Archiwum tematu: recenzje

IX Spotkania z Muzyką Perkusyjną – relacja

Muzyka perkusyjna ma swoich zagorzałych fanów i … może nie przeciwników, ale tych którzy ją, powiedzmy… lekceważą. Piszący ten tekst należy do grupy pierwszej, przez co pewnie ta relacja obiektywną nie będzie.

Myślę, że rzesza “lekceważących” instrumenty perkusyjne byłaby znacząco mniejsza, gdyby muzyka perkusyjna znalazła więcej miejsca na deskach sal koncertowych. Dlatego też, ukłony dla Filharmonii Krakowskiej za organizację koncertu IX Spotkania z Muzyką Perkusyjną w dniu 17 czerwca 2017 roku.

Mogliśmy posłuchać i zobaczyć cały przekrój instrumentów zaliczanych do grupy perkusyjnych. Piszę zobaczyć, bo niektóre z nich mają bardzo ciekawą konstrukcję a gra na nich dostarcza oprócz doznań muzycznych, również tych estetycznych. Oprócz tych instrumentów mieliśmy okazję usłyszeć organy i japoński flet shakuhachi. Ten ostatni jest wyjątkowym instrumentem o fascynującym brzmieniu, przyznam się, że na koncercie odczuwałem pewien niedosyt brzmienia fletu shakuhachi.

Koncert rozpoczął i zakończył kwartet na instrumenty perkusyjne z „przewagą” marimby. Usłyszeliśmy dwie bardzo melodyjne i bardzo piękne kompozycje. Pomiędzy nimi znalazło się kilka utworów, zagranych popisowo. Muzycy grali na baaardzo wielu instrumentach, nazwy niektórych mogę się jedynie domyślać, inne – widziałem po raz pierwszy w życiu. Utwory były bardzo różne, dlatego też słuchacze reagowali bardzo żywiołowo. Muzyka perkusyjna niesie ze sobą, wiele energii, to rytm, który ma bardzo duży wpływ na stan emocjonalny człowieka – czego mogliśmy doświadczyć na tym koncercie. Muzyka była bardzo zróżnicowana a dźwięk fletu shakuhachi i organów dodały jej kolorytu.

Nie podejmuje się opisywania poszczególnych kompozycji. Była to muzyka współczesna, momentami przewijały się przez nią elementy jazzu. Koncert był ucztą dla miłośników instrumentów perkusyjnych. Ci, którzy instrumenty te „z lekka lekceważą” a zbłądzili na ten właśnie koncert – z pewnością przeszli do “fanclubu” perkusji i perkusjonaliów …

W koncercie wystąpili:

Ryszard Haba – inicjator Spotkań z Muzyką Perkusyjną, założyciel zespołu Haba Percusion Group. Artysta od 1988 roku związany z Filharmonią Krakowską w której od 1996 roku pełni rolę pierwszego kotlisty; jest również kierownikiem grupy perkusyjnej. Od wielu lat prowadzi również działalność solistyczną i kameralną. Z Kają Danczowską tworzą niezwykle rzadki duet skrzypcowo – perkusyjny, wykonujący między innymi kompozycje skomponowane specjalnie dla nich. W ramach Krakowskiego Duetu Perkusyjnego wraz z Tomaszem Sabańcem dokonał prawykonania Koncertu na dwie perkusje i orkiestrę Marka Stachowskiego. Aktywnie koncertuje ze swoim zespołem Haba Percusion Group. W 2012 roku artyści dokonali prawykonania utworu Agaty Zubel Percussion Store, w 2013 roku wraz z Polskim Chórem Kameralnym nagrał płytę z Psalmami Dawida, Krzysztofa Pendereckiego. W jubileuszowym, 70 sezonie artystycznym Filharmonii Krakowskiej Ryszard Haba został odznaczony medalem Honoris Gratis przyznawanym przez Prezydenta Miasta Krakowa.

Karolina Zielińska – absolwentka Akademii Muzycznej w Krakowie. Ukończyła studia w klasie prof. Jana Pilcha (dyplom z wyróżnieniem). Swoje umiejętności doskonaliła pod okiem takich muzyków jak : Francisco Navarro, Jochen Schorer, Vincent Houdijk, Ramon Lormans jak również podczas prestiżowych kursów i warsztatów organizowanych przy międzynarodowych festiwalach takich jak: Festiwal Perkusyjny Źródła i Inspiracje, ASTAPER, European workshop for Contenporary Music. Regularnie współpracuje z zespołami orkiestrowymi i kameralnymi: Sinfonietta Cracovia, Orkiestra Filharmonii Krakowskiej, Capella Cracoviensis, Passionart czy Haba Percusion Group. W sezonie artystycznym 2009/10 była członkiem europejskiej orkiestry CEI-YO. Występowała także podczas festiwali: Warszawska Jesień, Triduum Muzyki Nowej Axes, podczas których dokonała wielu prawykonań. Aktywnie uczestniczy w projektach kulturalnych oraz zngażuje się pedagogicznie ucząc gry na instrumentach perkusyjnych. W orkiestrze Wieniawa pełni funkcję lidera sekcji perkusyjnej.

Michał Białko – ukończył studia w krakowskiej Akademii Muzycznej w klasie organów prof. Andrzeja Białki (dyplom z wyróżnieniem). Jest również absolwentem Conservatorium van Amsterdam, gdzie studiował w klasie organów prof. Pietera van Dijka. Jest doktorantem Akademii Muzycznej w Krakowie. Koncertował jako solista i kameralista w Polsce i wielu krajach Europy. Współpracuje z Capellą Cracoviensis, zespołem OCTAVA Ensamble,Collegium Zieleński, Orkiestrą Kameralną Fresco Sonare, Chórem Mieszanym Katedry Wawelskiej oraz Filharmonią Krakowską.

