Archiwum autora: Monika Słupek

Autor Monika Słupek

Studentka biofizyki. Sopran w chórze rozrywkowym, z różnym skutkiem próbuje grać na gitarze. Uwielbia zabiegany tryb życia oraz ciągły rozwój, sport i muzykę pod każdą postacią. Słucha bardzo różnorodnej muzyki z naciskiem na tę mało komercyjną. Noce poświęca na wyszukiwanie ciekawostek muzycznych.

Relacja z koncertu Jakuba Kusiora w prywatnym mieszkaniu

5 lipca w ramach akcji House Gig w jednym z krakowskich mieszkań zagrał Jakub Kusior – młody kompozytor, gitarzysta i wokalista.

Artysta swoją przygodę z muzyką rozpoczął od gitary akustycznej. W czerwcu 2013 roku wydał debiutancką płytę Step by step, na której znalazły się jego autorskie utwory zagrane techniką fingerstyle. Muzyk postanowił jednak do grania dołączyć śpiewanie. W 2016 roku powstał minialbum Far away wydany przez wytwórnię Fonografika. Jego utwory to połączenie popu, folku, bluesa, rocka i indie.

Koncert rozpoczął się spokojnie od utworu Far away, ale jak się okazuje, muzyka Kuby to nie tylko ballady. Wokalista potrafi podczas występu pokazać rockowy pazur. Przez cały czas melodyjne, lekkie momenty przeplatały się z tymi mocniejszymi.

Oprócz autorskich kompozycji, muzyk zaprezentował również cover zespołu Twenty One Pilots Stressed out. Chyba nikt nie spodziewał się usłyszeć rapującego Jakuba Kusiora, więc nasze zaskoczenie było niemałe, ale odbiór jak najbardziej pozytywny. W szczególny sposób przykuła moją uwagę piosenka Nie tłumaczę. Utwór jest tajemniczy i ma swój niepowtarzalny klimat.

Muszę podkreślić, że prezentowana przez młodego artystę muzyka do najweselszych nie należy. Większość utworów została zbudowana na schemacie łagodnej i sentymentalnej piosenki. Zróżnicowana tematyka nie ma dużego wpływu na warstwę muzyczną. Powiedziałabym, że jest w niej pewna powtarzalność, a co za tym idzie przewidywalność. Dobrze skomponowane utwory o podobnym klimacie spowodowały, że występ był spójny.
Kulminacyjne były dla mnie te momenty, w których na pierwszy plan wysuwały się gitarowe riffy. Co prawda nie doczekaliśmy się utworu instrumentalnego, ale w kilku kompozycjach mieliśmy przyjemność podziwiać brawurowe partie solowe.

Nie był to wieczór zdominowany przez efekty wizualne i dźwiękowe. Taki rozmach potrafi przykryć samą muzykę. Utwory, które znamy z płyty, w wersji akustycznej brzmiały ciekawie. To tak, jakby artysta odnalazł w swojej muzyce zupełnie nowe barwy. Sprawiło to, że piosenki, nie tracąc melodyjności, nabrały mocniejszej energii.
Koncert przebiegł w bardzo miłej atmosferze, a kameralne miejsce, jakim było mieszkanie, jeszcze bardziej ten nastrój pogłębiło. Najlepszą oceną występu była reakcja publiczności. Dwa utwory zagrane na bis są z pewnością dowodem na to, że się podobało.

Dołożenie do palety dźwięków słów, okazało się dobrym kierunkiem rozwoju artysty. Obrana formuła twórczości solowej wydaje się idealnie mu odpowiadać. Polecam szczególnie miłośnikom spokojniejszych klimatów z pogranicza popu i folku. Mimo wszystko liczę na to, że dane nam będzie posłuchać jeszcze jego instrumentalnych kompozycji.

Dzień trzeci Festiwalu EtnoKraków/Rozstaje 2017 – Plac Wolnica

Trzeciego dnia Festiwalu EtnoKraków/Rozstaje 2017 publiczność bawiła się na Placu Wolnica. Tym razem na scenie królowały trzy śpiewające kobiety … a pod sceną kapryśna pogoda.

