Archiwum autora: Monika Słupek

Autor Monika Słupek

Studentka biofizyki. Sopran w chórze rozrywkowym, z różnym skutkiem próbuje grać na gitarze. Uwielbia zabiegany tryb życia oraz ciągły rozwój, sport i muzykę pod każdą postacią. Słucha bardzo różnorodnej muzyki z naciskiem na tę mało komercyjną. Noce poświęca na wyszukiwanie ciekawostek muzycznych.

Miasto Skarbów – wrażenia po premierowym odcinku

13 września 2017 roku, swoją krakowską premierę miał serial Miasto Skarbów, a dzień później produkcja pojawiła się wśród jesiennych nowości TVP. Pierwszy odcinek wprowadził widzów w świat wspaniałych dzieł sztuki i konfliktu pomiędzy siostrami.

Miasto Skarbów to opowieść o dwóch siostrach, pochodzących z szanowanego krakowskiego domu. Zadaniem Alicji jest ściganie przestępców zajmujących się kradzieżą dzieł sztuki. Natomiast Ewa to jedna z ważniejszych postaci grupy przestępczej, rabującej cenne obrazy. Siostry stoją po przeciwnych stronach barykady. Ich relacje są skomplikowane także ze względu na bujną przeszłość. Obie kobiety połączą jednak interesy.

Pomimo tego, że akcja obraca się wokół dzieł sztuki, to nie one przykuwają największą uwagę. Skomplikowana historia relacji między inteligentnymi i ambitnymi kobietami może przyciągnąć fanów kina psychologicznego, a świat fałszerzy i pogoni za wielkimi pieniędzmi skusi wielbicieli kina sensacyjnego.
Tempo rozwijania się wydarzeń nie jest specjalnie szybkie a spora ilość postaci wnosi lekki chaos w fabułę. Twórcy od razu wprowadzili widzów w sam środek akcji. Na razie historia nie nudzi, a w kolejnych tygodniach serial powinien się rozkręcić, bo ma ku temu wielki potencjał.

Kraków to miasto artystów i specyficznej atmosfery. Fakt, że produkcja powstała w tym miejscu z pewnością przemawia na jej korzyść. Bardzo dobrze udało się pokazać wspaniałe wnętrza i oddać klimat tego tajemniczego miasta. Pracownie malarskie, muzea, starodawne kamienice, międzywojenne wille, nowohuckie plenery – to tylko niektóre z lokalizacji, które będziemy mogli zobaczyć. Nie sposób oderwać wzroku od ciekawych kadrów. Podoba mi się również sposób, w jaki przedstawiono dzieła sztuki. Wszystko wygląda bardzo naturalnie. Muszę jednak podkreślić, że ci, którzy spodziewali się przesłodzonego obrazu Krakowa i jego nachalnej reklamy, mogą być zaskoczeni, bo nic takiego nie ma miejsca. Świat bohaterów jest niebezpieczny, a więc wykreowano niezwykle mroczną atmosferę.

W oczy rzuca się również bardzo dobra obsada, m.in. Aleksandra Popławska, Magdalena Różczka, Adam Ferency, Piotr Głowacki. Mam jednak sporo zastrzeżeń do dźwięku. Muzyka, choć piękna, momentami przytłaczała a dialogi niejednokrotnie były niezrozumiałe i z tego względu niezbyt przekonujące.

Pomimo pewnych mankamentów w pierwszym odcinku, kilka pomysłów wygląda bardzo interesująco. Nowy serial został dość entuzjastycznie przyjęty przez odbiorców. Odnosi się wrażenie, że Miasto Skarbów było tworzone według najlepszych wzorców. Reżyserzy – Marcin Ziębiński i Piotr Jaworski postarali się o to, aby stworzyć produkcję inną niż te, które do tej pory mogliśmy oglądać w polskiej telewizji.

Kolejne 12 odcinków pokaże, czy serial zapowiadany jako hit jesiennej ramówki wykorzysta ogromny potencjał i wniesie coś nowego.