Jan Baryła – absolwent klasy fletu i fortepianu Szkoły Muzycznej II stopnia w Częstochowie oraz Akademii Muzycznej w Krakowie na Wydziale Wychowania Muzycznego. Podczas studiów prowadził Chór Związku Nauczycielstwa Polskiego w Sandomierzu. Od 1991 kieruje Klubem Muzyki Współczesnej Malwa w Krakowie, prowadzi Orkiestrę Kameralną Orfeusz, utworzoną przy Klubie Malwa. Jest inicjatorem Obchodu Roku Ignacego Jana Paderewskiego w Krakowie i Festiwalu Święto Ogrodów. Od kilku lat pasjonuje się grą na japońskim flecie shakuhachi, jest jednym z nielicznych w Polsce muzyków grających na tym instrumencie. Wraz z Ryszardem Habą tworzą Pentatonik Duo.

Jakub Frączek – absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie, laureat wielu międzynarodowych nagród, między innymi: Międzynarodowy Konkurs Montabello della Battaglia (Włochy), I nagroda, International Rising Stars Grand Prix Berlin (Niemcy) III nagroda, Protege Concerto International Competition (USA) I nagroda oraz recital w Cornegie Hall w Nowym Jorku. Jako solista grający na marimbie współpracuje między innymi z Orkiestrą Symfoniczna w Kaliszu, Orkiestrą Kameralną Archetti, Chórem i Orkiestrą Kameralną Akademii Muzycznej w Krakowie. W 2015 otrzymał Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Młoda Polska. Zapoczątkował projekt Marimba Laboratory, który łączy muzykę elektroniczną z tradycyjnym brzmieniem marimby.

Mateusz Garstecki – ukończył z wyróżnieniem ogólnokształcacą szkołę muzyczną w Poznaniu, obecnie jest studentem Akademii Muzycznej w Krakowie. Uczestniczył w ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach perkusyjnych zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia. Brał udział w znaczących wydarzeniach muzycznych zarówno w kraju jak i za granicą oraz w kursach perkusyjnych prowadzonych przez wybitnych perkusistów, takich jak: Mark Ford, Emmanuel Sejourne, John Beck, Shoko Shakai.

Muzyczny Kraków stara się być tam gdzie można usłyszeć instrumenty perkusyjne. Przygląda się też bacznie tym, którzy na nich grają. Na dowód tego zdjęcie z koncertu który odbył się 26 maja 2015 roku w Bazylice Jezuitów w Krakowie roku, na którym – jak się wydaje, możemy rozpoznać bohaterów dzisiejszego koncertu, wtedy jeszcze studentów Akademii Muzycznej w Krakowie. A swoją drogą, koncerty perkusyjne to wielka gratka dla fotoreporterów, są wyjątkowo dynamiczne i ekspresyjne. [relacja i fotorelacja z tego koncertu]

  • Zdjęcie w nagłówku: materiały prasowe Filharmonii Krakowskiej, autor Małgorzata Winiarska. Biogramy artystów pochodzą z programu koncertu. Pozostałe zdjęcia: archiwum Muzycznego Krakowa

Julia i Nieprzyjemni na Festiwalu Miłosza – relacja z koncertu

Pierwszy dzień Festiwalu Miłosza zakończył się występem grupy Julia i Nieprzyjemni. Zespół pojawił się w Krakowie 8 czerwca, aby zaprezentować materiał z płyty Wojaczek. Koncert poprzedziło spotkanie z Marcinem Świetlickim, Maciejem Meleckim i Konradem Wojtyłą.

Artyści odkryli zapomniane wiersze Rafała Wojaczka i na ich bazie powstał krążek składający się z piętnastu utworów. Za zadanie postawili sobie ukazanie w tych kilkunastu piosenkach jego twórczości od początku do końca. Poezja Wojaczka, zaliczanego do grona poetów wyklętych, jest buntownicza a jednocześnie intymna. Łatwo jest wyobrazić sobie koncert oparty na jego twórczości jako skromne, kameralne wydarzenie. Tymczasem występ okazał się oryginalnym i poruszającym spektaklem.

Koncert rozpoczął się bez zbędnych powitań. I tak już pozostało do samego końca, bo pomiędzy utworami nikt nie zdecydował się przemawiać. Co więcej, publiczność nie biła braw, choć były one zasłużone. Zespół grał nieprzerwanie przechodząc z jednego utworu w kolejny i nie dali nam na to szansy. Ciekawa formuła scenicznego show na pewno nikogo nie rozczarowała. Dzięki temu wszystkie zaprezentowane kompozycje można było potraktować jako jedną ciągłą myśl.

Zestawienie w jednej grupie Julii Kamińskiej oraz Marcina Świetlickiego dało ciekawy kontrast. Ten pierwszy dokładnie zna rzeczywistość przedstawioną w wierszach i jego chrypliwy, głęboki głos to oddawał. Co prawda więcej było w tym wypowiadania, wyszeptywania i wykrzykiwania tekstu niż śpiewania. Dla równowagi, świeży i czysty wokal Julii sugerował, że nie może pamiętać tamtych czasów, ale umiejętności aktorskie pomogły jej w oddaniu charakteru utworów.

Zespół brzmiał bez zarzutu. Jednak momentami muzyka bardziej przykuwała moją uwagę niż śpiew. Instrumenty nie stanowiły w tym przypadku wyłącznie tła. Niejednokrotnie tekst piosenki składał się z kilku zdań zapętlonych i wyśpiewanych kilka razy, a muzyka wybrzmiewała jeszcze przez długi czas. Muzycy mieli dzięki temu wiele okazji do tego, aby dać popis swoich umiejętności i w doskonały sposób to wykorzystali. Dało się wyczuć charakterystyczny styl kompozytora Michała Wandzilaka. Ta konwencja spodobała się publiczności i odnoszę wrażenie, że reszta zespołu doskonale się w niej odnalazła.