Jako pierwsza wystąpiła Karolina Cicha w towarzystwie Barta Pałygi. Karolina jest rozpoznawana dzięki oryginalnej technice gry na kilku instrumentach jednocześnie. Na scenie udowodniła, że granie na akordeonie, instrumentach perkusyjnych oraz elektronicznych można połączyć i jednocześnie w imponujący sposób panować nad swoim głosem. Jej muzyczny towarzysz wcale nie odstawał. Pałyga zaprezentował tradycyjne instrumenty strunowe m.in. fidel płocką i dutar. Nie zabrakło także śpiewu gardłowego i alikwotowego.
Duet przedstawił harmonijną i ciepłą muzykę inspirowaną tradycją tatarską. Muzycy odegrali szeroką paletę brzmień – od delikatnych melodii po skomplikowane struktury i rytmiczne improwizacje. Warto podkreślić, że utwory niosły ze sobą nie tylko wartość estetyczną, ale przede wszystkim przesłanie płynące z wyśpiewywanych tekstów. Artyści zafascynowali publiczność swoimi głosami oraz niebywale otwartym podejściem do muzyki.

Następnie na scenie pojawiła się Elida Almeida. Artystka pochodząca z Wysp Zielonego Przylądka nie tylko rozgrzała krakowską publiczność, ale również porwała do tańca. Młodość i energia wokalistki przełożyły się na bardzo żywiołowy występ. Poza ujmującym głosem Almeidy, zachwycały także bogate aranżacje kreowane przez muzyków. Podczas tego występu gitary odegrały bardzo dużą rolę, nadając specyficzny charakter niektórym piosenkom.
Dojrzała twórczość i młodzieńczy czar, przeplatanie radości i melancholii – to wszystko złożyło się na barwną muzykę. Choć wokalistka zaprezentowała brzmienia ludowych twórców, muzyka, którą zaproponowała, brzmiała nowocześnie.

Na zakończenie tego wieczoru wystąpiła „pierwsza dama polskiego folkloru”, czyli Joanna Słowińska – pieśniarka i skrzypaczka. Jest jedną z najbardziej wszechstronnych i wyrazistych postaci polskiej sceny muzycznej. Fani etno znają ją z repertuaru inspirowanego polską i słowiańską muzyką tradycyjną.
Oprócz świetnie brzmiącego zespołu, na scenie towarzyszyła artystce fińska wokalistka Outi Pulkkainen. Prezentując Archipelag 2, Słowińska zabrała nas w interesującą podróż przez bogaty świat słowiańskiej muzyki. Dynamiczne aranżacje folkowe zostały podane w sposób niezwykle nowoczesny. Wszystko to łączyło się z wielkimi możliwościami głosowymi, ponieważ na scenie spotkały się dwie niesamowicie charyzmatyczna wokalistki. Ten popis okazał się idealnym ukoronowaniem trzeciego dnia festiwalu.

Foto: materiały prasowe organizatora, © Michał Ramus

Wyniki krakowskiego finału Emergenza Festival 2016/2017

W sobotę 17 czerwca w klubie Zet Pe Te odbył się krakowski koncert finałowy VI sezonu EMERGENZA FESTIVAL 2016/2017.

Głosami publiczności oraz jurorów do finału ogólnopolskiego zakwalifikował się zespół SYNTHETIC BLAST (Alternative Metal) .  Grupa wystąpi na koncercie finałowym w piątek 23 czerwca w warszawskim klubie Proxima.

Wyniki finału VI edycji Kraków Emergenza Polska 2016/17 :

1 miejsce Synthetic Blast (Alternative Metal)

2 miejsce The Trees (Progressive Rock / Blues)

3 miejsce Tie My Tie (Hard Rock / Rock / Heavy Metal)

4 miejsce Dinosaurs Are Dead (Progressive Rock / Blues)

5 miejsce Venture (Rock / RocknRoll)

6 miejsce Thatch (Pirate Metal)

7 miejsce NOVVA (Rock)

Do zobaczenia na kolejnych koncertach!

