Archiwum autora: Karolina Momot

Autor Karolina Momot

Karolina Momot – choreograf, tancerka, pedagog tańca. Absolwentka Choreografii i Technik Tańca Akademii Muzycznej w Łodzi oraz gliwickiego studium baletowego i wydziału rytmiki średniej szkoły muzycznej. Doświadczenie sceniczne zdobywała w teatrze tańca i teatrach muzycznych; zrealizowała też kilka własnych projektów choreograficznych („…znajdź mnie wśród nich…”, „Anatomia ciszy”, „Tango”). Interesuje się malarstwem, kinem, łyżwiarstwem figurowym; lubi koncerty, sportową jazdę samochodem, grywa w scrabble i na fortepianie.

Panopticum, czyli menażeria spraw istotnych

Przyjechali. Roziskrzeni, rozmigotani, w nastroju rozbujanej niezwykłości. W niedzielę w Willi Decjusza wystąpił gościnnie zakopiański Teatr Witkacego. Kto się oblepiającą park ze wszech stron mgłą (vel smogiem) nie przejął – tego czekała dwugodzinna niemal teatralna uczta w na wpół ulotnej atmosferze początku wieku, który teraz nazywamy już ubiegłym.

Spektakl tytuł ma: „Panopticum” i tak, ma coś wspólnego z Tuwimem. A nawet: wiele ma wspólnego z Tuwimem. Oto i połączenie tekstów rozmaitych, wielobarwne imaginarium różności – fraszki, liryzmy, aforyzmy, śmiesznostki. Niepodrabialny styl naszej narodowej poetyckiej znakomitości, wpleciony w wielowątkowe widowisko, z menażerią osobowości i osobliwości, spraw poważnych i niepoważnych zupełnie, przeplecionych jedne z drugimi z najzupełniejszą swobodą. Zabawnie, to znów sentymentalnie, a wszystko w balansach dobrze skrojonych uczuć uzupełnianych jedno drugim.

Jak na Teatr Witkacego przystało – tu się, proszę państwa, nie zasiada sztywno, by z nabożeństwem kontemplować sztukę. Zespół ma w zwyczaju wciągać publiczność w swoje poczynania. Więc już od wejścia: wszędzie ich pełno. Kameralny zestaw osobowości biega pośród holu, przysiada na schodach, spaceruje wolnym krokiem po korytarzach. Rozdają uśmiechy, przypatrują się z rozmysłem, przemykają wśród przybyłych; obiecujące anturaże, walizki, kapelusze. Do tego wszystkiego w tle zaczyna pogrywać stylowy, klezmerski trochę, band. Wesoły korowód prowadzi gości do zaimprowizowanej teatralnej sali (ciekawie ograne wnętrze Willi, gdzie wszystko okazało się jak najbardziej do spektaklu przydatne). I do dzieła. Tu się z widzem tańczy, pośród rzędów się biega, omotuje się widza czerwoną włóczką i mierzwi się widzowi włosy. Częstuje się też widza (choć w antraktach) serem i słonecznikiem, interesujące zestawienie, czyż nie? Spektakl toczy się wartko, raz przejmujący, hipnotyczny, to znów skrzący się ironią i dowcipem. Z życzliwą swadą wymusza się na publiczności pełną angażację. Tu patrzymy, na mnie, nakazuje się z uśmiechem, lecz stanowczo, nie dość uważnemu konsumentowi teatralnej sztuki. Bo widz ma, proszę was, być obecny całym swym jestestwem, współgrać aktywnie, w teksty się wczuwać: wyznanie miłości przyjąć, skargą się wzruszyć, w dialog wdać się, bon mot obśmiać do rozpuku. Artyści z rutynową wręcz wprawą rozsnuwają swoje wielobarwne imaginarium, namacalni i bliscy, przejęci swoimi sprawami, które, małe i wielkie, nabierają smaku niepospolitości.

W Witkacym lubią brać na warsztat teksty, które same są jakością same w sobie. Rozpisane z wprawą i swadą, każdorazowo nabierają kolorytu, trafiają w punkt, a to – podbija jeszcze ich moc. Tak i tym razem – pełnokrwista całość, z odpowiednio zrównoważonymi punktami ciężkości, przesileniami i uspokojeniami, gdzie wszystko jest celowe i ma swoje miejsce, bez zbędności, za to z pełnym wyczucia sznytem. Jest i magicznie i namacalnie, a to przecież niemal antynomia.