Mieliśmy możliwość wysłuchania utworów zróżnicowanych tematycznie i estetycznie. Każdy z nich został przekazany w sposób prawdziwy, szczery i dobitny. Bardzo specyficzne, wręcz aktorskie podejście do muzyki wyciągało z piosenek jeszcze więcej emocji, wytwarzając przy tym pewną aurę tajemniczości, przyprawioną melancholijnym klimatem.
Piosenki zostawiały w pamięci swój ślad, ale złożone teksty Wojaczka są niezbyt łatwe do zapamiętania. Zmuszają jednak do refleksji i podróży po różnych płaszczyznach doświadczania życia.

Całość oceniam bardzo dobrze, zarówno pod względem wizualnym, jak i muzycznym. Na żywo wszystko brzmiało interesująco i przyjemnie, choć było trochę poplątane stylistycznie. Fani muzycznych eksperymentów mogli poczuć się naprawdę spełnieni.

Foto: materiały prasowe organizatora © Kamila Zarembska-Szatan

Tribute to Amy Winehouse – relacja z koncertu

23 maja 2017 roku w Filharmonii Krakowskiej odbył się piękny koncert upamiętniający niezwykle charyzmatyczną wokalistkę jaką była Amy Winehouse. Było to pierwsze wydarzenie z cyklu RE: STARS. Tego wieczoru zabrzmiały najlepsze utwory tragicznie zmarłej artystki, której nie trzeba przedstawiać chyba nikomu.

Na scenie pojawiło się pięć niezwykle utalentowanych wokalistek: Ewelina Przybyła, Joanna Azzja Mądry, Sandra Mika, Aicha Słoniec i Małgorzata Chruściel oraz wokalista Wojciech Myrczek. W finale koncertu wystąpiła KAYAH, jedna z najbardziej rozpoznawalnych i docenianych wokalistek na polskiej scenie muzycznej. Zaproszeni do współpracy artyści zaprezentowali 18 utworów Amy, w tym Valerie i Body and Soul. Gospodarzem wieczoru był aktor Tomasz Schimscheiner, który w dość chaotyczny, ale dzięki temu zabawny sposób poprowadził koncert.

Na repertuar złożyły się kompozycje z różnych okresów twórczości artystki. Różnorodność okazała się wielką zaletą koncertu. Kontrastów bowiem nie brakowało. Od subtelnego i delikatnego Love Is A Loosing Game, przez smutne Just Friends, do energicznych i przyjemnych Tears Dry On Their Own oraz Me and Mr. Jones. Melancholię można było dostrzec w utworze Back To Black, który obok świetnego Rehab, stał się popisowym numerem Winehouse. Zatem przejmujące i emocjonalne utwory przeplatały się z pozytywnymi, wręcz tanecznymi melodiami. Wszystko było jednak uporządkowane, zwięzłe i nienudne.

Koncert określiłabym jako spójny, dopracowany i przede wszystkim stuprocentowo szczery, bo taka właśnie była twórczość Amy. W swojej muzyce dzieliła się przeżyciami bardzo osobistymi. Opowiadała o trudach dnia codziennego, niespełnionej miłości, alkoholizmie i narkotykach.

By tom.beetzFlickr: Amy Winehouse, CC BY 2.0, Link

Elementem łączącym Tribute to Amy z samą artystką poza jej piosenkami, była zdecydowanie stylistyka wykonania oraz oryginalna obsada instrumentalna – rozbudowana sekcja dęta, chórek towarzyszący, ale przede wszystkim charyzmatyczne wokalistki. Warto podkreślić, że wszystkie utwory nie brzmiałyby tak dobrze, gdyby nie zespół FOURS Collective i niepowtarzalne aranżacje przygotowane przez ich lidera, pianistę i kompozytora, Michała Salamona. Mieliśmy do czynienia przede wszystkim z dźwiękami soulowymi, podkręconymi nowoczesną produkcją, z domieszką rhythm and blues. Takie połączenie dało ciekawy efekt w postaci muzyki brzmiącej bardzo retro, a jednocześnie świeżo. Aranżacje odwzorowały oryginalność stylu i aurę artystki. Nie była to w żadnym wypadku próba doskonałego kopiowania. Zdolni wokaliści oraz muzycy wykonali utwory w zgodzie ze sobą, zachowując przy tym prawdziwy przekaz kompozycji. Dzięki temu w indywidualny sposób ukazali nam swoje interpretacje jej twórczości.

Organizatorom udało się odtworzyć niezwykły nastrój jaki otaczał piosenkarkę. Bez wątpienia byliśmy świadkami jednej z ciekawszych muzycznych inicjatyw. Koncert okazał się prawdziwą ucztą dla wszystkich, którzy kochają Amy, ale również dla tych, którzy lubią niekonwencjonalne wydarzenia.

Duch zmarłej 6 lat temu artystki zagościł na chwilę w Krakowie i dał do zrozumienia, że jej muzyka jest wciąż żywa i w dalszym ciągu może docierać do ludzi. Wielu utalentowanych muzyków żegna się z tym światem niespodziewanie i często tragicznie. Dzięki utworom, które pozostawiają po sobie, ich cząstka może być ciągle pośród nas.

57 Krakowski Festiwal Filmowy „Chavela” – relacja

Wybierając się na projekcję filmu Chavela w konkursie DocFilmMusic, 57 Krakowskiego Festiwalu Filmowego, znałem dość dobrze twórczość Chaveli Vargas. Jednak poznanie jej biografii sprawiło, że te piosenki odbieram dziś zupełnie inaczej.

Uważam, że filmy biograficzne o muzykach są doskonałym dodatkiem do tego co możemy usłyszeć. Poznanie ich życia powoduje, że zupełnie inaczej i zdecydowanie głębiej odbieramy ich twórczość. Osobiście staram się czytać literaturę biograficzna a jak się uda filmy dokumentalna – niekiedy fabularne. W moim przypadku było tak między innymi w odniesieniu do Czesława Niemena (Sen o Warszawie) Milesa Davisa (Miles Davis i ja) czy Leona Russella (A Poem Is A Naked Person – w czasie ubiegłorocznej edycji DocFilmMusic Krakowskiego Festiwalu Filmowego).