Finał ogólnopolski odbędzie się 23 i 24 czerwca  w klubie Proxima w Warszawie.

23.06 – wydarzenie

24.06 – wydarzenie

Więcej informacji:

WWW – www.emergenza.net
YouTube
Facebook

Emergenza Festival 2016/2017 – Zet Pe Te

Nadchodzą finały VI edycji EMERGENZA FESTIVAL POLSKA – KRAKÓW.

Zapraszamy do udziału w koncercie finałowym w ramach największego na świecie festiwalu dla młodych zespołów bez kontraktów płytowych. Zespoły walczące ze sobą przez całą edycję VI (2016/17) staną do bitwy muzycznej decydującej o ich przyszłej karierze. Najlepsze z nich, które zwyciężą w finałach krajowych, spotykają się na finale światowym Emergenzy, w Niemczech na Taubertal Open Air Festival (lato 2017) skąd Finalista pojedzie w trasę po całej Europie.

Finaliści edycji polskich :

  • Edycja 1 (2012) nu-metalowe Chico   [ facebook ]
  • Edycja 2 (2013) garage-rockowy Straight Jack Cat [facebook]
  • Edycja 3 (2014) reggae-rock-funkowa ShataQS [facebook]
  • Edycja 4 (2015) folk-rockowa Pora Wiatru [www]
  • Edycja 5 (2016) rockn’rollowy Antiplan [facebook]

Krakowski koncert finałowy odbędzie się w klubie Zet Pe Te 17 czerwca o godzinie 19.00.
ZAGRAJĄ:

  • Dinosaurs Are Dead (Progressive Rock / Blues) [youtube]
  • Killsorrow  (Melodic Death Metal) [facebook]
  • NOVVA (Rock)  [facebook]
  • Synthetic Blast  (Alternative Metal) [facebook]
  • Thatch (Pirate Metal) [facebook]
  • The Trees   (Progressive Rock / Blues) [facebook]
  • Tie My Tie (Hard Rock / Rock / Heavy Metal) [youtube]
  • Venture (Rock / RocknRoll) [youtube]

Więcej informacji:

WWW – www.emergenza.net
YouTube
Facebook

  

źródło informacji:
Materiały prasowe organizatora | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Julia i Nieprzyjemni na Festiwalu Miłosza – relacja z koncertu

Pierwszy dzień Festiwalu Miłosza zakończył się występem grupy Julia i Nieprzyjemni. Zespół pojawił się w Krakowie 8 czerwca, aby zaprezentować materiał z płyty Wojaczek. Koncert poprzedziło spotkanie z Marcinem Świetlickim, Maciejem Meleckim i Konradem Wojtyłą.

Artyści odkryli zapomniane wiersze Rafała Wojaczka i na ich bazie powstał krążek składający się z piętnastu utworów. Za zadanie postawili sobie ukazanie w tych kilkunastu piosenkach jego twórczości od początku do końca. Poezja Wojaczka, zaliczanego do grona poetów wyklętych, jest buntownicza a jednocześnie intymna. Łatwo jest wyobrazić sobie koncert oparty na jego twórczości jako skromne, kameralne wydarzenie. Tymczasem występ okazał się oryginalnym i poruszającym spektaklem.

Koncert rozpoczął się bez zbędnych powitań. I tak już pozostało do samego końca, bo pomiędzy utworami nikt nie zdecydował się przemawiać. Co więcej, publiczność nie biła braw, choć były one zasłużone. Zespół grał nieprzerwanie przechodząc z jednego utworu w kolejny i nie dali nam na to szansy. Ciekawa formuła scenicznego show na pewno nikogo nie rozczarowała. Dzięki temu wszystkie zaprezentowane kompozycje można było potraktować jako jedną ciągłą myśl.