Teksty znane i osłuchane tyle razy, ale też te znane mniej. Wszystko, choć złożone w kontrasty, brzmi przy tym spójnie. W nastroju świata, którego może już nie ma. A może wciąż jest, rozgrywa się na nowo we współczesnych dekoracjach, bo choć postaci z lekka niedzisiejsze – sprawy, które je zajmują, absolutnie teraźniejsze zdają się być przecież.

A komu mało, niech jedzie do Zakopanego.

„Panopticum”
według tekstów Juliana Tuwima
Teatr Witkacego w Zakopanem gościnnie w Willi Decjusza
26 października 2014


Sacrum Profanum Kronos Quartet, Laurie Anderson

Łaźnia Nowa. Ani zaparkować, ani znaleźć się pośród remontów Placu Centralnego. A jak już człowiek idzie ciemnymi uliczkami, zapatrzony w obiekty posocjalistycznej architektury, nie wiadomo, kogo napotka w tej wieloznacznej okolicy. Potem ci wszyscy wygłodniali odbiorcy Nowej Kultury, tłumnie upozowani przed teatrem. Ścisk, szum, całe to ekskluzywne zamieszanie. Niemniej wybrałam się. Trwa Sacrum Profanum. Czegóż się nie robi dla sztuki.

A koncert czwartkowy wart był tego wszystkiego. W trzecim dniu cyklu Kronos Quartet Residency muzycy z San Francisco wystąpili wraz z performerką Laurie Anderson. Nieco ponad sześćdziesiąt minut kolażu instrumentów i elektroniki, preparacji, arytmii, fraz jakby z zamierzenia pourywanych, gdzieś poza kontekstem, w lunatycznym nastroju. Multimedialny dialog uzupełniony projekcjami i melorecytacjami, a w tym wszystkim wciąż gdzieś kwartet, znajomy i w nowych odsłonach, to niepokojący, to melancholijny. Rozproszone frazy zespołu przeplecione z głosem artystki, ślizgające się w rwanej polifonii.

Laurie Anderson to niezależna artystka z kręgu współczesnej awangardy amerykańskiej, informuje słuchacza organizator. Istotnie, awangardy było trochę, bez szaleństw jednak, alternatywa to raczej ta już wpisana w kanon. Projekcje, gra świateł, elektronika, preparacje. Dudniące, choć stonowanie, sample. Syntetyczność, nowoczesność. Całość jednak podbija, i to zdecydowanie, powtarzam – kwartet.

Muzycy z San Francisco w takich nastrojach odnajdują się wybornie: równowagę między klasycznym brzmieniem a awangardą opanowali do perfekcji. Wspomnieć filmowe ścieżki dźwiękowe z muzyką Clinta Mansella czy współpracę z innymi kompozytorami z nurtu jak najbardziej alternatywnego. Kolaż w „Landfall” to dialog równoważny, bez przesileń, gdzie kwartet płynnie wtapia się w elektroniczny pogłos, podbija wyrazistość mocnych rytmów, rozgrywa rzecz całą, dodając jej eklektycznego kolorytu.

A przy tym wszystkim: jakże nie zachwycać się nimi tak po prostu. Jakością dźwięku, wyrazowością, prowadzeniem frazy. Tym niepodrabialnym rozedrganiem. Zupełnie nie sposób.

I dlatego wybornie, że przyjeżdżają nieustannie, że Kraków mają na swojej koncertowej mapie, że można namacalnie usłyszeć ten ton znany i charakterystyczny. Że jest okazja zobaczyć, jak siedzą naprzeciw siebie, skoncentrowani, brzmiący z bliska, obok, zajęci swoją muzyką. I sobie dać zająć się tejże, w ciemnych kulisach teatru gdzieś na końcu niemal miasta.

Sacrum Profanum – w strumieniu świadomości

Podejmując wątek przenikania się świata muzyki klasycznej i popularnej, Sacrum Profanum musiało stać się kiedyś miejscem występu Laurie Anderson. I nastąpiło to 18 września 2014 roku – w ramach tegorocznej rezydencji na festiwalu zespołu Kronos Quartet.

Fot. Michał Ramus
Fot. Michał Ramus

Tak się bowiem złożyło, że nestorka amerykańskiej awangardy (przekraczającej wszelkie granice, bo i elektronicznej, i akustycznej) napisała dwa lata temu dla formacji Davida Harringtona kompozycję Landfall. Nie sposób nie było więc przy okazji trzydniowej obecności Kronos Quartet w Krakowie nie zaprosić Anderson do wspólnego wykonania tegoż utworu. Wizyta nowojorskiej gwiazdy zelektryzowała publiczność – i podczas wczorajszego koncertu w Teatrze Łaźnia Nowa sala niemalże pękała w szwach.

