niż na płytach. Może dlatego, że w ogóle podczas koncertów Feist jest znacznie bardziej emocjonalna. Żałuję tylko, że nie wszystkie wokalne niuanse były słyszalne. Zwłaszcza pod sceną w głośnikach dominowały perkusja i bas, przesłaniając w kulminacjach to, co naprawdę ciekawe w większości piosenek – harmonię i melodię.

Jeśli chodzi o muzykę z poprzednich płyt, to można powiedzieć, że Feist zrobiła… szybki przegląd. Wybrała po dwa-trzy kawałki z każdej płyty, po kolei z The Reminder, Metals i na koniec Let it die. Mocno utkwiło mi w pamięci szalone Sealion – świetny cover piosenki Niny Simone. To było jedno z tych wykonań, kiedy słuchacz ma wrażenie, że za chwilę cała scena wybuchnie i wyleci w powietrze! Jednak najbardziej wzruszyły mnie dwie piosenki z Let it die – tytułowy numer i przebojowe Mushaboom. Na te ostatnie kawałki muzycy wyciszyli się, zagrali znacznie oszczędniej, nietypowo – koncert nie skończył się z przytupem. Mushaboom Feist wykonała sama z gitarą, z mocno słyszalnym udziałem publiczności w refrenie.

Feist podczas tego koncertu niesamowicie połączyła ostre i naprawdę męskie granie z kobiecą subtelnością. Przeważało to pierwsze – zwłaszcza, kiedy Feist wyżywała się na swoich gitarach, ale nad tym wszystkim unosił się przecież jej subtelny, rozwibrowany i ciepły głos. Genialnym uzupełnieniem tej mieszanki muzycznej był także strój artystki i dekoracja sceny. Feist wystąpiła w różowej (absolutnie kobiecej!) sukience, a w tle w kilku piosenkach rozpościerał się wielki różowy wachlarz.

Cieszę się, że wreszcie polscy fani mieli szansę usłyszeć Feist na żywo. To był fantastyczny wieczór, a nawet noc – Feist rozpoczęła swój koncert o północy! Od pierwszej do ostatniej minuty jej występ był dla mnie ogromnym przeżyciem – spełnieniem marzeń. Po kilku latach usłyszałam koncert artystki, której muzyka mnie kształtowała, której piosenki towarzyszyły mi w najróżniejszych momentach życia. Brzegi kartek w książeczkach z jej wszystkich płyt mam poszarpane od ciągłego przeglądania tekstów. Kawał czasu i ważnej dla mnie muzyki. Emocje jakie towarzyszą takim koncertom są nie do porównania z niczym innym. Dzięki OFF Festival za taką możliwość!

Tekst znajduje się również na blogu Subiektywnie o muzyce: prawdziwa-muzyka.blogspot.com/

Foto: Monika Stolarska / Onet

Koncert Finałowy XXII Letniego Festiwalu Jazzowego – relacja i fotorelacja

Letni Festiwal Jazzowy w Piwnicy pod Baranami został zorganizowany po raz pierwszy w 1996 w trakcie obchodów 40-lecia Piwnicy pod Baranami. Twórca i dyrektor Festiwalu - Witold Wnuk, zainspirowany przez legendarnego Piotra Skrzyneckiego, przedstawił w lipcu całomiesięczną serię codziennych koncertów w Piwnicy. Z roku na rok Festiwal powiększał swoją formułę prezentując, obok codziennych koncertów w Piwnicy pod Baranami, koncerty w Filharmonii, Operze Krakowskiej, Radio Kraków, Centrum Manggha, ICE Krakow, Centrum Kijów i wszystkich klubach jazzowych Krakowa ...