Zestawienie w jednej grupie Julii Kamińskiej oraz Marcina Świetlickiego dało ciekawy kontrast. Ten pierwszy dokładnie zna rzeczywistość przedstawioną w wierszach i jego chrypliwy, głęboki głos to oddawał. Co prawda więcej było w tym wypowiadania, wyszeptywania i wykrzykiwania tekstu niż śpiewania. Dla równowagi, świeży i czysty wokal Julii sugerował, że nie może pamiętać tamtych czasów, ale umiejętności aktorskie pomogły jej w oddaniu charakteru utworów.

Zespół brzmiał bez zarzutu. Jednak momentami muzyka bardziej przykuwała moją uwagę niż śpiew. Instrumenty nie stanowiły w tym przypadku wyłącznie tła. Niejednokrotnie tekst piosenki składał się z kilku zdań zapętlonych i wyśpiewanych kilka razy, a muzyka wybrzmiewała jeszcze przez długi czas. Muzycy mieli dzięki temu wiele okazji do tego, aby dać popis swoich umiejętności i w doskonały sposób to wykorzystali. Dało się wyczuć charakterystyczny styl kompozytora Michała Wandzilaka. Ta konwencja spodobała się publiczności i odnoszę wrażenie, że reszta zespołu doskonale się w niej odnalazła.

Mieliśmy możliwość wysłuchania utworów zróżnicowanych tematycznie i estetycznie. Każdy z nich został przekazany w sposób prawdziwy, szczery i dobitny. Bardzo specyficzne, wręcz aktorskie podejście do muzyki wyciągało z piosenek jeszcze więcej emocji, wytwarzając przy tym pewną aurę tajemniczości, przyprawioną melancholijnym klimatem.
Piosenki zostawiały w pamięci swój ślad, ale złożone teksty Wojaczka są niezbyt łatwe do zapamiętania. Zmuszają jednak do refleksji i podróży po różnych płaszczyznach doświadczania życia.

Całość oceniam bardzo dobrze, zarówno pod względem wizualnym, jak i muzycznym. Na żywo wszystko brzmiało interesująco i przyjemnie, choć było trochę poplątane stylistycznie. Fani muzycznych eksperymentów mogli poczuć się naprawdę spełnieni.

Foto: materiały prasowe organizatora © Kamila Zarembska-Szatan

Festiwal Miłosza – zacznij od swoich ulic!

Język to nasza jedyna maszyna. Nie ma innego sposobu myślenia i poznawania rzeczywistości niż poprzez język – mówił wczoraj na otwarciu Festiwalu Miłosza syn noblisty, Anthony Miłosz. Tegoroczna, szósta już edycja imprezy, upływać będzie pod hasłem „Zaczynając od moich ulic”. Ten tytuł jednego ze zbiorów esejów Miłosza posłużył organizatorom festiwalu: Miastu Kraków, Krakowskiemu Biuru Festiwalowemu oraz Fundacji Miasto Literatury, jako pretekst do przyjrzenia się kondycji współczesnego człowieka. Zaczynamy!

„Żyjemy w czasach narcystycznych, w których często nie ma miejsca na bycie indywidualnym, oryginalnym, czy po prostu na bycie sobą” – mówił na wczorajszej konferencji prasowej dyrektor artystyczny festiwalu, Krzysztof Siwczyk. „W tej edycji festiwalu nawołujemy właśnie do odzyskania intymności i indywidualizmu. A któż może pomóc nam to zrobić, jeśli nie poeci?”

Goście tegorocznej edycji festiwalu przyjechali z trzech kontynentów. Zza oceanu przyleciał Robert Pinsky – nominowany do nagrody Pulitzera tłumacz utworów Miłosza, który na wczorajszej konferencji prasowej odczytał wiersz noblisty „Zaklęcie”. Z Republiki Południowej Afryki przyjechała Antjie Krog – w swojej twórczości głośno sprzeciwiająca się polityce apartheidu. Europę reprezentują zaś: buntownicza Linn Hansen ze Szwecji, Evelyn Schlag – austriacka poetka, która w swojej twórczości podejmuje tematy takie jak nazizm, samobójcze śmierci czy bezdzietność. Na festiwalu pojawią się też sąsiedzi Polski: Niemiec – Joachim Sartorius i Czech – Petr Hruška.