Ale warto było się poświęcić, bo obejrzeliśmy zachwycający spektakl o multimedialnym rozmachu. Muzycy Kronos Quartet prowadzili z Laurie Anderson niezwykły dialog. Melodyjne dźwięki ich smyczków poruszały emocje – wnosząc ze sobą głębokie uczucia, od tęsknoty po smutek. Z kolei elektroniczne preparacje amerykańskiej artystki – odwoływały się bardziej do intelektu. W ten sposób klasyczna gra zespołu Harringtona spotykała się z ambientowymi wyziewami i rytmami techno, samplami jazzowych bębnów i radiowymi głosami, falami noise’u i poetyckimi recytacjami.

Wszystko to układało się w poddaną rwanej narracji opowieść o ataku huraganu Sandy na Nowy Jork. Anderson, stosując burroughsowską technikę cut-up, mieszała senne wizje, zapiski z podróży, wspomnienia z dzieciństwa, raporty o ginących gatunkach, tworząc pozornie chaotyczny kolaż myśli i idei, oddający przypadkowość naszego życia i fragmentaryczność postrzegania świata. Artystka posługiwała się swoim głosem (często poddając go komputerowym przetworzeniom), grała na elektrycznych skrzypcach, a fragmenty jej poezji pojawiały się wyświetlone na ekranie zawieszonym za plecami muzyków. „Język jest wirusem” – zdawała się powtarzać za swym dawnym mentorem, wspomnianym już Williamem S. Burroughsem, bo słowa i zdania powoli rozpadały się, były uzupełniane graficznymi symbolami, a ich sensy ulegały postępującej dezintegracji.

Wbrew pozorom nie było to trudne w odbiorze widowisko. Przeciwnie – charakterystyczny głos Anderson, stonowana elektronika, melodyjna gra kwartetu, wszystko to układało się w płynącą spokojnym i łagodnym strumieniem psychodeliczną całość. W połączeniu z niekonwencjonalnym przekazem, widowisko robiło wielkie wrażenie – co oczywiście docenili krakowscy widzowie, zgotowując wykonawcom gorącą owację na stojąco.

źródło informacji:
Materiały prasowe Organizatora. | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Sacrum Profanum – eklektyczna uczta muzyczna!

Elektryzujący. Jako taki zapowiedzieli organizatorzy tegoroczny Sacrum Profanum. Krótko i do rzeczy, ale czyż trzeba więcej? Programowy mariaż tradycji i awangardy mówi sam za siebie. Od niedzieli w Krakowie dwunasta edycja Festiwalu, gdzie klasyka staje się awangardą, a awangarda z klasyki czerpie. Siedem dni eklektycznej muzycznej uczty. Szanującemu się muzykofilowi przegapić nie uchodzi.

Znaki rozpoznawcze: znaczna amplituda muzycznych tematów, bogaty program, szeroka rozpiętość form i stylów. W postindustrialnych przestrzeniach Łaźni Nowej i Muzeum Inżynierii Miejskiej, w nocnej atmosferze Nowej Huty, w posocjalistycznym Hotelu Forum, rozgrywa się wysmakowane widowisko. Nazwiska, jak zwykle, głośne: Phillip Glass, Kronos Quartet, Steve Reich, Skalpel, Mira Calix i cala reszta, zapowiedziana i poruszająca wyobraźnię wyczekujących koneserów. Festiwal niezmiennie przyciąga ogromną publiczność i przedstawia jej artystów, których twórczość oscyluje między klasyką a awangardą, akustyką, a elektroniką, gdzieś wpół drogi między nowym i postnowym.

W tegorocznej odsłonie przewidziano trzy cykle koncertowe: Modern! Now z elektroniką przeplecioną z głosem orkiestry, syntezą najróżniejszych współczesnych gatunków potraktowanych jako punkt wyjścia do nowych brzmieniowych poszukiwań; Classic! Now – tu dużo fortepianu, kompozycje Steva Reicha, Phillip Glass w interpretacjach młodych wykonawców (krakowski akcent – Etiudy zagrał w poniedziałek Piotr Orzechowski); wreszcie to, na co wielu wyczekuje szczególnie: Kronos Quartet Residency. Zespół w Krakowie jest już po raz kolejny, niezmiennie niezrównany ze swoimi interpretacjami muzyki rozpiętej między klasyką i alternatywą; w tym roku w ich repertuarze Glass, Riley, Reich; usłyszymy też kompozycje Clinta Mansella i wyimki z głośnej ścieżki dźwiękowej do „Requiem dla snu” – cała rzecz zapewne intrygująco wpisze się w surrealną atmosferę późnonocnej Łaźni Nowej.