V Letni Festiwal Muzyki i Tańca – relacja z koncertu plenerowego

5 sierpnia na płycie Rynku Podgórskiego odbył się koncert plenerowy w ramach V Letniego Festiwalu Muzyki i Tańca. Tematem przewodnim wydarzenia była muzyka Węgier i Siedmiogrodu. Już po raz piąty Kraków gościł zespoły taneczne z całej Europy. Swoją kulturę zaprezentowali wykonawcy z Węgier, Rumunii, Estonii, Litwy, Serbii, Grecji i Łotwy.

Na niemal pięciogodzinne widowisko złożyło się kilkadziesiąt tańców. Mieliśmy okazję podziwiać czardasza, hajduka, alunelul, sirtaki i wiele innych. Choreografie przedstawili nam artyści reprezentujący różne grupy wiekowe, ale każda z nich wykazała się takim samym zaangażowaniem, radością i energią.
Z racji obchodzonego Roku Kultury Węgierskiej w Polsce, koncert został zdominowany przez zespoły pochodzące z Węgier oraz węgierskiej części Rumunii – Siedmiogrodu. Warto wspomnieć, że ich muzyka ma swoje korzenie zarówno w kulturze azjatyckiej, jak i słowiańskiej. Była to zatem świetna okazja, by poznać lepiej tradycyjną muzykę tego narodu, tym bardziej, że zachowała ona zupełną odrębność – archaiczny rytm oraz brzmienie. Jest to rzadko spotykane zjawisko.

Wzajemne przenikanie się różnych kultur pozwoliło nam odbyć podróż po Europie. Żywiołowe tańce w towarzystwie skrzącej się barwami muzyki okazały się przyjazne dla widzów i były w stanie zainteresować stosunkowo szerokie grono bardzo różnorodnych odbiorców. Przyjemny klimat wydarzenia, piękne melodie i niesłabnąca pasja do tańca złożyły się na doskonały przykład artystycznej dbałości o podtrzymywanie tradycji. Oprócz różnych odcieni muzyki folkowej, obecni podczas koncertu mogli również podziwiać wyjątkowe ludowe stroje, które podkreślały niepowtarzalny charakter każdego z tańców.

Choć koncert ukazał rozmaite twarze tradycyjnego tańca, to jednak nie warstwa artystyczna była najważniejsza, lecz przekaz z niej płynący. Warto docenić fakt, że muzyka ludowa i taniec miały ogromne znaczenie w kształtowaniu tożsamości każdego narodu. Tradycje te przekazywane z pokolenia na pokolenie, dziś znajdują swój sceniczny wyraz, w którym jest zarówno hołd, jak i próba dodania czegoś od siebie.
Zgiełk zabieganego miasta potrafi zatrzeć pamięć o kulturze ludowej. Tymczasem Kraków na dwa dni stał się przystanią dla tradycyjnych brzmień z innych krajów. Jeżeli jednym z celów festiwalu była prezentacja i promocja kulturalnego dziedzictwa Europy, to plan został w pełni zrealizowany.

  • Festiwal organizowany jest przez Muzsa festiwal Office z Budapesztu we współpracy z Cracovia Andante, Centrum Kultury Podgórza, Konsulatem Węgier w Krakowie, oraz Starą Zajezdnią by De Silva przy wsparciu finansowym Gminy Miejskiej Kraków. Koncert objęty został honorowym patronatem Konsulatu Węgier w Krakowie w ramach Roku Kultury Węgierskiej w Polsce. 

Fotorelacja z koncertu. Foto © Monika Słupek – Muzyczny Kraków.

Relacja z koncertu Jakuba Kusiora w prywatnym mieszkaniu

5 lipca w ramach akcji House Gig w jednym z krakowskich mieszkań zagrał Jakub Kusior – młody kompozytor, gitarzysta i wokalista.

Artysta swoją przygodę z muzyką rozpoczął od gitary akustycznej. W czerwcu 2013 roku wydał debiutancką płytę Step by step, na której znalazły się jego autorskie utwory zagrane techniką fingerstyle. Muzyk postanowił jednak do grania dołączyć śpiewanie. W 2016 roku powstał minialbum Far away wydany przez wytwórnię Fonografika. Jego utwory to połączenie popu, folku, bluesa, rocka i indie.