„Poeci ci, mimo swego wybitnego dorobku, nie są znani większości Polaków. Dlatego organizatorzy festiwalu, przy współpracy z pięcioma wydawnictwami, zdecydowali się na przetłumaczenie i wydanie zbiorów ich wierszy. – Mam nadzieję, że te tomiki przyniosą polszczyźnie jakąś nową wartość i indywidualność, o które tak bardzo chcemy w tej edycji festiwalu walczyć” – mówił wczoraj Krzysztof Siwczyk. Okazją do refleksji nad indywidualnością będą też dwie debaty: „Czy możliwe są jeszcze języki intymne?” w której udział wezmą Dorota Kozicka, Zbigniew Libera i Zbigniew Mikołejko oraz „Pojedynczość w epoce narcyzmu” z udziałem Przemysława Czaplińskiego i Romy Sendyki.

Jednak Festiwal Miłosza to nie tylko literatura, ale też muzyka. Na festiwalu swoja premierę będzie miała płyta „Wojaczek” zespołu Julia i Nieprzyjemni. Twórcy projektu – z których najbardziej znani to Julia Kamińska i Marcin Świetlicki – muzycznie zinterpretowali utwory tragicznie zmarłego poety. A to nie wszystkie festiwalowe atrakcje. W programie znalazły się też: warsztaty krytyki literackiej i translatorskie, slamy poetyckie, wydarzenia dla dzieci i premiera spektaklu „Po wygnaniu”, którego scenariusz powstał w oparciu o teksty noblisty. Podsumowując, jak powiedział wczoraj Anthony Miłosz „Festiwal rozpoczęty. Czas brać się do roboty”.

Więcej informacji na temat Festiwalu:

http://miloszfestival.pl/

Źródło informacji: materiały prasowe organizatora

Tribute to Amy Winehouse – relacja z koncertu

23 maja 2017 roku w Filharmonii Krakowskiej odbył się piękny koncert upamiętniający niezwykle charyzmatyczną wokalistkę jaką była Amy Winehouse. Było to pierwsze wydarzenie z cyklu RE: STARS. Tego wieczoru zabrzmiały najlepsze utwory tragicznie zmarłej artystki, której nie trzeba przedstawiać chyba nikomu.

Na scenie pojawiło się pięć niezwykle utalentowanych wokalistek: Ewelina Przybyła, Joanna Azzja Mądry, Sandra Mika, Aicha Słoniec i Małgorzata Chruściel oraz wokalista Wojciech Myrczek. W finale koncertu wystąpiła KAYAH, jedna z najbardziej rozpoznawalnych i docenianych wokalistek na polskiej scenie muzycznej. Zaproszeni do współpracy artyści zaprezentowali 18 utworów Amy, w tym Valerie i Body and Soul. Gospodarzem wieczoru był aktor Tomasz Schimscheiner, który w dość chaotyczny, ale dzięki temu zabawny sposób poprowadził koncert.

Na repertuar złożyły się kompozycje z różnych okresów twórczości artystki. Różnorodność okazała się wielką zaletą koncertu. Kontrastów bowiem nie brakowało. Od subtelnego i delikatnego Love Is A Loosing Game, przez smutne Just Friends, do energicznych i przyjemnych Tears Dry On Their Own oraz Me and Mr. Jones. Melancholię można było dostrzec w utworze Back To Black, który obok świetnego Rehab, stał się popisowym numerem Winehouse. Zatem przejmujące i emocjonalne utwory przeplatały się z pozytywnymi, wręcz tanecznymi melodiami. Wszystko było jednak uporządkowane, zwięzłe i nienudne.