Czy to jeszcze koncerty, czy już performance? Festiwal balansuje na granicy sztuk. Wciąż w nowych odsłonach, zestawia największe ikony muzyki współczesnej z gwiazdami elektronicznej alternatywy, szuka sposobu na eklektyzm, zestawia światy pozornie różne dla efektu intrygującego novum. Sacrum Profanum podszyte jest emocją, z nowoczesnym sznytem interpretacji, dźwięku nierozłącznego z wrażeniem. Kilkudniowa synteza twórczości naszych czasów, przemieszana w sposób, który pozwala poczuć jej niejednorodność.
To już półmetek, trwa sensualno – muzyczna uczta w intrygującym anturażu. Proszę wsiadać w samochody, tramwaje, taksówki i nie bacząc na miejskie odległości, porę, trudy nabywania biletów czy inne niedogodności – koniecznie tam być.

Muzyka w Starym Krakowie – Koncert Inauguracyjny

mwsk-2013Dobrze się słucha Chopina granego z wyważoną pewnością i pełną przekonania mocą. W piątek Festiwal Muzyka w Starym Krakowie zainaugurował Grigorij Sokołow. Rosjanin w Krakowie gościł już nieraz, grywał też na warszawskim Festiwalu Chopin i Jego Europa, był we Wrocławiu, był w Łańcucie. Nieźle muszę znać Polskę jego fani – a tych jest niemało, jeżdżą ponoć wiernie za pianistą po świecie. Chociaż on sam publiczności zdaje się jakoś nie zauważać. Każe na siebie czekać, do fortepianu się skrada, na estradę wchodzi zajęty swoimi myślami, kłania się ukradkiem. Całym scenicznym wizjonerstwem niespecjalnie zawraca sobie głowę. Za to od pierwszego dźwięku magnetyzuje emocją. Gra w półmroku, tak lubi. Uchodzi za nieśmiałego ekscentryka. Krytycy mówią, że dziwny, mrukliwy, że nosi się niemodnie i niezrównany jest w Beethovenie. Podobno zna się na samolotach, kosmosie i Nostradamusie, a swoje interpretacje przygotowuje z pieczołowitą drobiazgowością. Na nagraniach: Bach, Schumann, Skriabin, Rachmaninow. Klasycznie, z wyczuciem, pewnie.

Na chopinowski program na Zwierzynieckiej złożyły się Sonata h-moll oraz zestaw mazurków. Zagrane z temperamentem, choć zupełnie nieśpiesznie. Sokołow tempa zwykł traktować mocno umownie; zwykle gra wolniej, niż jest przyjęte, co zresztą interpretacjom w żadnym razie nie ujmuje intensywności. Wręcz jej przydaje: Sokołow brzmi zdecydowanie, z wyczuciem stopniuje ekspresję, dynamizm przeplata z nienachlanym liryzmem. Darowuje sobie zamierzone na efekt błyskotliwości na rzecz pełnej przekonania jasności muzycznej wizji. Wszystko w jego grze ma swoje miejsce i swój czas. Spokojnie i z absolutną pewnością wytrawnie oscyluje między nastrojami, klarowny do cna. Sokołow to klasyk w całym nasyceniu. Jeden z tych pianistów, których słucha się komfortowo, bez poczucia nadmiaru, bez zbędności. Wyrazisty akcent na festiwalowe introduce.

Grigorij Sokołow, fortepian
Filharmonia Krakowska, 15 sierpnia 2014

Lato melomana

sunA więc lato. Gdy miasto rozedrgane gorącem, gdy upał przeplatany burzami, gdy żar leje się z nieba na za ciasne chodniki i rozpalone ulice, a sezon koncertowy zawieszony – uciekaj! Lato to dla melomana czas poszukiwań doznań nieoczywistych, wobec czego za cel postaw sobie tychże odnalezienie. Porzuć bez żalu miejskie uciechy, daruj sobie kawiarniany repertuar zgranych bandów, zapomnij o dusznych salach, gdzie znużone wokalistki na urlopie powtarzają w usypiającym nastroju zeszłoroczny repertuar – porzuć wszystko i odnajdź ożywczą esencję muzycznych wakacji. Nową jakość. Ekscytujące, rześkie novum. Powrót do korzeni.

