Archiwum autora: Karolina Momot

Autor Karolina Momot

Karolina Momot – choreograf, tancerka, pedagog tańca. Absolwentka Choreografii i Technik Tańca Akademii Muzycznej w Łodzi oraz gliwickiego studium baletowego i wydziału rytmiki średniej szkoły muzycznej. Doświadczenie sceniczne zdobywała w teatrze tańca i teatrach muzycznych; zrealizowała też kilka własnych projektów choreograficznych („…znajdź mnie wśród nich…”, „Anatomia ciszy”, „Tango”). Interesuje się malarstwem, kinem, łyżwiarstwem figurowym; lubi koncerty, sportową jazdę samochodem, grywa w scrabble i na fortepianie.

Letnika kulturowe wojaże

Jasne. Powiedzenie, że upał, to w samym środku sierpnia rzecz odkrywcza tak mniej więcej, jak zeszłotygodniowy news z tego żółtego paska stacji informacyjnej. Niemniej – mamy upał. A niemożebny gorąc w kontekście kultury równa się: marazm. Oto w letniej spiekocie zachodzi zjawisko posuchy. W rozpalonym powietrzu sierpnia zastygają artyści, wakacyjnym znużeniem ogarnięte instytucje kultury ograniczają do rozrywkowego minimum ambitną walkę o widza,sztuka wysoka idzie w odstawkę, a gustom schlebia się łatwizną, która konesera jednak nie zadawala. Co tu robić? Niby zalec można w ciszy własnego mieszkania, gdzie jedyną atrakcją staje się mielący gorące powietrze wiatrak. Ale czy to abonentowi sztuki uchodzi? Ale też widz, trzeba to przyznać, o tej porze roku przedkłada cieniste zakątki kawiarnianych ogródków, względnie mało może dostojne, lecz podnoszące morale uciechy miejskich fontann, nad kontestację przedsięwzięć artystycznych. Znużeni odbiorcy kultury biernie poddają się letniemu otępieniu i z minami godnymi lunatyków zalegają w półśnie na kanapach.

SunI wtedy najlepiej pojechać na Wschód. Rekomendujemy dzisiaj Czytelnikom naszym Podkarpacie. Tam wprawdzie chłodniej nie jest, ba – zwykle upały w tych stronach bywają najniemożliwsze (jak i zimy odpowiednio srogie) – utrudnienia te jednak zrekompensują okoliczności. A jeśli komuś atrakcje Wchodu Kultury do gustu nie przypadną, zawsze może przenieść uwagę na faunę i florę tego niemal już bieszczadzkiego zakątka.

Na początek więc Rzeszów. Ostatnie miasto wojewódzkie przed granicą. Z Krakowa autostradą dojeżdżamy, zależnie od preferowanego środka transportu, nawet w półtorej godziny. Miasto wyłania się nieoczekiwanie spośród pustawych przestrzeni pól i od razu wita swoim leniwym zgiełkiem za dnia, bądź – rozjarza światłami kolejnych galerii, jeśli przybywamy po zmroku. Proszę zwrócić uwagę: na razie nie mamy na myśli galerii sztuki, lecz galerie handlowe, a tych jest w Rzeszowie niemało. Zaryzykujemy nawet stwierdzenie, że na mieszkańca przypada tu więcej jednostek sklepowych, niż w innych miastach. Można byłoby porzucić w tym miejscu ambicje kulturalne na rzecz konsumpcyjnych; wytrwały konsument sztuki jednak tak łatwo jednak zbyć się nie da. Proszę więc Rzeszów pozwiedzać, tak z zacięciem socjologiczno – kulturowym. Do obejrzenia jest fontanna multimedialna (gra, wyświetla obrazy i pluszcze do rytmu), tęczowe mosty (intrygujące kolorystycznie, podświetlone z fantazją) i odnowione centrum (wszystko blisko, żadnych natrętnych i absorbujących turystów rozbijających się po ulicach i tworzących zbędny zgiełk) oraz muzea broni, historii, dobranocek, czy co kto woli. Metodyczne zwiedzanie powinno przekonać, że Rzeszów tańcem stoi. Jeśli wypatrzycie gdzieś plakat zespołu Resovia Saltans – idźcie w ciemno. Usłyszycie ludowe przyśpiewki w doskonałym wykonaniu oraz tańce polskie wykonane z ikrą i jak należy. I wreszcie dowiecie się, co to krzesany.

Załóżmy jednak, że dość macie miasta, nawet jeśli jest to miasto Wschodu Kultury, i że chcecie dzikich ostępów i jakiejś ludowizny. Proszę bardzo. Kierujecie się na Przemyśl. Po drodze nabywacie jeszcze w lokalnym sklepiku proziaka w cenie złoty czterdzieści dziewięć. Postój urządzacie w ludwisarni, bo naocznie się przekonać, jak przebiega produkcja dzwonów.Tak właśnie. Drugi postój to karczma Pod Semaforem. Tam zjadacie kolejną porcję proziaków, wprost z blachy i oglądacie elementy zabytkowego wąskotorowego taboru. Możecie przy tym przeprowadzić dysputę filozoficzną na temat rozwoju kolei i Pendolino z tzw. lokalsami. Jeszcze wcześniej i zupełnie nie po drodze zatrzymujecie się w ruinach zamku Odrzykoń. To tu ulokowano słynny literacki spór o mur. Dzisiaj muru już niewiele, za to widok na Krosno ukoi nadwyrężone miejskim żywotem nerwy. Nieopodal są Prządki. Proszę przejść się i posłuchać, kto, kogo i dlaczego pozaklinał w kamienie. A jeśli kogo bujdy nie interesują, niechaj wciąga głęboko w płuca wilgotne powietrze okolicznego mikroklimatu.

Miało nie być miast, ale Przemyśl jest tak nieduży, tak uroczy i ma tak pięknie pochyły rynek, że nie sposób go ominąć. Robicie więc postój i sprawdzacie, gdzie tu można nabyć proziaki. Zwiedzacie też te małe uliczki, które zakręcają pod niespodziewanymi kątami. I zachwycacie się architekturą. O ile w Rzeszowie były galerie – tu są kościoły. Wspaniałe. Teraz kolejne wrażenia estetyczne: zaglądacie do pałacu w Krasiczynie, względnie – spacerujecie po bolestraszyckim Arboretum i próbujecie rozeznać się, co to bergenia a co róża damasceńska. Tu prozaików raczej nie dają. Są za to urocze sadzawki, trawki, krzaczki i inne cuda.

Następny przystanek jest bardzo modny i nazywa się Sanok, a odwiedzacie go dlatego, że tu mieszkał Beksiński. Na wzgórzu jest jego muzeum. Wypada pójść. Gdy już się napatrzycie na surrealne osobistości, na te ponadwyrężane skrzydła i rozchwiane budowle pod kłębiastym niebem, obejdźcie jeszcze poboczne uliczki wokół rynku. W sklepach znajdzieciesporo lokalnych osobliwości, kupcie sobie coś, może przebijecie te wszystkie pozwożone z Egiptów i innych Bułgarii kamyki i świecidełka. Proziaki też powinni mieć. Mają również skansen, płytką rzekę i lodowisko, czynne cały rok. Czego chcieć więcej?

Na koniec trochę luksusu, ale żeby go zaznać, musicie przedrzeć się przez ciągnące się kilometrami lasy. No chyba, że dysponujecie akurat wolnym śmigłowcem, bo w samym Arłamowie można wyładować z pełną pompą. Internowanie już nikomu nie grozi (a dawniej to właśnie stanowiło główny powód, dla którego przybywano do tego miejsca); można za to zjeść dobry obiad, posłuchać jazzu, pooglądać wypchanego żbika i zaznać wszelkich hotelowych uciech. Jeśli na powrót wybierzecie jednak pojazd kołowy, spróbujcie znaleźć wieś Łodzianka. Są tam trzy (słownie: trzy) domostwa i w jednym z nich sprzedaje się doskonały miód. Najprawdziwszy, jakiego w żadnym eko sklepie nie znajdziecie.

Wracając, zatrzymajcie się raz jeszcze w Rzeszowie. Przejdźcie się wzdłuż Wisłoka, przyjrzyjcie rozplotkowanym mieszczanom, zajrzyjcie do staromodnego kina Zorza, zachwyćcie się, że wszędzie blisko i że nie ma dylematu: Rynek czy Kazimierz, bo wszystko jest w jednym miejscu. Filharmonia jeszcze przed sezonem, ale zaznajomić się z programem zawsze warto.

Tylko uważajcie na rowerzystów. Jeżdżą z iście wschodnią fantazją, a nic gorszego, niż w samym środku lata dać się przejechać beemiksowi.

55. Krakowski Festiwal Filmowy

55. Krakowski Festiwal Filmowy

Szanowni nasi melomani. Z pewnością jako obywatele zainteresowani sztuką jako taką, śledzicie, co w mieście się odbywa i wydarzenia nie tylko stricte muzyczne przyciągają Waszą uwagę. Równo przed tygodniem zakończył się 55. Krakowski Festiwal Filmowy z całym  jego rozmachem – najpierw rozgłosił się wielojęzycznymi tego roku plakatami, później – zaanektował najpopularniejsze kina w mieście, by przez siedem dni zaprezentować niebywałą ilość filmowych obrazów w anturażu rozlicznych atrakcji dodatkowych. Byliście?