Koncert rozpoczął się spokojnie od utworu Far away, ale jak się okazuje, muzyka Kuby to nie tylko ballady. Wokalista potrafi podczas występu pokazać rockowy pazur. Przez cały czas melodyjne, lekkie momenty przeplatały się z tymi mocniejszymi.

Oprócz autorskich kompozycji, muzyk zaprezentował również cover zespołu Twenty One Pilots Stressed out. Chyba nikt nie spodziewał się usłyszeć rapującego Jakuba Kusiora, więc nasze zaskoczenie było niemałe, ale odbiór jak najbardziej pozytywny. W szczególny sposób przykuła moją uwagę piosenka Nie tłumaczę. Utwór jest tajemniczy i ma swój niepowtarzalny klimat.

Muszę podkreślić, że prezentowana przez młodego artystę muzyka do najweselszych nie należy. Większość utworów została zbudowana na schemacie łagodnej i sentymentalnej piosenki. Zróżnicowana tematyka nie ma dużego wpływu na warstwę muzyczną. Powiedziałabym, że jest w niej pewna powtarzalność, a co za tym idzie przewidywalność. Dobrze skomponowane utwory o podobnym klimacie spowodowały, że występ był spójny.
Kulminacyjne były dla mnie te momenty, w których na pierwszy plan wysuwały się gitarowe riffy. Co prawda nie doczekaliśmy się utworu instrumentalnego, ale w kilku kompozycjach mieliśmy przyjemność podziwiać brawurowe partie solowe.

Nie był to wieczór zdominowany przez efekty wizualne i dźwiękowe. Taki rozmach potrafi przykryć samą muzykę. Utwory, które znamy z płyty, w wersji akustycznej brzmiały ciekawie. To tak, jakby artysta odnalazł w swojej muzyce zupełnie nowe barwy. Sprawiło to, że piosenki, nie tracąc melodyjności, nabrały mocniejszej energii.
Koncert przebiegł w bardzo miłej atmosferze, a kameralne miejsce, jakim było mieszkanie, jeszcze bardziej ten nastrój pogłębiło. Najlepszą oceną występu była reakcja publiczności. Dwa utwory zagrane na bis są z pewnością dowodem na to, że się podobało.

Dołożenie do palety dźwięków słów, okazało się dobrym kierunkiem rozwoju artysty. Obrana formuła twórczości solowej wydaje się idealnie mu odpowiadać. Polecam szczególnie miłośnikom spokojniejszych klimatów z pogranicza popu i folku. Mimo wszystko liczę na to, że dane nam będzie posłuchać jeszcze jego instrumentalnych kompozycji.

Dzień trzeci Festiwalu EtnoKraków/Rozstaje 2017 – Plac Wolnica

Trzeciego dnia Festiwalu EtnoKraków/Rozstaje 2017 publiczność bawiła się na Placu Wolnica. Tym razem na scenie królowały trzy śpiewające kobiety … a pod sceną kapryśna pogoda.

Jako pierwsza wystąpiła Karolina Cicha w towarzystwie Barta Pałygi. Karolina jest rozpoznawana dzięki oryginalnej technice gry na kilku instrumentach jednocześnie. Na scenie udowodniła, że granie na akordeonie, instrumentach perkusyjnych oraz elektronicznych można połączyć i jednocześnie w imponujący sposób panować nad swoim głosem. Jej muzyczny towarzysz wcale nie odstawał. Pałyga zaprezentował tradycyjne instrumenty strunowe m.in. fidel płocką i dutar. Nie zabrakło także śpiewu gardłowego i alikwotowego.
Duet przedstawił harmonijną i ciepłą muzykę inspirowaną tradycją tatarską. Muzycy odegrali szeroką paletę brzmień – od delikatnych melodii po skomplikowane struktury i rytmiczne improwizacje. Warto podkreślić, że utwory niosły ze sobą nie tylko wartość estetyczną, ale przede wszystkim przesłanie płynące z wyśpiewywanych tekstów. Artyści zafascynowali publiczność swoimi głosami oraz niebywale otwartym podejściem do muzyki.