Nie inaczej było w odniesieniu do Chaveli Vargas. Świat zna ją głównie dzięki filmom Pedro Almodovara i romansowi z Fridą Kahlo. Tymczasem jej długie, 93 letnie życie, to fantastyczna i magiczna opowieść. I taka właśnie była Chavela – fantastyczna i magiczna … i tego nie wymyśliłem ja, tą kwestie wypowiada w filmie sam Pedro Almodovar, Jej wielki przyjaciel, fan i wielbiciel.

Jej życie było bardzo barwne i pełne, jak się to mówi w środowisku filmowym “nagłych zwrotów akcji”. Autorzy filmu stanęli przed wielki wyzwaniem – jak w czasie 90 minut zmieścić 93 lata burzliwego i pełnego zdarzeń życia. Ja, nie zamierzam opisywać tu życia i kariery Chaveli Vargas. Zrobię to w wielkim skrócie, głównie aby zachęcić czytelników do oglądnięcia tego filmu (nie wiem jak będzie z jego dostępnością po Festiwalu)

Chavela Vargas, właściwie Isabel Vargas Lizano urodziła się w 1919 roku w San Joaquín de Flores w Kostaryce. Jej dzieciństwo jest koszmarem, rodzice widząc, że jest inna nie akceptują jej, miejscowy ksiądz zakazuje jej wejścia do kościoła. Po rozwodzie rodziców Chavelę wychowuje wujostwo. Mając 14 lat ucieka do Meksyku, który mieszkańcom Kostaryki jawi się jako kraina szczęśliwości. Pierwsze lata to walka o przetrwanie, dorywcze prace i śpiewanie w lokalach o nie najlepszej reputacji. Wszystko zmienia znajomość z José Alfrede Jiménezem, pieśniarzem i kompozytorem, ówczesną gwiazdą muzyki “ranchera”. To specjalne utwory dedykowane samotnym kowbojom (czyli robotnikom rolnym). Pełne tkliwości utwory o miłości, głównie niespełnionej i tragicznej. Chavela wpisuje się w ten styl, jednocześnie tworząc swoją własną sztukę interpretacji. W odróżnieniu od tkliwych i cukierkowych interpretacji, jej są surowe, pełne żaru, energii i emocji. Ubiera się w męskie stroje i charakterystyczne poncho. Staje się lokalną a później meksykańską gwiazdą. Prowadzi życie artystycznej bohemy, będące niekończącą się nocną imprezą z ogromną ilością alkoholu.

Choroba alkoholowa powoduje, że jej kariera bardzo szybko się kończy a gwiazda pozostaje bez środków do życia. Stan taki trwa kilkanaście lat po czym Chavela wychodzi z nałogu … ! Ona sama twierdzi, że to za sprawą meksykańskich szamanów, których odwiedziła, jej ówczesna partnerka uważa, że zrobiła to dla niej. Później następuje powolny i trudny powrót na scenę. Na szczęście pojawia się kilka osób, które doceniając jej talent, powodują, że staje się gwiazdą nie tylko meksykańskich ale również światowych estrad. Występuje między innymi w paryskiej Olimpii i Carnegie Hall. Największą zasługę ma tu Pedro Almodovar, jej muzyka pojawia się w filmach „Kika”, „Kwiat mego sekretu”, „Drżące ciało”. Zagrała również we Fridzie Julie Taymor a Werner Herzog obsadził ją w roli indiańskiej szamanki w filmie „Krzyk kamienia”

Tyle pokrótce o 93 letnim życiu Chavela Vargas. Jej twórczość przepojona jest uczuciami i emocjami. Jej piosenki są właściwie spektaklami, w których bardzo sugestywnie odgrywa ich treści. Należę do fanów Chaveli Vargas, teraz podziwiam ją jako człowieka. W końcowych sekwencjach filmu, u schyłku życia wypowiada słowa, które chciałbym zadedykować wszystkim:

Jeśli żyjesz w zgodzie z samym sobą – zwyciężysz …

Film zrealizowany jest w konwencji “jedynie słusznej” dla filmów biograficznych. Piszę to bez cienia złośliwości. Ta konwencja to fragmenty wywiadów z bohaterką i osobami z jej życia. Wszystko ilustrowane fragmentami występów i zdjęciami. W tym przypadku zostało to zrobione w sposób doskonały. Powstał klasyczny film biograficzny a osobowość bohaterki + perfekcyjna produkcja sprawia, że w mojej ocenie film jest wybitny.

Uważam, że to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników muzyki. Ale nie tylko muzyki, życiorys Chaveli Vargas polecam wszystkim …

 

Projekcja w ramach konkursu  DocFilmMusic, 57 Krakowskiego Festiwalu Filmowego.
Więcej informacji na temat Festiwalu:

 
Foto: By Raúl SerranoFlickr: Chavela Vargas y La Banda de Tlayacapan., CC BY-SA 2.0, Link

Trio Mandili – relacja z koncertu

13 maja 2017 roku deski sceny krakowskiego klubu Kwadrat należały do Trio Mandili. Tego dnia grupa przybyła do naszego miasta z koncertem promującym najnowszy album With Love i całkowicie zaskarbiła sobie publiczność obecną podczas ich show.

Trzy młode dziewczyny z Gruzji w 2014 roku nagrały telefonem filmik, na którym podczas spaceru śpiewają piosenkę i w błyskawicznym tempie podbiły świat. Klip z utworem Apareka stał się hitem internetu. Kilka milionów wyświetleń na oficjalnym kanale youtube może nie wydawać się niczym imponującym. Podkreślę jednak, że dziewczyny wykonują gruzińską muzykę ludową a nie popowe hity.