Filmów bezlik. Katalog festiwalowy to opasłe dzieło, samo zapoznanie się z programem wymagało przeznaczenia na to zadanie pewnej ilości czasu (zdecydowanie można tu mieć na myśli więcej niż trochę). Samych konkursów Festiwal ma kilka (krótki metraż, dokument, konkurs polski, DocFilm Music), do tego sekcje tematyczne (dwanaście, proszę państwa). Wybór mógł więc być niełatwy – bo czy śledzić starannie wybrany konkurs, prowadzić sumienne notatki, typować najlepszych, rozważać proporcje warsztatu i artyzmu w proponowanych dziełach – czy lepiej wybiórczo próbować tematów różnych, znaleźć wspólne mianowniki tegoroczne, względnie stwierdzić rozległość jakościową kolejnych dzieł i mianowników takowych brak? Metodologia decyzji, co obejrzeć, wymagała pewnego rozeznania w bieżących filmowych sprawach. No chyba, że celem miał być film sam w sobie, w myśl zasady, że sztukę odnaleźć można wszędzie. Wtedy wystarczyło po prostu wstąpić do najbliższego przybytku dziesiątej muzy, pora dnia mogła być, w zasadzie, dowolna. W czasie festiwalu zawsze coś gdzieś się gra. Widzowi niezdecydowanemu pozostawało rzucać monetą.

Postepoka. W tym kinematograficznym przesycie trzeba było znaleźć swoje ścieżki i motywy, by w wielości propozycji znaleźć pozycje dla siebie interesujące. I chociaż mnogość produkcji prezentowanych na Festiwalu jest doprawdy więcej niż znaczna, dopatrzyć się można cech wspólnych i tematów, które obecne są w każdym. Państwo najdoskonalej wiecie, jakie są teraz tematy modne, społecznie zaangażowane i wdzięcznie dające się wykorzystać. Przy tym też powtarzane na wszystkie możliwe sposoby. Kinomani przez tydzień prowadzili dysputy, po trosze nierozstrzygalne: co ważkie, co niekoniecznie, kto wspiął się na wyżyny sztuki, gdzie mamy novum, a co wtórne i czy w czasach, gdy wszystko już było, a buntować niekoniecznie jest się przeciw czemu, wtórność nie może stanowic zalety? To ostatnie zdaje się, wbrew pozorom, być sprawą całkiem istotną. Bo w nieustannym nadmiarze nowego, gdy jeden po drugim powstają filmowe obrazy, trudniej się zachwycić. Wszystkiego pełno, wszystko nowe, chociaż wszystko już było. W szumie prześcigających się newsów nie tak łatwo, by coś utkwiło w człowieku na dłużej.

Powygrywali. Więc skoro Festiwal znaczny, to i jurorów zaangażować należało odpowiednio. Państwo przyznający wyróżnienia niewątpliwie nie mieli łatwo (ale czyż nagradzanie czegokolwiek z materii sztuk może być proste i niesubiektywne?). Przyznawano, byśmy nie wątpili, gdzie rzecz się rozgrywa: Złote Hejnały, Lajkoniki, Rogi i Smoki. Sporo wyróżnień przypadło Karolinie Bielawskiej, reżyserce i scenarzystce, za film „Mów mi Marianna” (najlepszy film dokumentalny, nagroda publiczności), oraz Aleksndrze Maciuszek („Casa Blanca” – Złoty Lajkonik, Srebrny Róg); inni wyróżnieni polscy twórcy to Aleksandra Zwiefka – „Królowa ciszy” czy Grzegorz Jaroszuk i „Jak gdyby nic”. Wśród laureatów konkursu międzynarodowego znaleźli się Amerykanka Elisabeth Lo („Hotel 22”) czy Mijael Bustos Gutierres z Chile („Opowieść o miłości, szaleństwie i śmierci”), a w sekcji muzycznej uhonorowano Bretta Morgena i film „Curt Cobain: Montage of Heck”. Jury studenckie swoją nagrodą wyróżniło rosyjski obraz o tytule, który jest może i truizmem, lecz brzmi intrygująco: „Nie możemy żyć bez kosmosu”. Nagrodzeni kłaniali się nisko i odbierali statuetki wygłaszając
swoje na wpół zaskoczone i lakoniczne „Dziękuję wszystkim”; nieobecni z powodów tak rozmaitych, jak zrozumiałych (wśród najciekawszych – narodziny dziecka) pozdrawiali publiczność, jak na filmowców przystało – w krótkich nagraniach o proweniencji najróżniejszej. Flesze. Kwiaty. Oklaskiwano do woli.

Komu mało. W razie niedostatków jakichkolwiek – dla widowni żądnej atrakcji, blichtru, rozrywek – opcji bez liku. Można więc było szlakiem festiwalowych knajp przewędrować pół Krakowa, nad szklaneczką czegoś deliberować o sztuce filmowej, w atmosferze dusznej miejskiej nocy kontemplować, co urzekło bądź – wyrzekać, gdy jest się widzem artystycznie nieusatysfakcjonowanym.

Można było na cały dzień przepaść w nowomodnej Industry Zone i, z przerwami li na kawę (organizator rekomenduje, że wyborną) oddać się nadrabianiu zaległości – wszystkie bowiem filmy konkursowe były tu przez sześć dni dostępne do samodzielnego zapoznania się. To też opcja dla tych, którym, jednak, mimo tempa Festiwalu i nowomodnej pogodni za nowszym, coś szczególnie przypadło do serca: obejrzeć ulubiony film tyle razy, ile sobie człowiek zażyczy, jak się to mawia, w kółko.

Do obejrzenia była też wystawa towarzysząca, do lektury liczne publikacje i festiwalowy periodyk, zaznajomić się wobec tego było można i należało.

I jeszcze zrobić zdjęcie na ściance trzeba było sobie koniecznie. Na kim nie poznali się państwo fotoreporterzy, na tego czekał usłużny automat, który za cenę kilku minut wystudiowanego pozowania oferował każdemu, kto chętny, zestaw wysublimowanych zdjęć w stylu amerykańskiej budki. Nie sposób pominąć.

Kilka konstatacji przy okazji Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna.

Mamy wiosnę, a z nią jeden za drugim – muzyczne festiwale. Dziś o tym, który specjalizuje się w kameralistyce i w piątek zainaugurował swój dziewięciodniowy program. Początek był to nie byle jaki – wystąpił Kwartet Śląski. Zespół, który w Krakowie gości stosunkowo często, co zupełnie nie zmienia faktu, że każdorazowo wart jest usłyszenia.
W ramach antytezy musimy przyznać, że autorka tekstu przeoczyła, niestety, ów koncert; rekomenduje jednak Czytelnikom Festiwal jako taki i dalsze jego wydarzenia. Nie omieszkamy wspomnieć o sobotnim recitalu fortepianowym. A żeby rzecz była klarowna i przejrzysta, spróbujemy się wypowiedzieć w porządku systematycznym. Festiwal dopiero się rozpoczyna, zachęcamy więc do zaznajomienia się. Wobec czego, jak następuje:

1. Interesujący anturaż. Bo: wokół Kazimierz. Rozwibrowany, rozkrzyczany nieomal, z turystami nieprzerwanie krążącymi od knajpy do knajpy, rozpychającymi się po krzywych uliczkach rowerzystami, którym rozsądny obywatel winien uskakiwać spod kół, a i to nie gwarantuje nie obitego w ramach uciesznej soboty łokcia; Kazimierz, ze snującymi się pod ścianami kamienic tubylcami o oczach przepadzistych i melancholijnych; Kazimierz, z nieokrzesanymi jegomościami, tzw. elementu, proweniencji nieznanej; Kazimierz wreszcie ze zgiełkiem Placu Nowego, z brzęczeniem sztućców przy chwiejących się kawiarnianych stolikach, gdzie popatrują na siebie bywalcy i goście przygodni, wszyscy jak magnesem przyciągnięci nastrojem miejsca. I pośród tego najukładniejsi państwo melomani, elegancja, ukłony i krawaty, i fortepian o barwie donośnej i mocnej w niedużej salce, i Schumann i Rachmaninow. Mendelssohna akurat tego dnia – nie wiedzieć, w zasadzie, czemu – nie było.