Zacznijże jednak od nieoczywistości czających się w bezliku atrakcji na miejscu. Jeśli masz wyczucie trendu – z pewnością letni sezon zainaugurowałeś koncertem dętego kwintetu, filmowo – wampirowych szlagierów, albo – to dopiero jest rzecz! – przebojowym disco polo symfonicznie. Toż to wyborna kontaminacja, sztuka wysublimowana i postwiejska nasza ludowość. Bo, jak powiadają znawcy (a tym trzeba wierzyć), disco polo to nic innego, jak najlepsze, co w kulturze mamy, wprost spod strzech.

Załóżmy jednak, że nie chcesz miasta, że nie chcesz wydumanych atrakcji, że wybujałość nowych mód stała się przesytem, dość masz wysmakowanych uniesień hipsterskiej moderny, słowem – że cała muzyczna miejska moda miałka ci się zdaje w letnim skwarze i gna cię teraz do klarowności naturalnego stylu życia. W takim razie artystycznych podniet poszukiwać musisz gdzie indziej. Mianowicie: na prowincji.

A tych okazuje się być niemało.

Im dalej bowiem od zgiełku, tym więcej tego właśnie: prostolinijnych radości. Nieociosanej i przaśnej rodzimej kultury. Autentycznie nieskrępowanej muzycznej myśli. Bez zadęcia i bez nadmiaru. Zwyczajnie. Ożywczo. Muzyki z serca i z trzewi samych rozśpiewanego narodu.

Pora więc przekonać się, ile uciechy przynieść może koncert chóru KGW (zapiekłym mieszczuchom wyjaśnienie: idzie o Koło Gospodyń Wiejskich), jak radośnie muzykuje się podczas Dni Gminy, Święta Miodu, Karpia, Lasu, Dziesięciolecia Powiatu, Konkursu o Trąbę Wójta (autentycznie zasłyszane!). Proszę pozwolić sobie dostrzec nieokiełznany entuzjazm w soliście bezpretensjonalnego wieczoru „Akordeonowe Klimaty”. Albo jakże pięknie być może, gdy rozbujana kapela wycina szybkiego walca skrzyżowanego w sposób najzupełniej swobodny z kujawiakiem, a wokalistka z emfazą przypomina melodie z kiedyś. Warto zostać fanem lokalnego oddziału OSP (skrót proszę rozszyfrować w biuletynie sołtysa); organizują wyborne festyny. Choćby i trzeba było zainwestować (ze dwa złote, zależnie od gminy), przełożenie doznanie – finanse jest tu nieprzeliczalne. Proziak (któż dziś wie, co to proziak?) w cenie biletu.

Wersja de luxe: posłuchać (bliżej nieznanego, ale co tam) lokalnego pianisty w starannie przygotowywanym na tę okazję repertuarze. W programie najświeższe interpretacje filmowe, opera dla niewtajemniczonych, hity przeplecione skromnymi improwizacyjkami. Ile żaru jest w takim muzyku koncertującym w zapomnianym wśród lasów dworku, niezmanierowanym rutyną wielkich sal, wyrosłego, można by powiedzieć, w zupełnej, lecz przecież ożywczej głuszy. Ile niewymuszonej swady! (Choćby palce i nie na tych klawiszach). On czekał rok cały na swoją publiczność, ćwiczył pracowicie mazurki i arie, gdy przaśna zima spowijała peryferie, ćwiczył na starym swym Bechsteinie, by zalśnić w słonecznych miesiącach rozbuchanym rozkwitem. Wszystko dla was, wyczekanych letników, tak. Drżyjcie z uniesieniem i kontemplujcie sztukę pośród niebywałych okoliczności przyrody.

A gdy się potem wróci, z przesytem wrażeń, można do woli wspominać te smaki nieosiągalne w wielkomiejskim przepychu. Z rozmiłowaniem prawdziwego konesera, przepojonym uniesieniami, obracać w pamięci. Nim kawiarnie zaczną nęcić jesiennym menu, telewizja rozpocznie nowy sezon seriali i talent showów, a parne miasto znieruchomiałe stygnie po lecie, pozostaje czekać. I ostrzyć sobie zęby na przyszłoroczne lato.