Koncert określiłabym jako spójny, dopracowany i przede wszystkim stuprocentowo szczery, bo taka właśnie była twórczość Amy. W swojej muzyce dzieliła się przeżyciami bardzo osobistymi. Opowiadała o trudach dnia codziennego, niespełnionej miłości, alkoholizmie i narkotykach.

By tom.beetzFlickr: Amy Winehouse, CC BY 2.0, Link

Elementem łączącym Tribute to Amy z samą artystką poza jej piosenkami, była zdecydowanie stylistyka wykonania oraz oryginalna obsada instrumentalna – rozbudowana sekcja dęta, chórek towarzyszący, ale przede wszystkim charyzmatyczne wokalistki. Warto podkreślić, że wszystkie utwory nie brzmiałyby tak dobrze, gdyby nie zespół FOURS Collective i niepowtarzalne aranżacje przygotowane przez ich lidera, pianistę i kompozytora, Michała Salamona. Mieliśmy do czynienia przede wszystkim z dźwiękami soulowymi, podkręconymi nowoczesną produkcją, z domieszką rhythm and blues. Takie połączenie dało ciekawy efekt w postaci muzyki brzmiącej bardzo retro, a jednocześnie świeżo. Aranżacje odwzorowały oryginalność stylu i aurę artystki. Nie była to w żadnym wypadku próba doskonałego kopiowania. Zdolni wokaliści oraz muzycy wykonali utwory w zgodzie ze sobą, zachowując przy tym prawdziwy przekaz kompozycji. Dzięki temu w indywidualny sposób ukazali nam swoje interpretacje jej twórczości.

Organizatorom udało się odtworzyć niezwykły nastrój jaki otaczał piosenkarkę. Bez wątpienia byliśmy świadkami jednej z ciekawszych muzycznych inicjatyw. Koncert okazał się prawdziwą ucztą dla wszystkich, którzy kochają Amy, ale również dla tych, którzy lubią niekonwencjonalne wydarzenia.

Duch zmarłej 6 lat temu artystki zagościł na chwilę w Krakowie i dał do zrozumienia, że jej muzyka jest wciąż żywa i w dalszym ciągu może docierać do ludzi. Wielu utalentowanych muzyków żegna się z tym światem niespodziewanie i często tragicznie. Dzięki utworom, które pozostawiają po sobie, ich cząstka może być ciągle pośród nas.

Trio Mandili – relacja z koncertu

13 maja 2017 roku deski sceny krakowskiego klubu Kwadrat należały do Trio Mandili. Tego dnia grupa przybyła do naszego miasta z koncertem promującym najnowszy album With Love i całkowicie zaskarbiła sobie publiczność obecną podczas ich show.

Trzy młode dziewczyny z Gruzji w 2014 roku nagrały telefonem filmik, na którym podczas spaceru śpiewają piosenkę i w błyskawicznym tempie podbiły świat. Klip z utworem Apareka stał się hitem internetu. Kilka milionów wyświetleń na oficjalnym kanale youtube może nie wydawać się niczym imponującym. Podkreślę jednak, że dziewczyny wykonują gruzińską muzykę ludową a nie popowe hity.

Koncertowy spektakl rozpoczął się od mocnego uderzenia i w takim klimacie został utrzymany do samego końca, choć nie zabrakło spokojnych ballad. Lekkie spowolnienia akcji koncertu okazały się bardzo nastrojowe, ale nie trwały zbyt długo. Nie da się ukryć, że grupa robi na żywo ogromne wrażenie, nieporównanie lepsze od tego, które daje nam wysłuchanie ich muzyki w domowym zaciszu. Pokaz okazał się intrygujący i niebanalny a piosenki bardzo chwytliwe. Na dwugodzinny spektakl złożyło się ponad dwadzieścia utworów, w tym Dililme, Marto Shemovrchi, Tsangala da Gogona. Tak intensywne koncerty zdarzają się nieczęsto. Wszystko odbyło się bez zbędnych kilkuminutowych przemówień pomiędzy piosenkami. Brawa po jednym utworzenie nie zdążyły jeszcze ucichnąć a już wybrzmiewał kolejny, czasami poprzedzony jednym zdaniem wprowadzenia. Ogromnym zaskoczeniem okazał się ostatni utwór, który grupa wykonała po polsku, była to Lipka.