Koncertowy spektakl rozpoczął się od mocnego uderzenia i w takim klimacie został utrzymany do samego końca, choć nie zabrakło spokojnych ballad. Lekkie spowolnienia akcji koncertu okazały się bardzo nastrojowe, ale nie trwały zbyt długo. Nie da się ukryć, że grupa robi na żywo ogromne wrażenie, nieporównanie lepsze od tego, które daje nam wysłuchanie ich muzyki w domowym zaciszu. Pokaz okazał się intrygujący i niebanalny a piosenki bardzo chwytliwe. Na dwugodzinny spektakl złożyło się ponad dwadzieścia utworów, w tym Dililme, Marto Shemovrchi, Tsangala da Gogona. Tak intensywne koncerty zdarzają się nieczęsto. Wszystko odbyło się bez zbędnych kilkuminutowych przemówień pomiędzy piosenkami. Brawa po jednym utworzenie nie zdążyły jeszcze ucichnąć a już wybrzmiewał kolejny, czasami poprzedzony jednym zdaniem wprowadzenia. Ogromnym zaskoczeniem okazał się ostatni utwór, który grupa wykonała po polsku, była to Lipka.

Często na tego typu koncertach wokaliści wykrzykują zamiast wyśpiewać swoje partie. Tym razem stało się zupełnie inaczej, bo ponad prostym, ale rytmicznym podkładem instrumentalnym, na pierwszy plan wysuwał się czysty wokal. Niestety, momentami był on zadecydowanie za głośny, ale taka jest już specyfika, a może nawet urok koncertów folkowych. Muszę przyznać, że rytmika i styl bardzo mi się spodobały. Piękne głosy, niesamowite harmonie, naturalność, bezpretensjonalność i oczywiście talent sprawiły, że nie można było przejść obojętnie wobec tego, co działo się na scenie. A działo się bardzo dużo.

Warto zwrócić uwagę na estetykę całego występu. Zmieniające się stroje, gra świateł, dym, taniec… Te detale są dowodem na to, że grupa przywiązuje ogromną wagę nie tylko do strony muzycznej, ale również technicznej koncertu.

Dziewczyny zdecydowanie osiągnęły zamierzony efekt – skupiły na sobie całą uwagę publiczności, rozruszały i rozgrzały salę a także wywołały żywe emocje i stworzyły przyjemny klimat. Nie jest sztuką wyjść na scenę, popisać się swoimi umiejętnościami i z niej zejść. Liczy się to, aby cała grupa współbrzmiała jak jedność i dzięki temu trafiła do widzów. Między członkiniami zespołu wytworzyła się podczas koncertu niezwykle pozytywna energia, którą przekazywały dalej. Nić porozumienia między nimi i publicznością z każdym utworem stawała się coraz silniejsza, choć prawie nikt na sali nie znał języka gruzińskiego. Dziewczyny momentami nadużywały gestykulacji i mimiki, aby słuchacze mogli domyśleć się o czym śpiewały. Oddziaływanie pomiędzy stronami było ogromne.

Koncert pokazał bogactwo gruzińskiej kultury, ukazując rozmaite twarze ich tradycyjnej muzyki. Trio przedstawiło coś z pogranicza nowoczesnego folkloru bez wykorzystania nowych technologii. Dziewczyny udowodniły, że folk nie musi być jedynie odgrywaniem kawałków naszych przodków. Za pomocą wielu, niekoniecznie skomplikowanych, rozwiązań można nadać mu świeżość i zupełnie inną jakość, przepełnioną wieloma emocjami a przy tym zachować jego prostotę oraz płynący z niego przekaz.

10 FMF „Niekończąca się opowieść”. Światowa premiera filmu z muzyką na żywo

Projekcje filmów z muzyką na żywo to specjalność Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Od samego początku są najważniejszymi festiwalowymi wydarzeniami. 18 maja 2017 roku mieliśmy zaszczyt, szczęście i przyjemność oglądania filmu “Niekończąca się opowieść” (Neverending Story), z oryginalną ścieżką dźwiękową, którą zagrała Sinfonietta Cracovia wraz z jej kompozytorem Klausem Doldingerem. Było to pierwsze w historii wykonanie koncertowe tej muzyki. Zaszczyt, szczęście i przyjemność – Czy nie brzmi to zbyt patetycznie i pompatyczne? Otóż NIE … i już wyjaśniam dlaczego.

Niekończąca się opowieść to film “kultowy” i to z kilku powodów. Powstał ponad 30 lat temu, ale podejmuje temat uniwersalny, który nie zestarzeje się nigdy. Dla mnie, który oglądałem ten film zaraz po jego powstaniu, następny raz w trakcie jego renesansu, czyli gdzieś w okolicach lat 2004 – 2005 i teraz, na festiwalowym pokazie – to wyjątkowy temat do przemyśleń. Co ciekawe, film w formule warsztatowej czy efektów specjalnych – wcale się nie zestarzał. Odbieram go za każdym razem inaczej, przez pryzmat własnych, zmieniających się z upływem czasu doświadczeń. Za każdym razem odkrywam w nim coś nowego, teraz, było to zdanie wypowiedziane przez Gmorka (olbrzymiego wilkołaka, ścigającego głównego bohatera filmu):

“Ludzi pozbawionych nadziei łatwo kontrolować …”

W poprzednich “oglądaniach” nie zarejestrowałem tego fragmentu a motyw filozoficzny “Niekończącej się opowieści” traktowałem z mniejszą uwagą. Powyższy cytat jest bardzo głęboki i tak sobie myślę, że nasza cywilizacja w swoim rozwoju, bardzo często miewa z taką sytuacją do czynienia.

Pisząc o filmie, nie można pominąć jego reżysera Wolfganga Petersena. To autor słynnego filmu “Okręt” (Das Boat). W moim rankingu filmów “Okręt” i jego oprawa muzyczna znajdują się w absolutnej czołówce. Autorem muzyki jest nie kto inny jak autor ścieżki dźwiękowej “Niekończącej się opowieści” Klaus Doldinger. Zresztą nie tylko ja jestem fanem muzyki z “Okrętu”. Wierni słuchacze pamiętają zapewne, że kilka lat temu motyw przewodni z tego filmu, można było co najmniej kilka razy dziennie usłyszeć na antenie RMF Classic.