Następnie na scenie pojawiła się Elida Almeida. Artystka pochodząca z Wysp Zielonego Przylądka nie tylko rozgrzała krakowską publiczność, ale również porwała do tańca. Młodość i energia wokalistki przełożyły się na bardzo żywiołowy występ. Poza ujmującym głosem Almeidy, zachwycały także bogate aranżacje kreowane przez muzyków. Podczas tego występu gitary odegrały bardzo dużą rolę, nadając specyficzny charakter niektórym piosenkom.
Dojrzała twórczość i młodzieńczy czar, przeplatanie radości i melancholii – to wszystko złożyło się na barwną muzykę. Choć wokalistka zaprezentowała brzmienia ludowych twórców, muzyka, którą zaproponowała, brzmiała nowocześnie.

Na zakończenie tego wieczoru wystąpiła „pierwsza dama polskiego folkloru”, czyli Joanna Słowińska – pieśniarka i skrzypaczka. Jest jedną z najbardziej wszechstronnych i wyrazistych postaci polskiej sceny muzycznej. Fani etno znają ją z repertuaru inspirowanego polską i słowiańską muzyką tradycyjną.
Oprócz świetnie brzmiącego zespołu, na scenie towarzyszyła artystce fińska wokalistka Outi Pulkkainen. Prezentując Archipelag 2, Słowińska zabrała nas w interesującą podróż przez bogaty świat słowiańskiej muzyki. Dynamiczne aranżacje folkowe zostały podane w sposób niezwykle nowoczesny. Wszystko to łączyło się z wielkimi możliwościami głosowymi, ponieważ na scenie spotkały się dwie niesamowicie charyzmatyczna wokalistki. Ten popis okazał się idealnym ukoronowaniem trzeciego dnia festiwalu.

Foto: materiały prasowe organizatora, © Michał Ramus

Wyniki krakowskiego finału Emergenza Festival 2016/2017

W sobotę 17 czerwca w klubie Zet Pe Te odbył się krakowski koncert finałowy VI sezonu EMERGENZA FESTIVAL 2016/2017.

Głosami publiczności oraz jurorów do finału ogólnopolskiego zakwalifikował się zespół SYNTHETIC BLAST (Alternative Metal) .  Grupa wystąpi na koncercie finałowym w piątek 23 czerwca w warszawskim klubie Proxima.

Wyniki finału VI edycji Kraków Emergenza Polska 2016/17 :

1 miejsce Synthetic Blast (Alternative Metal)

2 miejsce The Trees (Progressive Rock / Blues)

3 miejsce Tie My Tie (Hard Rock / Rock / Heavy Metal)

4 miejsce Dinosaurs Are Dead (Progressive Rock / Blues)

5 miejsce Venture (Rock / RocknRoll)

6 miejsce Thatch (Pirate Metal)

7 miejsce NOVVA (Rock)

Do zobaczenia na kolejnych koncertach!

Finał ogólnopolski odbędzie się 23 i 24 czerwca  w klubie Proxima w Warszawie.

23.06 – wydarzenie

24.06 – wydarzenie

Więcej informacji:

WWW – www.emergenza.net
YouTube
Facebook

Emergenza Festival 2016/2017 – Zet Pe Te

Nadchodzą finały VI edycji EMERGENZA FESTIVAL POLSKA – KRAKÓW.

Zapraszamy do udziału w koncercie finałowym w ramach największego na świecie festiwalu dla młodych zespołów bez kontraktów płytowych. Zespoły walczące ze sobą przez całą edycję VI (2016/17) staną do bitwy muzycznej decydującej o ich przyszłej karierze. Najlepsze z nich, które zwyciężą w finałach krajowych, spotykają się na finale światowym Emergenzy, w Niemczech na Taubertal Open Air Festival (lato 2017) skąd Finalista pojedzie w trasę po całej Europie.

Finaliści edycji polskich :

  • Edycja 1 (2012) nu-metalowe Chico   [ facebook ]
  • Edycja 2 (2013) garage-rockowy Straight Jack Cat [facebook]
  • Edycja 3 (2014) reggae-rock-funkowa ShataQS [facebook]
  • Edycja 4 (2015) folk-rockowa Pora Wiatru [www]
  • Edycja 5 (2016) rockn’rollowy Antiplan [facebook]

Krakowski koncert finałowy odbędzie się w klubie Zet Pe Te 17 czerwca o godzinie 19.00.
ZAGRAJĄ:

  • Dinosaurs Are Dead (Progressive Rock / Blues) [youtube]
  • Killsorrow  (Melodic Death Metal) [facebook]
  • NOVVA (Rock)  [facebook]
  • Synthetic Blast  (Alternative Metal) [facebook]
  • Thatch (Pirate Metal) [facebook]
  • The Trees   (Progressive Rock / Blues) [facebook]
  • Tie My Tie (Hard Rock / Rock / Heavy Metal) [youtube]
  • Venture (Rock / RocknRoll) [youtube]

Więcej informacji:

WWW – www.emergenza.net
YouTube
Facebook

  

źródło informacji:
Materiały prasowe organizatora | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Julia i Nieprzyjemni na Festiwalu Miłosza – relacja z koncertu

Pierwszy dzień Festiwalu Miłosza zakończył się występem grupy Julia i Nieprzyjemni. Zespół pojawił się w Krakowie 8 czerwca, aby zaprezentować materiał z płyty Wojaczek. Koncert poprzedziło spotkanie z Marcinem Świetlickim, Maciejem Meleckim i Konradem Wojtyłą.

Artyści odkryli zapomniane wiersze Rafała Wojaczka i na ich bazie powstał krążek składający się z piętnastu utworów. Za zadanie postawili sobie ukazanie w tych kilkunastu piosenkach jego twórczości od początku do końca. Poezja Wojaczka, zaliczanego do grona poetów wyklętych, jest buntownicza a jednocześnie intymna. Łatwo jest wyobrazić sobie koncert oparty na jego twórczości jako skromne, kameralne wydarzenie. Tymczasem występ okazał się oryginalnym i poruszającym spektaklem.

Koncert rozpoczął się bez zbędnych powitań. I tak już pozostało do samego końca, bo pomiędzy utworami nikt nie zdecydował się przemawiać. Co więcej, publiczność nie biła braw, choć były one zasłużone. Zespół grał nieprzerwanie przechodząc z jednego utworu w kolejny i nie dali nam na to szansy. Ciekawa formuła scenicznego show na pewno nikogo nie rozczarowała. Dzięki temu wszystkie zaprezentowane kompozycje można było potraktować jako jedną ciągłą myśl.

Zestawienie w jednej grupie Julii Kamińskiej oraz Marcina Świetlickiego dało ciekawy kontrast. Ten pierwszy dokładnie zna rzeczywistość przedstawioną w wierszach i jego chrypliwy, głęboki głos to oddawał. Co prawda więcej było w tym wypowiadania, wyszeptywania i wykrzykiwania tekstu niż śpiewania. Dla równowagi, świeży i czysty wokal Julii sugerował, że nie może pamiętać tamtych czasów, ale umiejętności aktorskie pomogły jej w oddaniu charakteru utworów.

Zespół brzmiał bez zarzutu. Jednak momentami muzyka bardziej przykuwała moją uwagę niż śpiew. Instrumenty nie stanowiły w tym przypadku wyłącznie tła. Niejednokrotnie tekst piosenki składał się z kilku zdań zapętlonych i wyśpiewanych kilka razy, a muzyka wybrzmiewała jeszcze przez długi czas. Muzycy mieli dzięki temu wiele okazji do tego, aby dać popis swoich umiejętności i w doskonały sposób to wykorzystali. Dało się wyczuć charakterystyczny styl kompozytora Michała Wandzilaka. Ta konwencja spodobała się publiczności i odnoszę wrażenie, że reszta zespołu doskonale się w niej odnalazła.

Mieliśmy możliwość wysłuchania utworów zróżnicowanych tematycznie i estetycznie. Każdy z nich został przekazany w sposób prawdziwy, szczery i dobitny. Bardzo specyficzne, wręcz aktorskie podejście do muzyki wyciągało z piosenek jeszcze więcej emocji, wytwarzając przy tym pewną aurę tajemniczości, przyprawioną melancholijnym klimatem.
Piosenki zostawiały w pamięci swój ślad, ale złożone teksty Wojaczka są niezbyt łatwe do zapamiętania. Zmuszają jednak do refleksji i podróży po różnych płaszczyznach doświadczania życia.