2. Imć Pianista. W sobotni wieczór wystąpił Pan Marcin Koziak. Pianista bardzo młody. Uśmiechnięty. Drobniutki. Z ostatniego z czterech rzędów niemal nie było go widać zza fortepianu, choć jest już, zdaje się, człowiekiem pełnoletnim. Pochodzi z Krakowa, tu się kształcił i stąd wyjeżdżał na – liczne – konkursy i festiwale, jak oni wszyscy teraz, współcześni młodzi muzycy wysyłani w świat natychmiast, gdy skończą etap sonatin i etiud Czernego. Na program w Centrum Kultury Żydowskiej złożył się repertuar rozpięty między Schumannem a Rachmaninowem, można więc w uproszczeniu powiedzieć – do szpiku romantyczny. Tu w znaczeniu: rzewny i sentymentalny bardziej, niż porywający czy rozemocjonowany. Pan Koziak zdaje się przedkładać dokładność i wierność klasycznemu ułożeniu nad żarliwe porywy interpretacyjne. Stąd może rozmach nieco na pół gwizdka i liryzm ciut zdawkowy. Słodkawo, szczególnie w Schumannie. Program wykonany przemyślanie, ze staranną biegłością, to niewątpliwie, z niedostatkiem jednak owego nerwu, który wykonawstwu temu dodałoby blasku. W „Scenach dziecięcych” ułożony, w Chopinie najpoprawniej klasyczny, w Liszcie – jak należy pełnym dźwiękiem, co pokazało możliwości fortepianu, który do takiego przejmującego maestoso zdawał się pasować najbardziej. W niewielkiej sali niezupełnie można było zapewne poznać się na tym instrumencie o mocnej, ostrej barwie i donośnym, ładnym brzmieniu. Ale to już drobiazgi. Podsumowując, przyznać należy, że publiczność wydawała się być niezmiernie zadowolona z koncertu.

3. Niezupełnie entuzjastyczna dygresja a propos. Przy okazji nasunęło się, a właściwie po raz wtóry przyszło na myśl – gdzie temperament współczesnych młodych pianistów? Gdzie fantazja, gdzie zadziorność, gdzie niezgoda na powielane schematy i owa artystyczna buńczuczność, która dowodzi niestrudzonego poszukiwania własnej muzycznej drogi? Słucha się ich kolejno, coraz ich więcej, biegłych, technicznie celujących; wykształceni świetnie, ze sceną obeznani od lat najmłodszych, wygrywający w podstawówce Chopina i pozostałe hity. Nagradzani za idealne czytanie tekstu i absolutną poprawność, doskonale realizujący zadane konwencje. Ich sylwetki zacierają się, przychodzi taki, siada, bez większego roztkliwiania: pasaż, oktawy, kadencja i coraz mniej odróżniają się od kolejny od poprzedniego, indywidualny rys jest najprawdziwszą rzadkością. Swady brak, inwencji brak. Zadaniowi są do cna. I perfekcyjnie nijacy. Oni nie widzą potrzeby wymykania się schematom, przed szereg się nie rwą, błyskotliwość opierają na technicznej brawurze i sprawdzonym zagraniach. Zachodzi podejrzenie, że wszystkie ramy zostały już zburzone do szczętu i nie ma się przeciw czemu buntować. Zadowalają się więc doskonałym wykonawstwem, które powinno być przecież oczywistością, będącą wszakoż jedynie punktem wyjścia.
To tak na marginesie.

4. Centrum Kultury Żydowskiej. Drugie „przy okazji” jest takie, że autorka zapytuje – czy Państwo byli w kawiarence przy Meiselsa? Polecamy zajrzeć. Szczególnie, jeśli ktoś się lubuje w staroświeckim wystroju i poszukuje wytchnienia od kazimierzowskiego zgiełku przy herbatce i lekturze. Któryś z przepastnych foteli tam właśnie zdaje się być jak najbardziej do takich celów odpowiedni. Mają też bardzo piękne lampy. Dawniej kawiarenka miała też widokowy ogródek na dachu. Jeżeli istnieje on do tej pory, polecamy tym bardziej.

5. Co dalej. Dni Muzyki Feliksa Mendelssohna trwają od 8 do 16 maja, a w programie przewidziano jeszcze kilka koncertów kameralnych oraz recital organowy w kościele oo. Dominikanów, a także obiecująco egzotyczny występ urugwajskiego gitarzysty Alvaro Cordoby.

Szczegółowy program i informacje na stronie organizatora – Fundacji Judaica:

[separator type=”top”][/separator]

O discopolizacji, bufonadzie i śpiewającym busiarzu

Szanowni Czytelnicy, światli Melomani. Dziś zabierzemy się za sprawę ważką i, pomyślicie zapewne, nieco kontrowersyjną. Przez ojczyznę naszą przetacza się ostatnimi czasy tyleż demokratyczna, co zażarta debata o disco polo. Tak właśnie! Od telewizji śniadaniowych po dzienniki i prasę kolorową, kto żyw, z zapałem oddaje się rozważaniom na co i po co, oraz co właściwie o tym wszystkim godzi się światowemu człowiekowi sądzić. Dyskusja emocji budzi niemało. Wszak dotąd – zupełnie nie uchodziło. Podawanie się za entuzjastę discopolowych rozrywek mogło doszczętnie zszargać wypracowaną opinię poważnego konsumenta sztuki. Na rodzime przyśpiewki rodem z remizy reagować należało: wyniosłym wzruszeniem ramion; krytycznym chichotem; pogardliwym wywracaniem oczami; przede wszystkim zaś trzeba było kategorycznie wyrzec się jakichkolwiek konotacji z tym absolutnie niepoważnym muzycznym gatunkiem. Najlepiej, żeby rozsądny obywatel niegodną tą twórczością gardził stanowczo. Oto jednak przewrotność sztuk i gustów. Disco polo wchodzi szturmem spod strzech na, jak się to mówi, salony.

disco-ballPrzyczyną oczywiście sztuka wysoka. Bo o disco polo nakręcono film! Darujemy tu sobie recenzję: jak Polska długa i szeroka, grają go na okrągło, od bez mała pół miesiąca. Jeśli już państwo koniecznie chcecie, proszę iść i sobie pooglądać. Może lepiej niż ja pojmiecie wysmakowany rodzaj dowcipu absurdalnego tego dzieła. Film jest reklamowany jako wysokiej próby produkt artystyczny: możliwe więc, że rozumienie artyzmu przez kreślącą się tu autorkę jest mocno nie na czasie, bowiem sztuki wysokiej (mimo jak najbardziej pozytywnego nastawienia do podmiotu tytułowego) się nie doszukała. Zawsze jednak można sobie podczas seansu trochę pośpiewać. Mimochodem chciałabym zauważyć, że film oglądałam w dniu premiery, w piątek, w porze jak najbardziej rekreacyjnej i na terenach zwanych przez niektórych Polską B, o czym wspominam, bo owe okolice stanowią ponoć kolebkę disco polo. No i na sali było góra dwudziestu widzów. Kłam zadali discopolizacji Wschodu, jak nic. Najprawdopodobniej zlekceważyli sztukę rodzimą i z płonącymi policzkami oglądali za ścianą ten modny film o rozbuchanych relacjach damsko – męskich. No chyba, że byli w remizie na koncercie; jak tak, zwracam honor.

Wróćmy jednak do naszej narodowej dyskusji. Rozchodzi się o kwestii parę: najprzód – skąd u rodaków rozmiłowanie w tym tu, jakby tu powiedzieć delikatnie, szemranym muzycznym gatunku? Komu te przeboje skradły serca bezpowrotnie i dlaczego ci, którym serc nie skradły, taki bezdusznie je wykpiwają? Wypada się przyznawać do discopolowej atencji? I wreszcie: chłam to, czy osobliwy, lecz jednak, rodzaj sztuki? Ostatnie zagadnienie urasta do poziomu zagadki niemalże filozoficznej. Lud prosty i tak zwane uczone głowy z upodobaniem oddają się rozważaniu tego wysoce kontrowersyjnego dylematu.

A to wszystko nie takie znowu oczywiste. I wcale nie takie proste. Żeby tworzyć disco polo trzeba mieć, proszę państwa, pewne nieodzowne talenty. Myślicie, że tak znowu łatwo się pisze discopolowy bestseller? Tu trzeba fantazji, bezkompromisowości, otwartego umysłu. Umiejętności łączenia prostoty (przekaz, jak to się mówi, prosto z mostu) z absolutną klarownością myśli twórczej. Należy być przystępnym. Tu się nie śpiewa o niczym. Tematem naczelnym oczywiście przypadki miłości. Przyszła, odeszła, złamała serce, ducha i bieg zdarzeń. Ona ciągle tam czeka, jej serce tęsknotą ocieka (zasłyszane). Analizy literackiej nie śmiem podejmować. Bo czy wszystko nieustannie musi być wzniosłe i patetyczne? Disco polo za nic ma patos i bufonadę, a niezawiła jego egzaltacja opiera się na najprostszych instynktach, które przecież każdemu nieobce. Tego słuchają miliony. Nie to, co jakieś mętne uniesienia bez ładu, nad którymi roztkliwiać się będą li ekscentryczne jednostki. Tu się przemawia do tłumów. I tłumy podśpiewują potem hity discopolowego artysty, nawet jeśli część po kryjomu, to z zaangażowaniem. A potem chodzą na koncerty, wklepują teksty w wyszukiwarki, śpiewają z artystą, domagają się autografów i lojalnie ekscytują każdym newsem. Dalej: wnikliwy bilans strony muzycznej przynosi radosne wnioski. Jest śpiewnie. Gładka, zwrotkowo – refrenowa, budowa okresowa. Dominanty przykładnie rozwiązują się w kadencjach doskonałych. Przewidywalne cezury. Rytm z tych chwytliwych. Czego jeszcze chcieć?