Film “Niekończąca się opowieść”, muzycznie kojarzy się z tytułową piosenką skomponowaną przez Giorgio Moroder a zaśpiewaną przez Limahla. Piosenka była w amerykańskiej wersji kinowej, która trafiła i na polski rynek. Wersja oryginalna była w “100% orkiestrowa” i właśnie tą zaprezentowano 18 maja 2017 w ICE Kraków.

Oryginalną ścieżkę dźwiękową usłyszeliśmy w wykonaniu samego jej autora, grającego na saksofonie (Klaus Doldinger jest saksofonistą jazzowym, co mieliśmy okazję usłyszeć), Sinfonietty Cracovii i Cracow Singers pod batutą Christiana Schumanna. Pisząc o muzyce staram się być powściągliwy … w tym wypadku to jednak bardzo trudne. Artyści zagrali perfekcyjnie i z zegarmistrzowską precyzją. Uważam, że granie symultaniczne do filmu, jest o wiele trudniejsze niż granie koncertu. Obraz nie daje prowadzącemu orkiestrę i muzykom możliwości jakiegokolwiek manewru i wymaga specjalnego skupienia. Tym bardziej, że w na tym koncercie, orkiestra wykonywała też część “dźwiękowych efektów specjalnych” o czym najlepiej wiedzą muzycy grający na dużej ilości instrumentów perkusyjnych.

Po projekcji filmu głos zabrał ponad 80 letni autor muzyki Klaus Doldinger. Przypomnę, że było to pierwsze w historii wykonanie koncertowe ścieżki dźwiękowej do filmu “Niekończąca się opowieść”. Jej autor nie potrafił ukryć wzruszenia. Zresztą, wzruszeni byli też artyści i większa część widowni. Żartował, że zapomniał już o tej kompozycji i nie spodziewał się że tak pięknie zabrzmi. Podziękował również występującym artystom i organizatorom festiwalu za perfekcyjną współpracę. Stwierdził również, że Krakowski Festiwal Muzyki Filmowej jest najlepszym festiwalem na świecie – wśród poświęconych tego typu muzyce.

Obecni na sali odnieśli nieodparte wrażenie, że uczestniczą we wspaniałym, niepowtarzalnym widowisku a ścieżka dźwiękowa do filmu Niekończąca się opowieść jest wybitnym dziełem. Biorąc pod uwagę, że Klaus Doldinger skomponował również muzykę do filmu “Okręt”, uważam że zasługuje na godne miejsce wśród kompozytorów muzyki filmowej. Krakowska publiczność uhonorowała projekcję i muzyków owacjami na stojąco, takich oklasków i tak żywiołowej reakcji nigdy wcześniej na scenie ICE Kraków nie widziałem i nie słyszałem. Widowisko niecodzienne w swojej formie, pozostanie na długo w pamięci jego wszystkich uczestników.

 

źródło informacji:
W publikacji wykorzystano zdjęcia pochodzące z materiałów prasowych Krakowskiego Biura Festiwalowego. Autorem jest Wojciech Wandzel – www.wandzelphoto.com | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.
.

Relacja z Koncertu Kameralnego we Floriance

Duet fletu i klawesynu oczarował słuchaczy kolejnego koncertu kameralnego, który odbył się 5 maja w Auli Florianka. Tego wieczoru dla licznie zgromadzonej publiczności zagrali Wiesław Suruło i Andrzej Zawisza. Tym razem rozbrzmiewała muzyka barkowa opisana nazwiskiem Bach.

Johann Sebastian Bach był nie tylko wybitnym kompozytorem, ale również ojcem dwadzieściorga dzieci. Piątkowe wydarzenie nie tylko przypomniało nam walory płynące z jego muzyki, ale również, a może przede wszystkim, wydobyło z cienia znakomite kompozycje jednego z jego synów, Carla Philippa Emanuela Bacha.

Na scenie pojawił się Wiesław Suruło i zaraz po powitalnych brawach ucichł gwar, wytworzyła się podniosła atmosfera, a przestrzeń zaczęła wypełniać piękna muzyka. Koncert został dobrze przemyślany. Na początku rozległ się subtelny dźwięk fletu, który wprowadził wszystkich w odpowiedni klimat. My słuchacze poddaliśmy się temu nastrojowi. Mieliśmy okazję wysłuchać Sonatę na flet solo a-moll. Dopiero w kolejnym utworze, czyli uroczej i pełnej słodyczy Sonacie g-moll na flet i klawesyn, do muzyka dołączył drugi instrumentalista.

Dalsza część koncertu składała się z utworów Johanna Sebastiana Bacha. V Suita francuska G-dur wydała mi się najpiękniejszą kompozycją tego wieczoru, a w szczególności jej część sarabande. Całość okazała się niezwykłym popisem umiejętności Andrzeja Zawiszy. Na zakończenie wybrzmiała Sonata h-moll. Wspaniałe dzieło, w którym w sposób nieoczywisty przenikają się dialogujące ze sobą klawesyn i flet.

Pozytywny odbiór koncertu przez zgromadzonych na sali melomanów został wyrażony gromkimi brawami, które zmusiły muzyków do powrotu na scenę i zagrania bisów.

Przedstawienie tak odległych historycznie od nas utworów dało widzom do zrozumienia, że kiedy słuchamy muzyki, istnieje tylko „tu” i „teraz”, jakbyśmy znaleźli się poza czasem i przestrzenią. To wspaniałe, że po raz kolejny mogliśmy doświadczyć tego uczucia za sprawą koncertu organizowanego przez Katedrę Muzyki Dawnej Akademii Muzycznej.