Nowa Warszawa, czyli o Warszawie w Krakowie

DSC_8011

Że też to musi być udane. Ponarzekało by się na artystyczną indolencję. Lepiej by było pisać. Przytyki jakieś. Przygany. Krytyczne impertynencje. Naprawdę. Miast się zachwycać – można by twórczo dogryzać, wymyślne epitety na temat wygłaszać z zapałem, niedoskonałości w sztuce ironicznie i do cna wytykać. Nieprzychylnie wyrażać się. Od razu byłoby bardziej ekskluzywnie, a i o fantazji osoby piszącej takie krytyczne inwektywy lepiej świadczą. Jednakowoż w tym przypadku – inwektyw nie będzie. Niestety. To jest dobre. Będę monotonna, drętwa i zupełnie na tak. No nie ma się czego czepiać. Nie ma okazji do zaprezentowania arsenału ponurych epitetów wymyślanych po nocy. Porzucimy też i lokalny patriotyzm i powiemy, co myślimy o Nowej Warszawie.

Projekt jest zestawieniem piosenek różnych pod wspólnym mianownikiem: stolica. Tu niby czepiać się można: czemu Warszawa, czemu nie Białystok, Bydgoszcz, czemu nie Kraków już właściwie? Jednak szacowna nasza stolica. Znane i znane mniej, powojenne i zupełnie współczesne, piosenki i piosneczki o tejże wziął na warsztat pianista Bartek Wąsik i bardzo udatnie rozpisał na solistkę, fortepian i kwartet smyczkowy. Rzecz jest zrobiona starannie, z polotem i rozmysłem. W roli kwartetu wyrazisty Royal String Quartet, w roli wokalistki ekspresyjna Stanisława Celińska. Ciekawy mariaż. Interesujące aranżacje: tu powolne, rozliryzowane parlando, tu staroświecka melodyjka, tu diaboliczny walczyk. Całość raczej stonowana, choć z nowoczesnymi naleciałościami. Trudno mieć zastrzeżenia. Muzycy w kontrapunktach z wokalistką. Która zresztą, jak się to modnie teraz mówi, kradnie całe show.

Stanisława Celińska. Pewna, mocna, z jej niskim, chropawym głosem i aktorskim sznytem, który nadaje ton całości. Konsekwentna, spójna interpretacja, zadziorna żarliwość przeplatana gęstym liryzmem. Celińska jest konkretna, z temperamentem i emocjami umiejętnie trzymanymi jakby na granicy, balansującymi jedna na skraju drugiej, w kontrolowanym rozedrganiu. Wykonawcza charyzma bierze się z braku popisów, jakie miałyby pewnie miejsce, gdyby za rzecz wzięła się dyplomowana wokalistka, pieśniarka czy inna piosenkarka. Celińska śpiewa wprost, koncentrując uwagę na tekście, punktując muzyczne wrażenia. Zabawna i poważna, ostra, delikatna, wciąż brzmi autentycznie, z dojrzałym rozmysłem, spokojnie, choć w zupełności przekonująco.

Zespół jest zgrany, muzycy zdają się doskonale wyczuwać wzajemne intencje i przejmować nastroje i wrażenia. Przy tym wszystkim udało się zgrabnie połączyć staranną formę i przemyślane rozwiązania wykonawcze z artystycznym wykończeniem całości; jest więc dokładnie, pewnie, równo, zarazem też przejmująco i z ekspresją. Dokładnie wybrzmiewa każdy dźwięk, każda cezura, najmniejszy szept, trącenie strun. Kwartet w balansach między ostrą zadzierżystością a stonowaną nastrojowością, pianista ze swadą prowadzący kolejne wątki i tematy. Porozumienie między muzykami przydaje interpretacjom jednolitości.

Jeśliby już się do czegoś koniecznie przyczepić: przy przesłuchiwaniu całego materiału zdaje się być trochę monotonnie, nieco zbyt jednorodnie kolorystycznie; każdy utwór rozegrany na podobnym schemacie. Długie instrumentalne introdukcje, powolne dążenie do kulminacji, to zabiegi zupełnie niezłe, zastosowane jednak w większości utworów tracą na sile i miast podbijać dynamizm opracowań, trochę go rozmywają. Utwory są długie. Wszystkie. I możliwe, że jednak chwilami za długie. To jednak kwestia de gustibus; rzecz można uznać za zamierzone ujednolicenie. A ten projekt to przede wszystkim brzmienia osobiste, nieśpieszne, nastrojowo skoncentrowane. Trochę jednak, mimo wszystko, kontrastów brakuje.