Piszę o tym z pewną ironią, bo rzecz urasta w dysputach do jakiejś zupełnej cudaczności, pokracznego wytworu, z którym nie wiadomo, co robić – i trochę razi mnie owa wytrawna drwina, z którą o disco polo się mówi. My się absolutnie nie nabijamy, a w tle pobrzmiewa nerwowy chichot, patrzcie, oto nawet z disco polo możemy wydobyć, co najlepsze. Proszę mnie niewłaściwie nie zrozumieć, ale niech disco polo zostanie sobie disco polo i odpuśćmy z odżegnywaniem się od tego, co w pewnych kręgach niegodne. Toż to przecież z ludu. Ale miewamy jakąś wewnętrzną kontrę wobec tego, co jarmarczne, nie życzymy sobie żadnych konotacji z prowincją, a tu przecież wieś i zapadły zaścianek w najczystszej postaci. Odstręcza nas kicz w czystej postaci; choć kicz ubrany w dekoracje sztuki wysokiej jesteśmy gotowi uznać za exclusive, jeśli tylko odpowiednio doniośle się nas o tym zapewni. Przy okazji proszę, z ręką na sercu, zanalizować ów obecny mainstream. Naprawdę taki on ambitny i tak niebywale wzniosłe uczucia wzbudza? Dajcie państwo spokój. Wszystko być musi i miejsce swoje też mieć musi. Tak po prostu. Oooo.

Znam takiego jednego pana busiarza. Na ostatnim, wieczornym kursie powrotnym do swojej wioski wyłącza wszechobecne przez cały dzień radio i funduje sobie i nielicznym już wówczas pasażerom składankę disco polo. Do tego śpiewa. Z pełną angażacją. Co to się wtedy odbywa. Bus toczy się prowincjonalną uśpioną drogą, światełka odtwarzacza migoczą czarownie, podróżni podskakują na wybojach i przy tym zgodnie kołyszą się na swoich fotelach. Aksamitny głos wokalisty i może mniej dźwięczny, acz pełen największego zaangażowania głos pana busiarza tworzą symultaniczny, pogodny duet. Z pewnością wart tej przejażdżki.
No i tak to. A zresztą, kto wie, co go kiedyś porwie, Bach czy Weekend? Słuchacie ukradkiem któregoś hitu? To już wpadliście. Kino się zdiscopolizowało, na mieście szlagiery gra się w wersji symfonicznej, po bilety kolejka. A czy państwo wiedzieli, że samozwańczy król gatunku dobrodusznie hoduje gołębie rasowe?

… proszę koniecznie wybrać się do NOSPRu!

nospr-foto_coverTo miejsce już Państwu polecałam, wypada więc poprzeć własne słowa, bo rekomendacja była tym razem nie post factum, jako opis obserwacji empirycznych, lecz z góry, z nadrzędnego przekonania i przeczucia, że polecać będzie właściwie. W zasadzie słuszna była owa antycypacja, jednakowoż, aby wszystko było klarowne i jasne, powiadam z przekonaniem i zachęcam szanownych Czytelników: proszę koniecznie wybrać się do NOSPRu.

Katowice to miasto niepiękne, lecz z interesujące i z temperamentem. Industrialno postnowoczesne, chropawe i rozrosłe. Nie tak dekadenckie, jak Bytom i nie tak posępne, jak Łódź, choć w stylu nieco do nich podobne. Podobno tu się myśli megaskalą. Plątanina dróg, przestrzeń, śmiały dynamizm miasta wpisanego między hałdy i szyby. I jest to miasto w najszczerszym znaczeniu tego słowa. Wszystko świeci, migocze, pnie się w górę, układa z rozmachem. W centrum rondo ze Spodkiem, socjalistycznym wyczynem architektury, który zgodnie sąsiaduje z jarzącymi się wieżowcami. Galeria sztuki na tym rondzie. Nieopodal ciekawa faktura starego miasta. Jest intrygująco.

Do NOSPRu wchodzi się i też wszystko jest duże, przestrzenne, z rozmachem. Przeszklone ściany, zamaszyste linie, oszczędne zdobienia, których trzon stanowi właśnie znikomość takowych, do tego niezwykłe lampy gromadzone w zestawy na tle surowych ścian i przestrzeni. Podobać się może taka współczesność. Całość ma nowoczesny sznyt, lecz wyraźnie widać też staranną dbałość o szczegóły; to ociepla surowość architektonicznego nowatorstwa. Sama sala koncertowa jest – jakby to Państwu opisać? – ukryta w środku budynku niczym matrioszka: taki jakby kokon; w każdym razie umiejscowiona wewnątrz całej budowli. Trochę przypomina gniazdo os. Wokół wiją się zamaszyste łuki balkonów, antresole i przejścia, a dostać się do owej ściśle koncertowej części można jednym z licznych wejść na kilku poziomach, pooznaczanych literami i cyframi, co przezornie zaznacza się widzowi na bilecie. Architekt, pan Tomasz Konior, zdaje się w podobnym stylu projektować z zasady. I niepierwsza to jego realizacja „muzyczna”. W ramach lokalnego patriotyzmu pragnę zaznaczyć, że studiował w Krakowie. A sam określa się jako niedoszły muzyk.

Na początek Cadenza. Kawiarenka. W menu łosoś i kawy. Można usiąść i obserwować ludzi, prowadząc równocześnie drobiazgowe rozważania: jak udaje się zapełnić w każdy weekend tę sporą przecież salę tłumem szykownych słuchaczy? Przy czym każdy koncert to wydarzenie na raz. Żadnych replayów. Skąd więc zastępy żądnych muzycznych uniesień Ślązaków? Czy raczej nie tylko tych? Wszak repertuar koncertowy rozpisany tu mają na niemal każdy dzień tygodnia, jest jeszcze nieopodal Filharmonia, koncerty w jazzującej katowickiej Akademii, a i w ościennych miastach niemało się dzieje, bośmy przecież w śląskiej konurbacji, mają teatry i sale koncertowe. Repertuar katowicki układany jest z pewną konsekwencją: Beethovena czy Mozarta uświadczysz, lecz sporadycznie, gra się za to dużo muzyki polskiej dwudziestowiecznej, Panufnik, Górecki, Lutosławski, no i oczywiście jazz też się składa na tutejszą mieszankę koncertową. W każdym razie najwidoczniej lubują się w tych stronach w muzyce. I chętnie, w nastroju uroczystym, stawiają się na koncertach. Można więc było obejrzeć, jak dostojnym spacerem wokół kokonu bieży wyelegantowany tłum. Przy czym Cadenzowy stolik się trochę chwiał.

Mnie przywiodła niezbywalna predylekcja do muzyki rosyjskiej. Proszę więc pozwolić, że zreferuję to, na co czekałam. Był koncert fortepianowy Skriabina. Jedyny (tak na marginesie – Skriabin żył tylko czterdzieści parę lat), w tonacji fis – moll, wydany w 1897, pierwsza publikacja za honorarium w wysokości sześciuset rubli. Pianista objawił się nam w lśniącej marynarce i z rozwianym siwym włosem. Podtrzymuję opinię: wygląda, jak profesor astronomii czy innej kosmologii. Zagrał nienagannie, choć spóźniłam się chyba nieco, bo teraz Konstantin Scherbakov to już nade wszystko utytułowany profesor i juror, a emocjonalna werwa jego wykonań ustępuje nieco przed wprawnym, acz odruchowym artyzmem. Recenzje mówią: „charakteryzuje go styl wirtuozerski” – słusznie. Do oktaw i pasaży podszedł z bezceremonialną brawurą vel nonszalancką maestrią. Mój niedosyt jest jednak z tych nienamacalnych. Jakże nie oklaskiwać takiej muzycznej werwy i beztroskiej biegłości. Widać mam nazbyt wybujałe oczekiwania: chciałabym rozsądnie emocjonalnego wirtuoza. Czy tak się da, to zagadnienie na osobną już rozprawę. Nie sposób w każdym razie nie docenić temperamentu, zamaszystości prowadzonej z zupełną lekkością, klarownego dźwięku i tak zwanej „pewnej ręki”, która daje absolutny komfort słuchania. A to wszystko w tym wykonaniu było. Nie było zaś bisu, choć na ukłony czasu nie szczędzono. Gdybyż w tym czasie zechciano dopełnić uprzejmości etiudą jakąś czy fantazją, mogłabym coś jeszcze o grze tej dodać; niestety, najwyraźniej z jakiegoś powodu pan Scherbakov dodatkowego punktu programu nie uwzględnił, co zresztą ponoć stosuje nierzadko. Może nie przepada. W każdym razie zagrał z nerwem, co nieźle sprawdziło się w skrajnych częściach koncertu, nieco mniej – w środkowym Andante. Tak czy owak pozostaję, choć z odrobiną niedomiaru, wielbicielką tego koncertu. Może dane mi jeszcze będzie usłyszeć w wykonaniu porywającym absolutnie i do cna.