Chick Corea trio w ICE Kraków – relacja

Bardzo dobrze pamiętam ten moment, kiedy ponad 30 lat temu, w programie III Polskiego Radia słuchałem jak gra Chick Corea. Ech – chciałbym dożyć takiej chwili, kiedy będę mógł Go posłuchać na żywo ... Tak właśnie wtedy myślałem i chociaż wtedy nadzieja na taką chwilę była niewielka – właśnie tak się stało.

Doczekawszy czasów kiedy można bez większych problemów pójść na koncert takiej miary artysty jak Chick Corea w mieście Krakowie – w dniu 8 maja 2017 roku właśnie na takie wydarzenie się udałem. Kończąc temat poruszony we wstępie, możliwość posłuchania muzyki z najwyższej światowej półki, była w „onych czasach”, czyli latach 70-tych, bliska zeru. Owszem, zdarzało się, że przyjeżdżał sporadycznie „ktoś Wielki”, ale występował wtedy w Sali Kongresowej (Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie. Bilety na takie wydarzenie były „według rozdzielnika” (młodsza część czytelników pewnie nie we czym był „rozdzielnik”) i dla młodzieńca z prowincji były praktycznie niedostępne.

Tak więc w tych pięknych czasach, po prostu kupuje się bilet i idzie na koncert Chick Corea trio – tak po prostu. Zresztą ten koncert to już trzeci występ artysty w naszym mieście. Sala ICE wypełniona jest w 99%. Nie może być inaczej, Chick Corea to jeden z największych muzyków jazzowych w historii. 

By Alberto Cabello from Vitoria Gasteiz (Chick Corea) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons
By Alberto Cabello from Vitoria Gasteiz (Chick Corea) [CC BY 2.0], via Wikimedia Commons
Koncert zaczyna się … i potwierdza moją teorię o rozgrzewaniu się muzyków (i to nie tylko jazzowych), podobnie jak robią to sportowcy. W tym przypadku artyści zrobili to całkiem świadomie i planowo. Pierwsze 10 minut koncertu to muzyka przeplatana dialogami z publicznością (w wielkim stylu oczywiście) i … dialog fortepianu z publicznością. Z wielkim zdziwieniem i niedowierzaniem na początku, słuchałem śpiewającej publiczności ICE Kraków. Wielokrotnie pisałem, że krakowska publiczność jest wyrobiona i ma klasą, teraz okazało się że potrafi również pięknie śpiewać, co docenił również Chick Corea nie kryjąc zadowolenia i powtarzając dialog ze słuchaczami pod koniec koncertu. Chapeau bas – krakowska publiczności!

Wracając do rozgrzewki – wydaje się, że Chick Corea wcale rozgrzewać się nie musi. Basista  Eddie Gomez potrzebował kilku minut by osiągnąć wirtuozerską formę, najwięcej potrzebował perkusista Brian Blade. W jego przypadku pierwsze uderzenia w bębny były dość niezdarne, ale po chwili było już wiadome, że to muzyk absolutnie najwyższej klasy. Mój znajomy perkusista mówi, że grający na tym instrumencie dzielą się na tych którzy bębnią i na tych którzy grają na perkusji. Idąc dalej tym rozumowaniem, mogę śmiało powiedzieć, że Brian Blade na perkusji „bardzo grał”.

Słuchanie światowej sławy muzyków to coś wyjątkowego a słuchanie ich na żywo to coś bardzo szczególnie wyjątkowego. Wspólnym mianownikiem ich muzyki jest pewien fantastyczny rodzaj powściągliwości i nie dotyczy to tylko muzyki jazzowej. Ci ludzie już niczego nie muszą udowadniać, nie popisują się techniką i sprawnością. Muzyka wirtuozów niesie ze sobą coś w rodzaju emocjonalnego spokoju i równowagi. Ta atmosfera przenosi się na publiczność – co moim zdaniem sprawia, że radość słuchania właśnie takiej muzyki jest ogromna. Atmosferę rozluźnił na samym początku sam Chick Corea, wyciągając smartfona i robiąc sobie (ze sceny) – „selfie” z całą publicznością …  To oczywiście moje osobiste odczucie, które w przypadku odbioru sztuki u innych ludzi może być zupełnie inne.

Nie będę nawet próbował relacjonować czy recenzować tego koncertu. Kilkukrotnie w czasie jego trwania doznałem uczucia zachwytu. Ale zaraz uzmysłowiłem sobie, że tak właśnie być powinno. Przecież to artyści z absolutnie najwyższej półki – wyższego poziomu po prostu nie ma.

Chick Corea to pianista, którego można rozpoznać po tylko jednym uderzeniu w klawisz. Brzmienie, które wydaje wtedy fortepian jest niepowtarzalne i fantastyczne.  Eddie Gomez zachwycił publiczność oryginalną i perfekcyjną techniką gry na kontrabasie. Często używał smyczka za którym kontrabasiści jazzowi nie przepadają. „Smyczkowa” partia w zagranym na bis Concierto de Aranjuez na długo pozostanie w pamięci słuchaczy. Jak już wcześniej napisałem Brian Blade „bardzo grał” na perkusji. W kilku dialogach z fortepianem udowodnił, że perkusja to pełnoprawny instrument, służący nie tylko do „wybijania rytmu”.

Publiczność (w tym piszący te słowa), została oczarowana i zaczarowana muzyką ale też  atmosferą jaką stworzył Chick Corea Eddie Gomez i Brian Blade. Było to wielkie przeżycie estetyczne i emocjonalne. Oczywiście były owacje, owacja na stojąco i bis. Zespół zagrał swój „popisowy bisowy zestaw” czyli wiązankę  Concierto de Aranjuez Joaquína Rodrigo i kompozycji Spain której autorem jest sam Chick Corea. Publiczność (w tym piszący te słowa) wpadła w euforię. Ale zaraz przypomniałem sobie to, o czym już wcześniej pisałem …. Przecież to artyści z absolutnie najwyższej półki – wyższego poziomu po prostu nie ma.