Całość oceniam bardzo dobrze, zarówno pod względem wizualnym, jak i muzycznym. Na żywo wszystko brzmiało interesująco i przyjemnie, choć było trochę poplątane stylistycznie. Fani muzycznych eksperymentów mogli poczuć się naprawdę spełnieni.

Foto: materiały prasowe organizatora © Kamila Zarembska-Szatan

Festiwal Miłosza – zacznij od swoich ulic!

Język to nasza jedyna maszyna. Nie ma innego sposobu myślenia i poznawania rzeczywistości niż poprzez język – mówił wczoraj na otwarciu Festiwalu Miłosza syn noblisty, Anthony Miłosz. Tegoroczna, szósta już edycja imprezy, upływać będzie pod hasłem „Zaczynając od moich ulic”. Ten tytuł jednego ze zbiorów esejów Miłosza posłużył organizatorom festiwalu: Miastu Kraków, Krakowskiemu Biuru Festiwalowemu oraz Fundacji Miasto Literatury, jako pretekst do przyjrzenia się kondycji współczesnego człowieka. Zaczynamy!

„Żyjemy w czasach narcystycznych, w których często nie ma miejsca na bycie indywidualnym, oryginalnym, czy po prostu na bycie sobą” – mówił na wczorajszej konferencji prasowej dyrektor artystyczny festiwalu, Krzysztof Siwczyk. „W tej edycji festiwalu nawołujemy właśnie do odzyskania intymności i indywidualizmu. A któż może pomóc nam to zrobić, jeśli nie poeci?”

Goście tegorocznej edycji festiwalu przyjechali z trzech kontynentów. Zza oceanu przyleciał Robert Pinsky – nominowany do nagrody Pulitzera tłumacz utworów Miłosza, który na wczorajszej konferencji prasowej odczytał wiersz noblisty „Zaklęcie”. Z Republiki Południowej Afryki przyjechała Antjie Krog – w swojej twórczości głośno sprzeciwiająca się polityce apartheidu. Europę reprezentują zaś: buntownicza Linn Hansen ze Szwecji, Evelyn Schlag – austriacka poetka, która w swojej twórczości podejmuje tematy takie jak nazizm, samobójcze śmierci czy bezdzietność. Na festiwalu pojawią się też sąsiedzi Polski: Niemiec – Joachim Sartorius i Czech – Petr Hruška.

„Poeci ci, mimo swego wybitnego dorobku, nie są znani większości Polaków. Dlatego organizatorzy festiwalu, przy współpracy z pięcioma wydawnictwami, zdecydowali się na przetłumaczenie i wydanie zbiorów ich wierszy. – Mam nadzieję, że te tomiki przyniosą polszczyźnie jakąś nową wartość i indywidualność, o które tak bardzo chcemy w tej edycji festiwalu walczyć” – mówił wczoraj Krzysztof Siwczyk. Okazją do refleksji nad indywidualnością będą też dwie debaty: „Czy możliwe są jeszcze języki intymne?” w której udział wezmą Dorota Kozicka, Zbigniew Libera i Zbigniew Mikołejko oraz „Pojedynczość w epoce narcyzmu” z udziałem Przemysława Czaplińskiego i Romy Sendyki.

Jednak Festiwal Miłosza to nie tylko literatura, ale też muzyka. Na festiwalu swoja premierę będzie miała płyta „Wojaczek” zespołu Julia i Nieprzyjemni. Twórcy projektu – z których najbardziej znani to Julia Kamińska i Marcin Świetlicki – muzycznie zinterpretowali utwory tragicznie zmarłego poety. A to nie wszystkie festiwalowe atrakcje. W programie znalazły się też: warsztaty krytyki literackiej i translatorskie, slamy poetyckie, wydarzenia dla dzieci i premiera spektaklu „Po wygnaniu”, którego scenariusz powstał w oparciu o teksty noblisty. Podsumowując, jak powiedział wczoraj Anthony Miłosz „Festiwal rozpoczęty. Czas brać się do roboty”.

Więcej informacji na temat Festiwalu:

http://miloszfestival.pl/

Źródło informacji: materiały prasowe organizatora

Tribute to Amy Winehouse – relacja z koncertu

23 maja 2017 roku w Filharmonii Krakowskiej odbył się piękny koncert upamiętniający niezwykle charyzmatyczną wokalistkę jaką była Amy Winehouse. Było to pierwsze wydarzenie z cyklu RE: STARS. Tego wieczoru zabrzmiały najlepsze utwory tragicznie zmarłej artystki, której nie trzeba przedstawiać chyba nikomu.