O akustyce sali rozpisywano się już, powiem więc, że istotnie – słusznie się rozpisywano. Wycyzelowana od igły. (Co chwilami było uciążliwe. Bo eleganccy katowiczanie przez cały koncert kaszleli jak najęci. A mówi się, że to nam zżera płuca smog). W przerwie można było popatrzeć przez szklane ściany na barwne miasto, obejść kokon parę razy, panowie z Cadenzy uwijali się między gośćmi, a orkiestra regenerowała twórcze moce pochowana w tajnych przejściach ukrytych przed wzrokiem swojego dostojnego audytorium. Na pociechę częstowano oliwkami, serem i bakłażanem. Jest też sklepik, dziwnie maleńki w całej tej przestrzeni; meloman, któremu bodźców nie dość, może tu zakupić sobie płytę, względnie, zależnie od potrzeb i zapatrywań, torbę w nutki.

Takoż więc: NOSPR proszę wprowadzić na stałe na swą koncertową mapę. Jest nowocześnie i aktualnie. Muzyczne potrzeby można zaspokoić przyjemnie i w dobrym stylu. W rozpisce na najbliższe tygodnie z pewnością znajdzie się niejedna pozycja repertuarowa warta uwagi. A przy okazji same Katowice wydają się godne polecenia i obejrzenia. Także za dnia, z Nikiszowcem, lodowiskiem (pustawym, można więc do woli trenować jaskółki i piruety, jeśli kto umie lub ma ambicje umieć), z kamienicami, dworcem, który ponoć nie jest już złowrogi, z obiecującymi knajpami i najdłuższym mrówkowcem miasta w samym centrum.

(Chociaż pan z szatni, zagadnięty, przy odbieraniu mojego płaszcza powiedział z entuzjazmem: a ja jutro jadę do Krakowa. Indagowany czemu – skoro tutaj tyle się dzieje, kultura, alternatywa, nowoczesność, wciąż coś – spojrzał poważnie i odpowiedział: no ale Kraków to Kraków.)

Ślę więc krakowskie pozdrowienia.

źródło informacji:
W publikacji wykorzystano zdjęcia pochodzące ze strony internetowej NOSPRu: www.nospr.org.pl, foto: Bartek Barczyk. | Dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Pani z Przedszkola – recenzja

O tym miałam nie pisać. Żeby nie wyjść na malkontentkę, lub – co gorsza – na domorosłą ignorantkę z niedostatkiem poczucia humoru, co to nie potrafi docenić rodzimego kina i na błyskotliwym rodzaju żartu się nie poznała. Więc najpierw pomyślałam: przemilczę. Ale ten film ciągle grają, repertuar kin miejskich uparcie wymienia ów tytuł, niechaj będzie, żem czepialska, lecz kłopotliwy obowiązek sprawozdawczy wypełnię.

A film jest dziwaczny, przydługi i doprawdy nie pojmuję, co w tej przekombinowanej mieszance ma bawić, porywać i – o zgrozo – niby wzruszać. Najwyraźniej dzieło to dla zgoła innego rodzaju widza niż ja jest przeznaczone.

„Pani z przedszkola” brzmi nieprzekonująco już w tytule. Uprzejmie proszę z ręką na sercu powiedzieć – czyż nie? No litości. Dziwnie jakoś, ciut infantylnie (dobrze, uznajmy, że z założenia), trochę niezgrabnie (ale niby rzecz gustu) i jakoś jednak, przyznać proszę, mało afiszowo. Możliwe, że błyskotliwa fabuła i porywająca narracja odwróciłaby zresztą zgrabnie uwagę od tytułu, mogłyby; tytuł, jak tytuł. Miał być może stanowić ironiczną zapowiedź, że będzie groteska i humor zjadliwy. „Panią…” zapowiadano głośno i reklamowano natarczywie. A przed projekcją zapewniono, że przed nami wyśmienita, słodko – gorzka komedia, jakiej dotąd nie było (to się akurat zgadza), która rychło zapewni nam sporo inteligentnej uciechy. To ostatnie podkreślono bardzo dobitnie, na wypadek, gdyby ktoś nie wpadł na to, że ma się śmiać.

A doprawdy trudno było odgadnąć, kiedy roześmiać się wypada. Najwyraźniej był to humor nieogarnialny dla standardowego odbiorcy. Trudno orzec, czy bawić miała gmatwana wokół paru wątków fabuła, czy nagromadzone w sposób zastanawiający retrospekcje, czy też bohaterowie tej ponurawej opowieści, przerysowani zdaje się tylko po to, by być, w założeniu, zabawnymi. Zdaje się jednak, że nikomu z twórców nie przyszło na myśl, że gdy staramy się, by coś było śmieszne za wszelką cenę, owo coś z reguły właśnie na przekór śmiesznym być nie chce.

Obsada obiecująca – można się więc było w trakcie przydługich scen i gmatwaniny wątków do woli zastanawiać, w imię czego znane nazwiska podjęły się wystąpić w tej produkcji – jednak z uwagi na dziwny, mało konsekwentny tok prowadzenia fabuły, nawet i oni wypadli nieprzekonująco. Akcja kręci się (znów złe słowo: snuje się) wokół głównego bohatera, małego chłopca, którego gra dziewczynka i doprawdy zastanowić by się należało, co powie ta młoda dama, gdy za parę lat przedstawi się jej rolę, w której przyszło jej zadebiutować. Ja bym miała istotne wątpliwości, czy dziecko będzie zadowolone ze swojego „po raz pierwszy na ekranie”. W każdym razie mały bohater nie wypowiada w filmie ani słowa. Wiedzie sobie osamotnione życie malca prowadzonego co dzień do przedszkola, przytłoczonego odgórną koniecznością rygoru mlecznej zupy i niepojętych zabaw, podczas gdy z offu płynie monotonny z lekka komentarz dorosłej już wersji bohatera; rozumieć pewnie należy, że z założenia miał to być modny błyskotliwo – sardoniczny styl. Dorośli bohaterowie też nie przywodzą na myśl szczególnych emocji – ani bawią, ani śmieszą, ani wzruszają, gdy wciąż coś im nie wychodzi, a dola układa się pokracznie; przerysowani, nieszczególnie dają się wciągnąć w swój światek. I choć bardzo się starano, by byli barwni i intrygujący, bezkrwiści jacyś pozostają. Zdaje się, że znowu przekombinowanie. No, może pani Krystyna Janda, jako babcia – tak, tu rola jest ekspresyjna, karykatura się udała, pułapki w postaci niezrozumiałego
dowcipu ominięto, nawet można się przy jej kwestiach uśmiechnąć bez zastanowienia, czy i tu też miało być zabawnie.

Całość więc mocno taka sobie. Satyra to jakaś wykrzywiona, sama w sobie nietrafiona, rzecz, która miała być groteską i się w tej grotesce do szczętu rozmyła. Pomijając już długaśne wątki, trzy na krzyż, lecz konsekwentnie przemielane, po co i na co, doprawdy trudno pojąć. O, i to się udało – wodzić widza za nos, to zbliżając się do czegoś, co puentą się być zdaje, by potem rzecz konsekwentnie rozmyć zupełnie.

Dyskutować jednak można, czy takie „udało się” jest walorem.

Wobec wszystkiego powyższego małe résumé brzmi następująco: dla niedościgłych filmowych wrażeń dziwnych warto wybrać coś innego. Choćby, dajmy na to, kino urugwajskie.

Ale jeżeli ktoś chce przeinwestować, proszę iść i na własne oczy się przekonać.

Pani z przedszkola (2014)
reżyseria: Marcin Krzyształowicz
scenariusz: Marcin Krzyształowicz
gatunek: komedia
produkcja: Polska
premiera: 25 grudnia 2014

Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia – zapowiedź koncertu

Poezja w muzyce i parę niepodważalnych powodów, by pojechać do Katowic

W NOSPRZE koncert za koncertem i należałoby zobaczyć nareszcie własnymi oczyma i na własne uszy usłyszeć coś z przebogatego repertuaru od jesieni proponowanego szerokiej publiczności. Reklamy – nowocześnie, w internecie, na afiszach, w mediach najszerzej rozumianych, na przystankach, wszędzie. Bilety rozprzedają się na długo przed przewidywanymi terminami koncertów, ale gdy przegląda się program, trudno się dziwić, bo i artyści zacni, i rozpiętość tematyczna spora. No i głośno jest od kilku miesięcy o nowej siedzibie katowickiej orkiestry, o oklaskiwanej wybornej akustyce sali i nowoczesnej architekturze budynku. Nowy adres na mapie szanującego się melomana oddalony jest od Krakowa o jedyne 80 kilometrów i wartą 18 złotych godzinną podróż południową nitką autostradowej czwórki.

Każda okazja może być dobra, ale szczególnie wart polecenia wydaje się koncert piątkowy. Wart polecenia – napisane z nawyku zapowiadacza, gdyż biletów dziś się już, niestety, nie uświadczy. No, ale może są wśród nas Czytelnicy z instynktem łowcy, którzy wejściówki wydobędą spod ziemi, odkupią, wyproszą, uzyskają z pomocą jakiejś sztuczki magicznej bądź też w inny jeszcze sposób wejdą w posiadanie owego artystycznego delikatesu. Albo też może Czytelnicy nasi są wysoce zapobiegliwi i w chwili, gdy autorka biedzi się nad abstrakcyjnymi sposobami potencjalnego zdobycia upragnionego biletu, ten leży już w szufladzie szanownych Czytelników i najspokojniej czeka na swoją chwilę.