Często na tego typu koncertach wokaliści wykrzykują zamiast wyśpiewać swoje partie. Tym razem stało się zupełnie inaczej, bo ponad prostym, ale rytmicznym podkładem instrumentalnym, na pierwszy plan wysuwał się czysty wokal. Niestety, momentami był on zadecydowanie za głośny, ale taka jest już specyfika, a może nawet urok koncertów folkowych. Muszę przyznać, że rytmika i styl bardzo mi się spodobały. Piękne głosy, niesamowite harmonie, naturalność, bezpretensjonalność i oczywiście talent sprawiły, że nie można było przejść obojętnie wobec tego, co działo się na scenie. A działo się bardzo dużo.

Warto zwrócić uwagę na estetykę całego występu. Zmieniające się stroje, gra świateł, dym, taniec… Te detale są dowodem na to, że grupa przywiązuje ogromną wagę nie tylko do strony muzycznej, ale również technicznej koncertu.

Dziewczyny zdecydowanie osiągnęły zamierzony efekt – skupiły na sobie całą uwagę publiczności, rozruszały i rozgrzały salę a także wywołały żywe emocje i stworzyły przyjemny klimat. Nie jest sztuką wyjść na scenę, popisać się swoimi umiejętnościami i z niej zejść. Liczy się to, aby cała grupa współbrzmiała jak jedność i dzięki temu trafiła do widzów. Między członkiniami zespołu wytworzyła się podczas koncertu niezwykle pozytywna energia, którą przekazywały dalej. Nić porozumienia między nimi i publicznością z każdym utworem stawała się coraz silniejsza, choć prawie nikt na sali nie znał języka gruzińskiego. Dziewczyny momentami nadużywały gestykulacji i mimiki, aby słuchacze mogli domyśleć się o czym śpiewały. Oddziaływanie pomiędzy stronami było ogromne.

Koncert pokazał bogactwo gruzińskiej kultury, ukazując rozmaite twarze ich tradycyjnej muzyki. Trio przedstawiło coś z pogranicza nowoczesnego folkloru bez wykorzystania nowych technologii. Dziewczyny udowodniły, że folk nie musi być jedynie odgrywaniem kawałków naszych przodków. Za pomocą wielu, niekoniecznie skomplikowanych, rozwiązań można nadać mu świeżość i zupełnie inną jakość, przepełnioną wieloma emocjami a przy tym zachować jego prostotę oraz płynący z niego przekaz.

Relacja z Koncertu Kameralnego we Floriance

Duet fletu i klawesynu oczarował słuchaczy kolejnego koncertu kameralnego, który odbył się 5 maja w Auli Florianka. Tego wieczoru dla licznie zgromadzonej publiczności zagrali Wiesław Suruło i Andrzej Zawisza. Tym razem rozbrzmiewała muzyka barkowa opisana nazwiskiem Bach.

Johann Sebastian Bach był nie tylko wybitnym kompozytorem, ale również ojcem dwadzieściorga dzieci. Piątkowe wydarzenie nie tylko przypomniało nam walory płynące z jego muzyki, ale również, a może przede wszystkim, wydobyło z cienia znakomite kompozycje jednego z jego synów, Carla Philippa Emanuela Bacha.

Na scenie pojawił się Wiesław Suruło i zaraz po powitalnych brawach ucichł gwar, wytworzyła się podniosła atmosfera, a przestrzeń zaczęła wypełniać piękna muzyka. Koncert został dobrze przemyślany. Na początku rozległ się subtelny dźwięk fletu, który wprowadził wszystkich w odpowiedni klimat. My słuchacze poddaliśmy się temu nastrojowi. Mieliśmy okazję wysłuchać Sonatę na flet solo a-moll. Dopiero w kolejnym utworze, czyli uroczej i pełnej słodyczy Sonacie g-moll na flet i klawesyn, do muzyka dołączył drugi instrumentalista.