Niemniej: posłuchać Nowej Warszawy poleca się. Czy też zobaczyć w ujęciu filmowym Bartka Konopki z piękną, ascetyczną scenografią i świetnymi zdjęciami. W tej wersji zabrakło wzruszającego „Deszczu” Szpilmana (w tonacji, inaczej niż zwykle, molowej); jest za to cała reszta. Pod świetlnym ekranem w studiu i pod wieczornym warszawskim niebem płyną jedno za drugim słowa i wrażenia, emocje i przypomnienia, w Warszawie starej i nowej.

(A że sobie na nieudałą sztukę nie ponarzekałam, to już trudno Może niebawem ktoś zrealizuje jakieś byle co).


Nowa Warszawa
aranżacje: Bartek Wąsik
wykonanie:
Stanisława Celińska (wokal), Bartek Wąsik (fortepian), Royal String Quartet
scenariusz i reżyseria filmu: Bartek Konopka

Film „Nowa Warszawa” prezentowany był na Krakowskim Festiwalu Filmowym 2014

Pasje i przełamania. Uwe Scholz, Great Mass

Rzecz jest piękna. Niebywały spektakl światła, muzyki i ruchu. Przepojony emocją i temperamentem. Złożony z zaskakująco współbrzmiących zaskoczeń. Balet Uwe Scholza Great Mass. Do nieśpiesznego obejrzenia w nastroju niedopełnionej wczesnej wiosny.

Scholz, zmarły przed kilkoma laty niemiecki choreograf, często brał na warsztat wielkie dzieła muzyki klasycznej; był więc Bach, Rachmaninow, Bruckner. Rzeczy nierzadko pozornie „niebaletowe”, pozbawione tematów, które przekładałyby się łatwo na język tańca. To samo można by powiedzieć i tu. Msza z baletem. Sacrum w pointach. A jednak. Taniec i muzyka okazują się zaskakująco spójne.

ballet_dancer_Wielka Msza. Tytuł z Mozarta; jego muzyka wypełnia większą część spektaklu. Ekstrawagancja choreografa: uporządkowana klasyka przełamana niepokojącymi współczesnymi brzmieniami – to Arvo Part, ale też nieco mniej znany węgierski kompozytor Gyorgy Kurtag. Cały spektakl to zresztą swoista seria przełamań: artystyczna fuzja nowego ze starym, klasyczny balet z dwudziestowiecznym tanecznym sznytem, bogactwo muzyczne z surowością pustej sceny. Proste kostiumy, geometryczne rysunki, oszczędne operowanie światłem, za scenografię wzięte tylko nieozdobione ściany i gra kolorów. Ruch: precyzyjnie przemyślany, wybiegający poza klasyczne ramy, ale i klarowny, czysty, bez zbędności; na próżno czekać karkołomnych ewolucji czy widowiskowych piruetów. Tancerze skoncentrowani, spójni, niezwykle emocjonalni i wyraziści. Świetna ciągłość zamysłu choreograficznego: poszczególne części współgrają ze sobą, kolejne motywy przechodzą jeden w drugi i znajdują odzwierciedlenie w jednolitym koncepcie ruchu, powtarzanych gestach, nawiązaniach i wariacjach.

Jak połączyć muzykę chóralną z zespołem baletowym? Majstersztykiem jest Kyrie: podzielone grupy tancerzy wyrażają poszczególne partie z drobiazgową dokładnością w najmniejszym ruchu i geometrycznych ustawieniach. Znać tu wprawną rękę wyczulonego na muzykę choreografa, dokładną analizę partytury, świetne wyczucie zależności między głosami. Równocześnie nadal mamy klarowność i precyzję, wszystko zdaje się być na swoim miejscu, przejrzyste, bez niedosytów ani bez nadmiaru. Żadnych zbędności. Skomplikowane figury ustępują prostym liniom i starannie prowadzonym gestom. Pełne temperamentu fragmenty corps de ballet równoważą kameralne partie, gdy na scenie jest tylko kilkoro tancerzy. Za całe wrażenie wystarcza momentami ruch ręki, prosty krok.

Szczególnie poruszający fragment: tancerze idą jeden za drugim w skrzyżowanych liniach światła, zapatrzeni gdzieś przed siebie. Najprostszy rysunek, powtarzalność zwykłego kroku, wszystko rozegrane w muzyczno – ruchowej dyscyplinie. Piękny mariaż wytrawnej jakości z najzupełniejszą prostotą. Całość – niebywale wyrazista.