Ale ad rem: w piątek, 23 stycznia, w NOSPRZE obchodzić się będzie setną rocznicę śmierci (rocznicę nieomal, bo zmarł 27 kwietnia 1915, podobno w Wielkanoc) Aleksandra Skriabina. Rosyjski kompozytor przełomu wieków, późny romantyk, ekspresjonista, modernista, „poeta fortepianu” – i choć to ostatnie pobrzmiewa nadmiernie sentymentalnie, wszystko to w jego muzyce słychać, a owo liryczne określenie nieźle oddaje to, co zdaje się być istotą skriabinowskiej twórczości: jej emocjonalną niematerialność, koncentrację na barwie i jakości dźwięku. Słusznie ma się pełne prawo spodziewać się, że tę muzyczną kolorystykę da się w piątek usłyszeć. Bo w programie: III symfonia Boski Poemat i niebywały Koncert fortepianowy fis – moll. Do tego Uwertura Oresteja Sergiusza Taniejewa, a żeby wszystko było już konsekwentnie w nastroju wschodnim (dla muzyki jednym z bardziej wytrawnych) – całość poprowadzi białoruski dyrygent Alexander Humala. Przy fortepianie natomiast Konstantin Sherbakov. Czyż trzeba przedstawiać? Rosyjski pianista, grywał w Beethovenhalle, Rudolfinum, Moskwie, Monachium, w Nowej Zelandii i na Tajwanie, koncertował niemalże w każdym zakątku świata, nagrywał z Naxos, EMI Classics, Marco Polo, interpretator Szostakowicza i Rachmaninowa, juror, profesor (wśród jego studentów choćby znana z Konkursu Chopinowskiego Julianna Avdeeva). Gdy spogląda ze zdjęć zza staroświeckich okularów wygląda trochę, jak poważny profesor astrofizyki, coś w tym może jest, bo mawia się o nim, że zagra rzeczy niemożliwe do zagrania i lubi repertuar rzadki, trudny, choć w koncertowym repertuarze ma i najsłynniejsze dzieła pianistyki, z koncertami rodzimych kompozytorów, rzecz jasna, na czele.

Jedyny, choć mały, niedosyt, że to nie u nas, nie w Krakowie, że nie w naszym królewskim mieście grywa się tak obiecujący repertuar, że nie u nas buduje się wysmakowane architektonicznie sale koncertowe, że trzeba jechać, wybrać się w tę podróż dla artystycznych doznań. No ale przyznają Państwo, że musi być warto.

Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia
z siedzibą w Katowicach
Plac Wojciecha Kilara 1
23 stycznia 2015
godz. 19.30
100. rocznica śmierci Aleksandra Skriabina
sala koncertowa 23
www.nospr.org.pl

źródło informacji:
W publikacji wykorzystano zdjęcie pochodzące ze strony internetowej NOSPR: www.nospr.org.pl | Dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Filharmonia Podkarpacka

Zasłużenie panegiryczna recenzja sentymentalna.

Skłonność do peryferii można mieć w genach; dobrze przyjechać do znanego, po raz któryś się
zachwycić, gdy wszystko płynie sobie własnym rytmem, a nowe pięknie łączy się ze starym. W
Rzeszowie wieczory są lekko senne, korki to ułamek automobilowego przerostu takiego choćby
Krakowa, a taksówki przyjeżdżają natychmiast i dostojnie toczą się po barwnie iluminowanych
ulicach przy dyskretnym wtórze Radia Złote Przeboje.

Lśni też w śródmieściu przeszklona fasada filharmonii. Odnowionej – po nowoczesnemu. Z zewnątrz poznałam, wewnętrzne nowe szaty przyjęłam z najpełniejszą aprobatą. Przestronnie, elegancko, świetliście. Klimatyzacja szumi, obsługa się uśmiecha, rzeszowscy melomani nieśpiesznie gawędzą przeglądając się w rozlicznych lustrach. Nie ma zwyczaju odwiedzać muzyków w czasie przerwy, ale i do ich części wtargnęłam; też jasno i lustrzanie. Po drodze sala kameralna – polecono mi się zachwycić – i przyznaję, przepiękna, w tych granatowych pluszach i z futurystycznymi zdobieniami pod sufitem. Wielki walor udanej renowacji stanowi, że tak naprawdę udało się, nie zmieniając wiele, umiejętnie rozjaśnić dawne wnętrza, wyeksponować prostą strukturę budynku, ze smakiem ocieplić nastrój obu sal. Tyle się tu człowiek nachodził. Co piątek nabywało się szkolny bilet za złotówkę, obserwowało się cotygodniową konwencję orkiestry, wprawnie przybierane pozy, rutynę najuprzejmiejszych min przy oklaskach. Tu w obligatoryjnych bielach przydużych bluzeczek w pierwszej linii sopranu śpiewało się Ave verum, w tempie presto zmieniało w kulisach kostiumy do każdego z dziewięciu wejść spektaklu dyplomowego; tu się słuchało się symfonii za symfonią i tańczyło się do Vivaldiego.

Będę więc z zasady i sentymentu nieobiektywnie bezkrytyczna, ale to akurat bez znaczenia, bo
nowa Filharmonia Podkarpacka na uznanie zasługuje, wobec czego wszelkie walory zamierzam
podnieść, a niedostatki, jeśli jakiś przyjdzie mi do głowy, przemilczeć.

Grali III koncert Rachmaninowa, dla kilku taktów środkowej części pojechałabym i do Pcimia, jeśliby tylko szanowni mieszkańcy tegoż mieli utwór ten na afiszu. Tu jednak zespół dobrze
znany: dobrze zobaczyć znajome fizjonomie rozparte na swoich miejscach. Jest też i trochę
nowych twarzy przed pulpitami. Orkiestrę poprowadził maestro Tadeusz Strugała. Więc po
krakowsku. Pianista – Ignacy Lisiecki. Dotąd go na żywo słyszeć nie miałam okazji, choć pewnie należało. Jak głosi curriculum artysty, jest to pianista wyróżniany i koncertujący sporo. Ostatnio w Azji – czuję się więc po części w mej ignorancji usprawiedliwiona. Tym bardziej, że na modnym funpage’u pianisty wpisy po japońsku. W ojczystym języku pomówić nie było okazji, bo pan Lisiecki umknął natychmiast po ukłonach w ciemną rzeszowską noc.

Rachmaninow jest niezwykły, a publiczność przyjęła utwór z niekłamanym entuzjazmem. Ja wolałabym nieco inne tempa; ale to pewnie skrzywienie po nadmiernej może atencji dla Ashkenazego, oraz więcej zadzierżystości i różnicowania, ale to z kolei prywatny kaprys powodowany generalnym rozmiłowaniem w interpretacjach pianistów rosyjskich. Pan pianista Lisiecki mocno skoncentrował się na technice – może to te dalekowschodnie sugestie. Grał niewątpliwie z bardzo przemyślanym zdecydowaniem; chwilami jednak miałam niedosyt, brakło śpiewności i emocjonalnej swady. Choć pewne partie były zupełnie udane. Zadowolić gusta, jakwiemy, niełatwo. Powiedziałabym też, że nie mam absolutnej pewności co do zgody dyrygenta i solisty odnośnie całościowej wizji temp; jednakowoż ścieranie się artystycznych zamysłów to rzecz przecież nieunikniona, czyniąca dla nas, słuchaczy, koncerty – intrygującymi. Bis był króciutki, pianista zagrał Schumanna. W drugiej części była jeszcze symfonia Schuberta – ta nazywana Tragiczną.

I dużo się dzieje w tej filharmonii. Proszę przejrzeć kalendarz (szkoda, że rozpisany tylko na kilka tygodni naprzód) – koncerty i wydarzenia autoramentu wszelakiego, dla każdego coś. No i warto mieć na uwadze, że doroczny Festiwal Muzyczny w Łańcucie – to też tu.
Więc Rzeszów – polecamy. Przyjechać, posłuchać, poprzechadzać się po przestronnym holu,
zasiąść w którymś z tych miękkich foteli. W granatowej sali kameralnej spojrzeć w górę i poczuć się, jakby w nowoczesnym planetarium z muzycznym bonusem. A stałym bywalcom najserdeczniej zalecamy, by bywać nie przestali.

Filharmonia Podkarpacka imienia Artura Malawskiegofilharmonia w Rzeszowie. Jej gmach znajduje się przy ulicy Chopina, jednej z głównych arterii miasta, w bezpośrednim pobliżu starówki i rzeszowskiego zamku. Początki filharmonii sięgają 1955, kiedy odbył się koncert Wojewódzkiej Orkiestry Symfonicznej w Rzeszowie, który inaugurował rozpoczęcie pierwszego sezonu. Po czterech latach orkiestrę upaństwowiono i przemianowano na Państwową Orkiestrę Symfoniczną, zaś w 1967 powołano Filharmonię Rzeszowską imienia Artura Malawskiego. W styczniu 1974 zakończono budowę nowego budynku, w którym znajdują się sala koncertowa z amfiteatralną widownią na 800 miejsc oraz sala kameralna na 200 miejsc. Filharmonia Rzeszowska od 1962 jest współorganizatorem corocznego Festiwalu Muzyki w Łańcucie. W 2010 roku zakończył się remont budynku filharmonii, w jego trakcie zmieniono nazwę na Filharmonię Podkarpacką. Na co dzień Filharmonia urządza audycje umuzykalniające w przedszkolach i szkołach, recitale i koncerty kameralne. Co tydzień koncerty 84-osobowej orkiestry ściągają wiernych melomanów z całej Polski. [źródło: Wikipedia]

„Miłość do trzech pomarańczy”

„Miłość do trzech pomarańczy” czyli kulinarno – groteskowa makabreska ironiczna.