Na scenie pojawiło się pięć niezwykle utalentowanych wokalistek: Ewelina Przybyła, Joanna Azzja Mądry, Sandra Mika, Aicha Słoniec i Małgorzata Chruściel oraz wokalista Wojciech Myrczek. W finale koncertu wystąpiła KAYAH, jedna z najbardziej rozpoznawalnych i docenianych wokalistek na polskiej scenie muzycznej. Zaproszeni do współpracy artyści zaprezentowali 18 utworów Amy, w tym Valerie i Body and Soul. Gospodarzem wieczoru był aktor Tomasz Schimscheiner, który w dość chaotyczny, ale dzięki temu zabawny sposób poprowadził koncert.

Na repertuar złożyły się kompozycje z różnych okresów twórczości artystki. Różnorodność okazała się wielką zaletą koncertu. Kontrastów bowiem nie brakowało. Od subtelnego i delikatnego Love Is A Loosing Game, przez smutne Just Friends, do energicznych i przyjemnych Tears Dry On Their Own oraz Me and Mr. Jones. Melancholię można było dostrzec w utworze Back To Black, który obok świetnego Rehab, stał się popisowym numerem Winehouse. Zatem przejmujące i emocjonalne utwory przeplatały się z pozytywnymi, wręcz tanecznymi melodiami. Wszystko było jednak uporządkowane, zwięzłe i nienudne.

Koncert określiłabym jako spójny, dopracowany i przede wszystkim stuprocentowo szczery, bo taka właśnie była twórczość Amy. W swojej muzyce dzieliła się przeżyciami bardzo osobistymi. Opowiadała o trudach dnia codziennego, niespełnionej miłości, alkoholizmie i narkotykach.

By tom.beetzFlickr: Amy Winehouse, CC BY 2.0, Link

Elementem łączącym Tribute to Amy z samą artystką poza jej piosenkami, była zdecydowanie stylistyka wykonania oraz oryginalna obsada instrumentalna – rozbudowana sekcja dęta, chórek towarzyszący, ale przede wszystkim charyzmatyczne wokalistki. Warto podkreślić, że wszystkie utwory nie brzmiałyby tak dobrze, gdyby nie zespół FOURS Collective i niepowtarzalne aranżacje przygotowane przez ich lidera, pianistę i kompozytora, Michała Salamona. Mieliśmy do czynienia przede wszystkim z dźwiękami soulowymi, podkręconymi nowoczesną produkcją, z domieszką rhythm and blues. Takie połączenie dało ciekawy efekt w postaci muzyki brzmiącej bardzo retro, a jednocześnie świeżo. Aranżacje odwzorowały oryginalność stylu i aurę artystki. Nie była to w żadnym wypadku próba doskonałego kopiowania. Zdolni wokaliści oraz muzycy wykonali utwory w zgodzie ze sobą, zachowując przy tym prawdziwy przekaz kompozycji. Dzięki temu w indywidualny sposób ukazali nam swoje interpretacje jej twórczości.

Organizatorom udało się odtworzyć niezwykły nastrój jaki otaczał piosenkarkę. Bez wątpienia byliśmy świadkami jednej z ciekawszych muzycznych inicjatyw. Koncert okazał się prawdziwą ucztą dla wszystkich, którzy kochają Amy, ale również dla tych, którzy lubią niekonwencjonalne wydarzenia.

Duch zmarłej 6 lat temu artystki zagościł na chwilę w Krakowie i dał do zrozumienia, że jej muzyka jest wciąż żywa i w dalszym ciągu może docierać do ludzi. Wielu utalentowanych muzyków żegna się z tym światem niespodziewanie i często tragicznie. Dzięki utworom, które pozostawiają po sobie, ich cząstka może być ciągle pośród nas.

Trio Mandili – relacja z koncertu

13 maja 2017 roku deski sceny krakowskiego klubu Kwadrat należały do Trio Mandili. Tego dnia grupa przybyła do naszego miasta z koncertem promującym najnowszy album With Love i całkowicie zaskarbiła sobie publiczność obecną podczas ich show.