  • Koncert odbył się w ramach cyklu Świat Wielkiej Muzyki organizowanego przez Cracovia Music Agency. Kolejny koncert 9 czerwca w ICE Kraków, zagra Ivo Pogorelic.

 


PS

O tym napisać muszę, ale to w zasadzie inny temat więc umieszczam go w post scriptum. Bywałem na wielu różnych koncertach w ICE Kraków. Ten był pierwszym (!) na którym nagłośnienie było do przyjęcia. Piszę do przyjęcia, bo sala ICE nie jest salą koncertową, więc nie należy spodziewać się cudu.  Nie jestem akustykiem, ale posiadam zmysł słuchu, wcześniej, kilka koncertów zostało „pogrzebanych” przez fatalne nagłośnienie. 

Fair Weather Friends – relacja z koncertu

FWF - fot Filip Blank

Zespół Fair Weather Friends 29 kwietnia wrócił do Krakowa z materiałem z nowej EP-ki Hello Sunday, która miała swoją premierę we wrześniu ubiegłego roku. Mówi się o nich, że są jednym z ciekawszych zespołów polskiej sceny muzycznej. Mają o tym świadczyć występy na największych festiwalach oraz grono fanów w całym kraju.

Chłopaki zawładnęli sceną krakowskiego klubu Alchemia od pierwszych sekund. Pozytywnie zaskoczyło mnie rockowe zacięcie z jakim podano nam muzykę elektroniczną. Co prawda bliżej im do alternatywy niż popu, ale moje zdziwienie było niemałe.

Podczas koncertu nie zabrakło dobrze znanych utworów takich jak Fortune Player, czy Fake Love. Ich autorskie brzmienia to połączenie współczesnej elektroniki, klimatu lat ‘70 i ‘80, elektropopowych melodii oraz punkowej energii. Do tego można jeszcze dorzucić elementy skandynawskiej melancholii i otrzymujemy ciekawą mieszankę, a mimo tego wszystkiego udaje im się zachować spójną całość.

Elektroniczne granie jest ostatnio bardzo modne, ale dość monotonne. Potrzeba zatem czegoś, co wyróżni grupę spośród innych. W tym przypadku jest to z pewnością żywa sekcja rytmiczna. Zapewnia ona należytą dynamikę występu. Oprócz niesamowitej żywiołowości członków zespołu, nie trudno zauważyć ich wszechstronność muzyczną. Grali właściwie na wszystkim, co było potrzebne w danym momencie do tego, aby muzyka wybrzmiała w jak najlepszy sposób. Przez intrygujący i nieco przytłumiony głos wokalisty przebijała się ciekawa energia, którą potęgowały chórki i duży pogłos. Charyzmatyczny Michał Maślak przekonał do siebie chyba każdego.

Zespół wrócił z nowymi utworami zapowiadającymi ich drugi pełnoprawny album i wydaje mi się, że odbiór był pozytywny. Publika nie kryła tego, że dobrze się bawi. Po reakcjach osób w moim najbliższym otoczeniu mogę śmiało stwierdzić, że grupa ujęła ich swoim graniem. O to właśnie chodzi w koncertach. Wspaniale obserwuje się pasję innych, która wywołuje uśmiech na twarzach odbiorców. Muzycy się nie oszczędzali i mogliśmy zaobserwować, że granie sprawiało im ogromną przyjemność.

Szczerze przyznam, że nie jestem fanką elektronicznych brzmień, ale tego wieczoru zostały podane w sprytny i wysmakowany sposób, a to sprawiło, że odbiór był jak najbardziej pozytywny.

8. Wiosenne Dni z Muzyką Organową – koncert inauguracyjny

Koncertem znakomitego niemieckiego organisty Stefana Kagla z Herford rozpoczęła się w ubiegłą niedzielę 7 maja ósma edycja Wiosennych Dni z Muzyką Organową w Bazylice Jezuitów w Krakowie.

Koncert zgromadził pokaźną liczbę słuchaczy, wśród których, oprócz krakowskich melomanów, byli obecni turyści z różnych stron świata, licznie odwiedzający Kraków o tej porze roku.

Artysta zaprezentował program złożony zarówno z dzieł stanowiących kanon muzyki organowej (D. Buxtehude, J.S. Bach, C. Franck, J. Langlais), jak również dzieła kompozytorów mniej u nas znanych (A. Willscher, J. Ireland) oraz na zakończenie koncertu własną transkrypcję trzech części Obrazków z wystawy Modesta Musorgskiego: Promenadę, Stary zamek i Wielką Bramę Kijowską.

Narrację koncertu tworzyły naprzemiennie plany brzmieniowe, od barw pastelowych ujętych w impresjonistyczne i postimpresjonistyczne współbrzmienia harmoniczne, po potężną dynamikę organowego pleno i tutti, ukazujących pełnię możliwości brzmieniowych organów jezuickiej bazyliki. Błyskotliwa technika gry oraz umiejętność stworzenia prawdziwie mistycznego nastroju w kompozycjach lirycznych ujęły publiczność, która nagrodziła artystę długą, w pełni zasłużoną owacją. Słowo wprowadzające do koncertu wygłosił Jarosław Naliwajko SJ, prefekt bazyliki Jezuitów w Krakowie.

Kolejny koncert organowy w jezuickiej bazylice odbędzie się w niedzielę 14 maja o godzinie 19.00. Wykonawcą recitalu będzie również niemiecki wirtuoz Martin Bernreuther, organista katedry w bawarskim Eichstaett. Wstęp na koncert, podobnie jak na wszystkie pozostałe w ramach cyklu, jest wolny.

  • Organizatorem Wiosennych Dni z Muzyką Organową jest Kolegium Jezuitów w Krakowie. Opiekę artystyczną sprawuje dr hab. Marek Stefański z krakowskiej Akademii Muzycznej. Projekt jest realizowany przy współpracy z Gminą Miejską Kraków.

autor relacji: Agnieszka Radwan-Stefańska