To już trochę po czasie. Tego Prokofiewa grają u nas od wiosny. „Miłość do trzech pomarańczy” premierę w Operze Krakowskiej miała w kwietniu. Sądząc jednak po frekwencji spektaklu w ostatnią niedzielę, najwyraźniej surrealnej prokofiewowskiej atmosfery publiczności krakowskiej i przejezdnej bynajmniej nie dość.

Rzadko się grywa tę operę, powtarzają z uporem przewodniki. Coś w tym może jest, skoro to
dotąd pierwsza Polska jej inscenizacja. Akcja gęsta, obsada ról równorzędnych spora, mocno
groteskowa konwencja spektaklu vis a vis romantycznej liryki grywanych najczęściej oper mogą, istotnie, być zadaniem wymagającym niekonwencjonalnego spojrzenia.

W Operze Krakowskiej spektakl jest właśnie nade wszystko śpiewanym teatrem jako takim – z
naciskiem położonym na interpretację i akcję. Surrealna atmosfera kolejnych zwrotów biegu
wydarzeń wciąga, po części pewnie dzięki mało przewidywalnej fabule, po wtóre – przez
rozmaitość pomysłów inscenizatorskich. Po scenie przemaszerowuje istna menażeria postaci
stylizowanych w najróżniejszych konwencjach. Od gromady nieszczęśników na wózkach
inwalidzkich, przez nadenergiczną harcerską drużynę chadzającą po ścianie, po najdziwniejsze
indywidua i księżniczki w zwiewnych sukniach, pojawiają się, zabawni, trochę groteskowi, z bajek
jakby różnych. Każda z postaci z nadwyżkami emocji, z charakterem rozbuchanym, z lekka i w
oczywistej konwencji przejaskrawiona. Cała rzecz w konsekwentnie absurdalnym stylu
karykatury. Muzycznie jest bardziej recytatywnie, Prokofiew pobrzękuje gdzieś pośród
nagromadzenia scenicznych zdarzeń po swojemu, takiż, jak i one, jakby z zasady koślawo,
charakterystycznie.

Scenografia – istna feeria konceptów. Nad sceną latają złowrogie widelce, chór biega po całej sali, z orkiestronem włącznie, tytułowe pomarańcze migoczą kolorowo – nieustannie rozgrywa się coś nowego, a intryga balansuje na granicy groteski i abstrakcji. W motywach kuchennych scenograf (Włoch zresztą) wykazał się chyba największą inwencją. Słynna groźna kucharka z nieodłączną morderczą warząchwią potraktowana gdzieś w pół drogi między makabreską a kabaretem.
Talerze, noże i inne kulinarne utensylia urastają do rozmiarów przerażających stworów żyjących własnym, z lekka nieobliczalnym, życiem. Dalej wydarza się jeszcze więcej. Dekoracje zmieniają się i przeobrażają równie szybko, co pojawiające się co rusz nowe wątki i postacie. Kanwa zdarzeń zdaje się być mocno umowna, nagromadzenie wszystkiego zmusza widza do nieustannej uwagi i choć razem daje to efekt nieco chimeryczny, chwilami przerysowany, dramaturgię udało się poprowadzić czytelnie – w konwencji, powtarzam, mocno przekoloryzowanej, lecz i jednolitej.

W tej feerii barw i zamysłów naprzód wysuwa się fabuła i inscenizacja; muzyka, choć mocno
przecież prokofiewowska, daje się stonować nadrzędności widowiska. Artyści – śpiewacy tu są
aktorami nade wszystko, inscenizatorami surrealnej opowieści, z jej iluzyjnym zamysłem. Role
swoje kreują z konsekwentnym wpasowaniem w groteskowy szablon inscenizacyjny. Uwaga
oczywiście siłą rzeczy kieruje się na ucieszną rolę Księcia – tu Vasyl Grokholskyi – wokół którego koncentruje się cała intryga. Lecz i wszystko inne: poczynania każdego z tej cudacznej menażerii,
oprawa wokół nich, cały ten nastrój fantastyczny, może i nadmierny chwilami, są jednak w
zamierzeniu swoim jednolite i zabawne, a „Miłość…” jeśli ma śmieszyć – tak, śmieszy.

„Miłość do trzech pomarańczy”
Kompozytor: Siergiej Prokofiew
opera w 4 aktach z prologiem
libretto – Siergiej Prokofiew według bajki Carlo Gozziego
prapremiera – Chicago, Lyric Opera, 30 grudnia 1921
premiera polska – Opera Krakowska, 25 kwietnia 2014
Opera Krakowska, 30 listopada 2014.


 

Taki piękny bezruch

Chodzą po mieście i wypatrują miejsc, gdzie można by wystąpić ze spektaklem. Pofabryczna hala. Kameralna scena niezależnego teatru. Świetnie. To są miejsca z potencjałem. W głowach: muzyka, taneczne kombinacje i Pina Bausch. Dla przeciętnego widza: ekspresyjni, choć nieoczywiści. Dla widza przywykłego do barwnych tanecznych show: dziwni. Rozchełstani. Trochę poza kontekstem. Bo jak pojąć artystę, który podczas spektaklu chodzi z kąta w kąt, a jego przedstawienie to jakieś tarzanie się po podłodze? Do tego ten artysta mówi z przekonaniem: taniec? To wcale nie musi być ładne.

Taniec współczesny. Czy nowoczesny? A może modern? Większość zapytanych nie widzi różnicy. Bo spektakle, gdzie się tańczy – te długo po „Jeziorze Łabędzim” – to dyscyplina niepopularna. I ciągle jeszcze mało opatrzona, mało znana. Przynajmniej w Polsce. Jak to? Gdzie są puenty i zwiewne kostiumy? Orkiestra gdzie? Za scenografię jakaś zdewastowana ławeczka? Na słowa „teatr tańca” przeciętny obywatel zapyta, czy to taki nowoczesny balet. Jeśli miałby wymienić zespoły, miejsca, twórców – pewnie niewiele wymyśli. A gdy do tego przyjdzie rozstrzygnąć, czym różni się taniec współczesny od jazzu, zupełnie już straci głowę.

Nic dziwnego. Współczesnym teatrem tańca zajmuje się u nas niewielu i równie niewielu jest na bieżąco z tym, co w tej dziedzinie dzieje się na scenie. A dzieje się coraz więcej – i także dzięki nim. Oto absolwenci WTT. Wydział Teatru Tańca, filia krakowskiej szkoły teatralnej, od kilku lat działa w Bytomiu. Pierwsze roczniki właśnie kończą studia i powoli zaczynają pojawiać się na scenach. Kim są? Czym właściwie się zajmują? I jak sami widzą swoje miejsce w świecie teatru, tańca, sztuki? Ania, Kasia, Natalia i Wojtek próbują opowiedzieć, czym w teatrze jest i może być ruch.

Tancerz twór dziwny.

foto: Adam Kraus

Bytomski wydział to filia krakowskiej PWST. Ale oni jakoś tak – nie przystają. Bo jak ma się mieć rozczochrany tancerz w dresie (który właśnie trzy godziny improwizował surrealne etiudy nabijając sobie siniaki, gdzie się da) do wystudiowanego emplois krakowskich studentek na obcasach? Ania opowiada o eleganckiej nauczycielce scen klasycznych, która załamywała ręce, gdy jej bytomskie studentki zziajane i z fryzurą w twórczym nieładzie wprost z sali baletowej wpadały na zajęcia. – Pani profesor stroiła nas w zwiewne halki i uczyła dworskich ukłonów. Po trzech godzinach tarzania się po podłodzie czułyśmy się jak w teatrze absurdu.

Wojtek robi szybkie porównanie studentów z Krakowa i tych z WTT: – Oni: ładnie ubrani, my – na każdych zajęciach w dresach. Oni: uczesani. Wyprasowani. Dziewczyny w makijażu. My: rozczochrani. Spoceni. Boso. Siniaki. Oni: skoncentrowani, my – niespokojni, z nadpobudliwością ruchową. Oni: wyimpostowani. Każde słowo tak pięknie brzmi w ich ustach. My trochę za dużo krzyczymy, wszędzie nas pełno. Ale za to mamy więcej możliwości ekspresji. Wszystko mamy w ciele.