Trzy młode dziewczyny z Gruzji w 2014 roku nagrały telefonem filmik, na którym podczas spaceru śpiewają piosenkę i w błyskawicznym tempie podbiły świat. Klip z utworem Apareka stał się hitem internetu. Kilka milionów wyświetleń na oficjalnym kanale youtube może nie wydawać się niczym imponującym. Podkreślę jednak, że dziewczyny wykonują gruzińską muzykę ludową a nie popowe hity.

Koncertowy spektakl rozpoczął się od mocnego uderzenia i w takim klimacie został utrzymany do samego końca, choć nie zabrakło spokojnych ballad. Lekkie spowolnienia akcji koncertu okazały się bardzo nastrojowe, ale nie trwały zbyt długo. Nie da się ukryć, że grupa robi na żywo ogromne wrażenie, nieporównanie lepsze od tego, które daje nam wysłuchanie ich muzyki w domowym zaciszu. Pokaz okazał się intrygujący i niebanalny a piosenki bardzo chwytliwe. Na dwugodzinny spektakl złożyło się ponad dwadzieścia utworów, w tym Dililme, Marto Shemovrchi, Tsangala da Gogona. Tak intensywne koncerty zdarzają się nieczęsto. Wszystko odbyło się bez zbędnych kilkuminutowych przemówień pomiędzy piosenkami. Brawa po jednym utworzenie nie zdążyły jeszcze ucichnąć a już wybrzmiewał kolejny, czasami poprzedzony jednym zdaniem wprowadzenia. Ogromnym zaskoczeniem okazał się ostatni utwór, który grupa wykonała po polsku, była to Lipka.

Często na tego typu koncertach wokaliści wykrzykują zamiast wyśpiewać swoje partie. Tym razem stało się zupełnie inaczej, bo ponad prostym, ale rytmicznym podkładem instrumentalnym, na pierwszy plan wysuwał się czysty wokal. Niestety, momentami był on zadecydowanie za głośny, ale taka jest już specyfika, a może nawet urok koncertów folkowych. Muszę przyznać, że rytmika i styl bardzo mi się spodobały. Piękne głosy, niesamowite harmonie, naturalność, bezpretensjonalność i oczywiście talent sprawiły, że nie można było przejść obojętnie wobec tego, co działo się na scenie. A działo się bardzo dużo.

Warto zwrócić uwagę na estetykę całego występu. Zmieniające się stroje, gra świateł, dym, taniec… Te detale są dowodem na to, że grupa przywiązuje ogromną wagę nie tylko do strony muzycznej, ale również technicznej koncertu.

Dziewczyny zdecydowanie osiągnęły zamierzony efekt – skupiły na sobie całą uwagę publiczności, rozruszały i rozgrzały salę a także wywołały żywe emocje i stworzyły przyjemny klimat. Nie jest sztuką wyjść na scenę, popisać się swoimi umiejętnościami i z niej zejść. Liczy się to, aby cała grupa współbrzmiała jak jedność i dzięki temu trafiła do widzów. Między członkiniami zespołu wytworzyła się podczas koncertu niezwykle pozytywna energia, którą przekazywały dalej. Nić porozumienia między nimi i publicznością z każdym utworem stawała się coraz silniejsza, choć prawie nikt na sali nie znał języka gruzińskiego. Dziewczyny momentami nadużywały gestykulacji i mimiki, aby słuchacze mogli domyśleć się o czym śpiewały. Oddziaływanie pomiędzy stronami było ogromne.

Koncert pokazał bogactwo gruzińskiej kultury, ukazując rozmaite twarze ich tradycyjnej muzyki. Trio przedstawiło coś z pogranicza nowoczesnego folkloru bez wykorzystania nowych technologii. Dziewczyny udowodniły, że folk nie musi być jedynie odgrywaniem kawałków naszych przodków. Za pomocą wielu, niekoniecznie skomplikowanych, rozwiązań można nadać mu świeżość i zupełnie inną jakość, przepełnioną wieloma emocjami a przy tym zachować jego prostotę oraz płynący z niego przekaz.