To bardzo specyficzny Festiwal. Bardzo krakowski w najlepszym słowa tego znaczeniu. Bez pretensji, zadęcia i blichtru, jest świętem jazzu i jego miłośników. Realizowany trochę inaczej niż większość krakowskich festiwali, ale właśnie na tym polega jego nieodparty urok. Od wielu lat festiwal prezentuje czołowych wykonawców polskiego i światowego (tak, tak!) jazzu. Świadczy to o jego wysokim statusie i rozpoznawanej marce. Nie bez znaczenia jest promocja polskiej muzyki, Krakowa i naszego kraju. Festiwal to ponad 100 koncertów zagranych od 18 czerwca do 30 lipca 2017 roku.

Festiwalowi towarzyszy bardzo specyficzna "krakowsko-jazzowa" atmosfera, której nie sposób opisać, można jej jedynie zakosztować, schodząc do krakowskich piwnic ... Niestety, nam nie udało się w piwnicach, ale za to mieliśmy wielką przyjemność uczestniczyć i relacjonować wspaniały koncert Nigela Kenedyego. Auto relacji, nasz redakcyjny kolega Damian Kułakowski we wstępie napisał: Jak połączyć subtelność brzmienia i nostalgiczny czar melodii z energią, nonszalancją a czasem bruityzmem? Na jakiej scenie mogą się spotkać skrzypce klasyczne z elektrycznymi przy wtórze organów Hammonda z jednej strony, z drugiej zaś przy klasycznych dźwiękach fortepianu? [Nigel Kennedy w hołdzie Krzysztofowi Komedzie – relacja z koncertu]. Sto koncertów w niecałe dwa (wakacyjne) miesiące to bardzo dużo, ale na przyszły rok zarezerwuję sobie przynajmniej kilka "koncertowych terminów", co też wszystkim polecam ...

Koncert finałowy Festiwalu w dniu 30 lipca, to występ polskiej (super)grupy LABORATORIUM. Nie będę nawet próbował opisywać muzyki jaką mogliśmy usłyszeć. Zresztą, ta formacja jest na polskiej scenie jazzowej czymś wyjątkowym a pisząc ten tekst, słucham ich pierwszej płyty Modern Pentahlon, wydanej w 1976 roku w serii Polish Jazz. Dla mnie LABORATORIUM, było i jest czymś wyjątkowym. Ale cofnijmy się w czasie, jest druga połowa lat 70-tych. Czasy dość mroczne, a nasz piękny kraj żyje za "żelazną kurtyną". Młodzi wtedy ludzie ... w tym piszący te słowa, bardzo chcą słuchać jazzu. Owszem, jest Złota Tarka (Międzynarodowy Festiwal Jazzu Tradycyjnego od 1965), są też audycje poświęcone jazzowi w Programie III Polskiego Radia. Ale jazz tradycyjny to dla młodych ludzi za mało, Jan Ptaszyn Wróblewski (3 Kwadranse Jazzu - od 1970 roku) jest w doborze repertuaru bardzo "klasyczny". Dochodzą do nas jednak "longpleje" (tak wtedy nazywało się płyty winylowe) a na nich grają Chick Corea, Joe Zawinul czy John McLauglin z The Mahavishnu Orchestra. Jesteśmy zafascynowani tym nowym jazzem.

I nagle, jak supernowa - pojawia się LABORATORIUM. Myślę, że zespół odegrał bardzo dużą rolę w edkukacji muzyczno - jazzowej, polskiej publiczności muzycznej, począwszy od pokolenia dzisiejszych 60-latków. Właśnie słucham utworu Crazy Shepherd z pierwszej płyty Modern Pentathlon (1976) . Ta muzyka jest świeżutka i fascynująca, jak 40 lat temu. Taka też była muzyka, którą zespół zaprezentował na koncercie finałowym a zagrał w składzie: Jausz Grzywacz (instrumenty klawiszowe), Marek Stryszowski (wokal, saksofony, evi), Krzysztof Ścierański (gitara basowa), Grzegorz Grzyb (perkusja). Zespołowi towarzyszyli goście (bardzo!) specjalni: Rasm Al – Mashan (wokal), Krzesimir Dębski (skrzypce), Bernard Maseli (wibrafon KAT).