Bezpretensjonalność konceptu pozwoliła położyć akcenty na taniec i ruch jako taki; nic tu widza nie rozprasza, nie odciąga uwagi. Nie ma rozproszeń, są za to poczucie harmonii, porządku, proste rozwiązania przestrzenne i jednolita myśl choreograficzna. I to właśnie stanowi o sile wyrazu tego spektaklu. Świetne wykonanie zespołu Baletu Lipskiego – wyborne połączenie kunsztu i emocjonalności – to już tylko wisienka na torcie. Jest jakość, klasa, smak. Muzyka, rzecz jasna, przepiękna. Współgranie, wyrazistość, emocja – składają się na spektakl wart zapamiętania.

Balet neoklasyczny ma się doskonale.


 
Spektakl obejrzeć można na płycie dvd (niełatwo dostępnej, ale warto), we fragmentach w internecie i w powtarzanych co jakiś czas cyklach tanecznych w TVP Kultura i na europejskim kanale Mezzo.

Ravel i Gershwin w Filharmonii Krakowskiej

Koncert dla młodzieży. Dzień największego utargu filharmonijnej kawiarenki. Bo jak nie zjeść batonika, coli jak nie wypić, jak to powrócić do zapobiegliwej matki nie wydawszy tej szeleszczącej dziesiątki, w którą rodzicielka wyposażyła swą latorośl z okazji dnia obcowania z kulturą wysoką. No nie uchodzi. Przed trzecim dzwonkiem, a i w przerwie obowiązkowo, dopełnić należy obyczaju: kieszonkowe spieniężyć, w korytarzu pochichotać, na programie podpisy pana muzyka i tej pani od pałeczki uzyskać.

Jednak do rzeczy.

Gdy już nas pouczono, że między częściami koncertu klaskać nie należy (a poparto to wywodem długim i przekonującym) i gdy młodzi melomani, ponaglani przez czarno odziane nauczycielki ustalili, kto koło kogo siedzi – zabrzmiały jazzowe rytmy. Rozpoczęto i zakończono Gershwinem, pomiędzy – Koncert Fortepianowy G – dur Ravela. Gershwin był lekki i pogodny; może wrodzonej rozbujanej salsowej werwy i południowej zamaszystości muzykom z chłodnej Europy Środkowej brak, niemniej Uwerturę Kubańską i Amerykanina w Paryżu zagrano raźno i śpiewnie. Postukotały odkurzone na tę okazję instrumenty perkusyjne, wykazać się nareszcie miała okazję sekcja dęta. Urozmaicenie: ekran z rzutnikiem informującym, czegoż teraz słuchamy, a nawet wyświetlającym zbliżenia grających (jeszcze lepiej by było, gdyby równo z muzyką). Przy Amerykaninie pokazano nawet co ciekawsze fragmenty musicalu.

Ravel z elektryzującą żywiołowością w skrajnych częściach i pięknym środkowym Adagio assai przeszedł trochę zbyt szybko i zbyt równo. Ten koncert to kontrasty: przepełnione energią części poboczne z motywami jazzowymi zestawione z surowym liryzmem i prostotą części drugiej, nieodmiennie wzruszającej od pierwszych taktów długiego solo pianisty, po końcowe przeprowadzanie melodii rozegranej między fletem, obojem i klarnetem. Kontrastów jednak trochę brakło, podczas gdy to one właśnie eksponują liryzm melodyjnego Adagio z krystalicznym brzmieniem fortepianu popartego miękkimi tonami orkiestry. Wykonanie idealne: gdy zespół i solista zestrojeni są absolutnie, frazy płynnie przechodzą jedna w drugą, a całość brzmi spójnie, nieprzerwanie, jest jednym głosem, jednym organizmem w kolejnych nierozłącznych motywach i tematach. Niespokojne wykonanie, rozejścia orkiestry z pianistą, niedokładności – to zawsze wybija z równego, trójdzielnego adagiowego rytmu, burzy pięknie stopniowany nastrój .

Wszystkie punkty programu prowadziła energiczna pani dyrygent: pewna, konkretna, oszczędna w gestach, z przemyślaną wizją interpretacji – udatne połączenie. No i w całości dyrygowała z pamięci.

Gdy klaskać już było można, artyści zostali należycie uhonorowani. Pani dyrygent nie zapomniała zaprezentować żadnej sekcji, młodzi melomani mogli więc oklaskiwać muzyków do woli; pełna celebra. Następnie ukulturalniona młodzież pobiegła na górę. Może bufet jeszcze czynny.

  • 6 marca 2014, Filharmonia Krakowska, Musica Ars Amanda – Gershwin, Ravel