Dalsza część koncertu składała się z utworów Johanna Sebastiana Bacha. V Suita francuska G-dur wydała mi się najpiękniejszą kompozycją tego wieczoru, a w szczególności jej część sarabande. Całość okazała się niezwykłym popisem umiejętności Andrzeja Zawiszy. Na zakończenie wybrzmiała Sonata h-moll. Wspaniałe dzieło, w którym w sposób nieoczywisty przenikają się dialogujące ze sobą klawesyn i flet.

Pozytywny odbiór koncertu przez zgromadzonych na sali melomanów został wyrażony gromkimi brawami, które zmusiły muzyków do powrotu na scenę i zagrania bisów.

Przedstawienie tak odległych historycznie od nas utworów dało widzom do zrozumienia, że kiedy słuchamy muzyki, istnieje tylko „tu” i „teraz”, jakbyśmy znaleźli się poza czasem i przestrzenią. To wspaniałe, że po raz kolejny mogliśmy doświadczyć tego uczucia za sprawą koncertu organizowanego przez Katedrę Muzyki Dawnej Akademii Muzycznej.

Fair Weather Friends – relacja z koncertu

FWF - fot Filip Blank

Zespół Fair Weather Friends 29 kwietnia wrócił do Krakowa z materiałem z nowej EP-ki Hello Sunday, która miała swoją premierę we wrześniu ubiegłego roku. Mówi się o nich, że są jednym z ciekawszych zespołów polskiej sceny muzycznej. Mają o tym świadczyć występy na największych festiwalach oraz grono fanów w całym kraju.

Chłopaki zawładnęli sceną krakowskiego klubu Alchemia od pierwszych sekund. Pozytywnie zaskoczyło mnie rockowe zacięcie z jakim podano nam muzykę elektroniczną. Co prawda bliżej im do alternatywy niż popu, ale moje zdziwienie było niemałe.

Podczas koncertu nie zabrakło dobrze znanych utworów takich jak Fortune Player, czy Fake Love. Ich autorskie brzmienia to połączenie współczesnej elektroniki, klimatu lat ‘70 i ‘80, elektropopowych melodii oraz punkowej energii. Do tego można jeszcze dorzucić elementy skandynawskiej melancholii i otrzymujemy ciekawą mieszankę, a mimo tego wszystkiego udaje im się zachować spójną całość.

Elektroniczne granie jest ostatnio bardzo modne, ale dość monotonne. Potrzeba zatem czegoś, co wyróżni grupę spośród innych. W tym przypadku jest to z pewnością żywa sekcja rytmiczna. Zapewnia ona należytą dynamikę występu. Oprócz niesamowitej żywiołowości członków zespołu, nie trudno zauważyć ich wszechstronność muzyczną. Grali właściwie na wszystkim, co było potrzebne w danym momencie do tego, aby muzyka wybrzmiała w jak najlepszy sposób. Przez intrygujący i nieco przytłumiony głos wokalisty przebijała się ciekawa energia, którą potęgowały chórki i duży pogłos. Charyzmatyczny Michał Maślak przekonał do siebie chyba każdego.

Zespół wrócił z nowymi utworami zapowiadającymi ich drugi pełnoprawny album i wydaje mi się, że odbiór był pozytywny. Publika nie kryła tego, że dobrze się bawi. Po reakcjach osób w moim najbliższym otoczeniu mogę śmiało stwierdzić, że grupa ujęła ich swoim graniem. O to właśnie chodzi w koncertach. Wspaniale obserwuje się pasję innych, która wywołuje uśmiech na twarzach odbiorców. Muzycy się nie oszczędzali i mogliśmy zaobserwować, że granie sprawiało im ogromną przyjemność.

Szczerze przyznam, że nie jestem fanką elektronicznych brzmień, ale tego wieczoru zostały podane w sprytny i wysmakowany sposób, a to sprawiło, że odbiór był jak najbardziej pozytywny.