Koncert grupy LABORATORIUM po przeszło 40 latach słuchania ich muzyki był dla mnie wielkim wydarzeniem i  przyjemnością. A sam zespół potwierdził ogólnie znaną opinię, głoszoną przez Ojca Leona Knabita  Młodość to nie tylko wiek. Młodość to stan ducha .. ... Dotyczyło to również fanów zespołu, gdzie dużą grupę stanowili - tak jak ja, słuchających i podziwiających zespół od samego początku.

Modern Pentathlon się skończył, teraz słucham Nogero z 1980 roku ...

Poniżej krótka fotorelacja:

Colours of Ostrava 2017 – relacja i podsumowanie

Już ponad tydzień temu pożegnaliśmy się z tegorocznym festiwalem Colours of Ostrava 2017 w Czechach. Pewnie nie jedna osoba nadal żyje wspomnieniami i przesłuchuje od nowa tysiące utworów znanych już wcześniej artystów ale też tych nowo poznanych dzięki temu wydarzeniu. Co wyjątkowego kryje się we wnętrzu tego miejsca? Pewnie wiecie najlepiej a tych których tam  zabrakło z chęcią o tym poinformujemy …

Spójrzmy na miejsce. Festiwal zlokalizowany jest w kompleksie dawnej huty stali Dolni Vitkovice gdzie w jednym miejscu można było wydobyć i przetworzyć węgiel, produkować koks oraz wytwarzać surówkę żelaza. W obecnym stanie, miejsce to powoduje dreszczyk emocji, szczęście i zachwyt. W trakcie festiwalu obszar dawnej huty może się poszczycić co najmniej dziesięcioma scenami i artystami z całego świata. W dzień i po zmroku uczestnicy festiwalu mogli zachwycać się fantastycznymi dekoracjami  – światła padające prawie na każdy skrawek huty, kolorowe malowidła na ścianach (widziałam tam wiele kontemplujących osób). Wspaniale udekorowane miejsca gdzie można było dobrze zjeść jak i napić się czego tylko dusza zapragnie (czeskie piwo było wspaniałe w te upalne dni). Nie obeszło się też bez atrakcji dla dzieci, kącików gdzie można było nauczyć się żonglowania i obejrzeć wspólnie film, dostępny dla wszystkich festiwalowiczów na otwartej przestrzeni. Organizatorzy dbali również o odpowiednie zaopatrzenie miejsca w dostępną dla wszystkich wodę. Mimo tak wielu atrakcji najwięcej emocji można było przeżyć słuchając muzyki tegorocznych zespołów na festiwalu w Ostravie. Nie zabrakło wielkich gwiazd światowego formatu jak i muzycznych, obiecujących „odkryć”.

Wspaniałymi koncertami mogą się poszczycić: Norah Jones, Moderat, Midnight Oil, LP, Justice, Benjamin Clementine oraz Alt-J. Emocji nie zabrakło poza główną sceną muzyczną, na mniejszych scenach wystąpiły zespoły takie jak: Roosevelt (organizatorzy chyba nie spodziewali się takiej ilości osób na koncercie, gdyż przybyło tam tak wielu festiwalowiczów, że trudno było zobaczyć scenę!), Louis Berry, The Carny Villains (szczerze polecam!).

Zachwyconych twarzy nie zabrakło na Electronic stage, gdzie wystąpili między innymi: Douchka, Fakear oraz Digitalism jak i Warhaus na Full Moon stage.

Owację na stojąco należą się topowemu zespołowi Jamiroquai! Wykonali znakomity koncert zaraz po dwu godzinnym sztormie, co zapewne nie było łatwe!

Zapraszamy na nasz facebookowy profil aby zapoznać się z video relacjami z każdego dnia festiwalu. To miejsce i energie jest bardzo ciężko opisać- to należy przeżyć.

 

Bardzo dziękujemy za edycję 2017 i nie możemy się doczekać następnej!

Do zobaczenia Ostrava!

© Iwona Kurczab – Muzyczny Kraków