Środkiem ekspresji tancerza teatru tańca jest ruch. To daje większe możliwości wyrazu, stwarza nowe . Sprawia, że aktor potrafi uruchomić w sobie dodatkowe pokłady emocji, wykreować rolę sięgając do szerszego arsenału możliwości. – Nie czuję się tancerką, raczej artystką, której jednym ze środków wyrazu może być ruch – mówi Kasia – Ale właśnie to jest najlepsze: że mogę posłużyć się całą paletą różnych sposobów ekspresji, dowolnie je łączyć. Mogę tańczyć, ale nie muszę, tak jak aktor w teatrze dramatycznym może mówić, ale przecież też nie musi, jeśli znajdzie inne sposoby przekazania emocji. Te wszechstronne możliwości pozwalają na praktycznie nieograniczone poszukiwania w zakresie scenicznej ekspresji. – Tu nie chodzi o to, jakich użyje się środków, ale co się przekaże, jak się nimi zagra. Nie trzeba opowiadać, żeby zostać zrozumianym – podkreśla Kasia.

Wszyscy absolwenci WTT zgodnie przyznają, ze szkoła daje mocne podstawy i sporą perspektywę. Bo poza wypracowaną techniką tańca – uczyli się przede wszystkim tej nazywanej polską, ale dzięki regularnym warsztatom z pedagogami zjeżdżającymi do Bytomia z całej Europy, spróbowali się w najróżniejszych kierunkach tańca współczesnego – poza więc tym, mają dobre przygotowanie aktorskie. Realizowali taki sam program, jak studenci na wydziale dramatycznym. Orientują się w zagadnieniach teorii tańca, sztuki, filozofii. Wykładowcy przynosili na zajęcia kolejne filmy, książki, zachęcali do konfrontowania własnej wiedzy z tym, co dzieje się na świecie, i to zarówno w strefie teatru, jak i sztuk pokrewnych. Miało być interdyscyplinarnie. Artysta, żeby tworzyć, nie może zasklepić się w swojej dziedzinie. Potrzebuje bodźców, wiedzy, nowych wrażeń. Z takim podejściem mają dziś szerokie rozeznanie w mało dostępnym świecie tańca współczesnego. Są na bieżąco, są krytyczni, potrafią odróżnić dobre przedsięwzięcie od działań okołoartystycznych. – Ludzie często kwitują: aa, to po tym wydziale możesz tańczyć – mówi Kasia – Odpowiadam: Nie. Po tym wydziale mogę wszystko.

Rzecz w tym, że nie wszyscy twórcy wiedzą, do czego artysty z dyplomem wydziału teatru tańca użyć.

Inna sprawa, że szkoła była dla nich pewnego rodzaju enklawą. Bo tam wszystkim się chciało, każdy wnosił coś od siebie, a przede wszystkim – to było środowisko niezmiennie zainteresowane tańcem, sztuką, poszukiwaniem. Można było pozwolić na wiele i niezależnie od ocen i wartościowania zetknąć się z dobrym przyjęciem; tu próbowanie czegoś nowego, niezależnie od subiektywnych opinii, miało znaczenie. Gdy opuszcza się szkolne mury przychodzi konfrontacja z publicznością i tę publiczność trzeba już sobie jakoś zdobyć.

A na kolację gryź ścianę

foto: Adam Kraus

Co więc robią absolwenci WTT? Tułają się. Projekty niszowe, ambitne, trafiają się rzadko, jednak nie zawsze poziom artystyczny przekłada się na późniejsze potrzeby, w tym te najzupełniej zwyczajne, konsumpcyjne, jakie tancerz przecież, mimo całego uwielbienia dla sztuki, ma. Zatem: jeżdżą na przesłuchania, dobijają się do reżyserów, rozsyłają CV po teatrach i ośrodkach kultury. W tychże instytucjach nie zawsze wiadomo, co z nimi robić. Tancerz? Akurat nie mamy żadnej wstawki baletowej w spektaklu, słyszą. Zajęcia z tańca współczesnego w domu kultury? Ale cheerleaderki już mamy! Taniec współczesny to wciąż nisza, o której nawet ludzie zajmujący się kulturą nie zawsze mają jakiekolwiek wyobrażenie. Więc cierpliwe tłumaczenia, że nie są „podgatunkiem aktora”, że mają te same umiejętności, co ich koledzy po wydziale dramatycznym, poparte w dodatku czymś jeszcze, wykraczającym poza klasyczne aktorstwo. Przekonują, że gotowość do pracy z ciałem, oswojenie z własną fizycznością tylko poszerza ich możliwości. Nie zaś – umniejsza umiejętności aktorskie, pewnie potraktowane po macoszemu. Zdarzało się, że słyszeli na próbach: „taniec, fajnie, fajnie, ale gramy”. – No i właśnie nie – mówi Kasia – Tego wcale nie trzeba rozdzielać. To można uzupełniać jedno drugim.

No i oczywiście castingi. Chociaż to ostatnie bywa frustrujące. Kasia: – Siedzisz sześć godzin w kolejce, by po pięciu minutach prezentacji przed nieco znużonym reżyserem usłyszeć: ale pani ma włosy nie w tę stronę.

Dlatego próbują na własną rękę. Niezależnie od całego uwielbienia dla sztuki, artysta ma najzwyczajniejsze potrzeby finansowe, ot co. Artysta musi jeść. Wobec powyższego artysta musi czasem ograniczyć projekty niskopłatne, lub te, gdzie jako honorarium oferuje się „satysfakcję artystyczną” na rzecz tych czysto komercyjnych, przedstawień dla dzieci czy prowadzenia warsztatów. Starają się też robić coś sami. Wymyślają, próbują, angażują znajomych. Chcą tworzyć własne projekty, realizować spektakle, coś, co będzie pewnym novum na polskiej scenie i przyciągnie publiczność przesyconą kolorowym mainstreamem. Choć i tu bywa niełatwo: właśnie nadmiar i sprowadzenie kultury do rozrywki powszedniej sprawiają, że widza trudno zainteresować. Zwłaszcza czymś, co jest trochę dziwne. No bo o co właściwie w tym teatrze tańca chodzi? Publiczność przychodzi na spektakl i oczekuje baletu. Albo przynajmniej: ładnych strojów, kolorowych świateł i wpadającej w ucho muzyki. A tu zupełnie nie tak. Przyzwyczajony do rozkrzyczanej popkultury widz nie może się w grającym niuansami świecie teatru tańca odnaleźć.

Inne podejście: tancerz? I to jest zawód? Ludzie patrzą z mieszanką podziwu i pobłażania. Ach, tańczycie! Urocze. Pewnie umiecie zrobić szpagat? Piękni jesteście na tej waszej scenie. Ale tak na serio to czym się zajmujecie?

Taniec wciąż jest postrzegany jako hobby, niegroźne dziwactwo, z którego należałoby jednak wyrosnąć i znaleźć sobie „poważne” studia. Już się nawet nie dziwią, gdy ktoś proponuje im występ, za który honorarium się nie przewiduje. Że taniec to praca, ciężka, fizyczna, angażująca tak ciało, jak i umysł, wielu zwyczajnie nie przychodzi do głowy. Jak i to, że o to nadmiernie eksploatowane ciało trzeba odpowiednio dbać, zapewnić mu właściwe warunki, a czasem i ponadwyrężanym kolanom i kręgosłupom zafundować fizjoterapię i rehabilitację. Cierpliwie powtarzają, że to właśnie ich zawód. Choć czasami bywa rozbrajająco: przy ustalaniu warunków finansowych spektaklu, organizatorka zrobiła wielkie oczy na pytanie o wysokość honorarium: jak to? Przecież macie przyjemność pokazania się na scenie!

Szkoły i szoły

Zostać dziś tancerzem – łatwizna. Najlepiej wybić się przez jakiś show. Idziesz do którejś ze szkół tańca (co najmniej kilka w każdym powiecie), wybierasz możliwie mało opatrzoną jeszcze technikę (taniec towarzyski i lyrical jazz są już passe, ale coś zawsze znajdziesz), trenujesz dwa razy w tygodniu ze dwa lata (warsztatami, technikami wspomagającymi, a już, Boże broń, baletówką, czy innymi tego rodzaju ekstrawagancjami, nie zawracasz sobie głowy) – i pora pokazać się światu. Eliminacje do któregoś z telewizyjnych programów, łut szczęścia, pokazujesz się kilka razy na wizji w fantazyjnym anturażu, a dalej już leci. Zakładasz szkołę, promocje w centrum handlowym i na święcie gminy. Od kursantów nie możesz się opędzić – wszak jesteś tancerzem z telewizji! Na zajęciach kilkadziesiąt osób usiłuje stać się taka, jak ty. Masz swoje pięć minut. Tańczysz. Zarabiasz. Może wylansujesz jakiegoś następcę. Kółko toczy się od nowa.

Szkoły tańca wyrastają jak grzyby po deszczu. Poppingu, hip – hopu i wszystkich odmian jazzu można się uczyć niemal w każdym miasteczku. Niby dobrze, niby społeczeństwo więcej się rusza, ludzie stają się bardziej otwarci. Ale z drugiej strony – moda na taniec i taneczne show doprowadziła do przesytu. Mnóstwo szkół psuje rynek i kreuje wśród młodych ludzi nieprawdziwy obraz zawodu tancerza, jako łatwej profesji, w której można się szybko wybić. Poziom zajęć też często pozostawia sporo do życzenia – zbyt liczne grupy, zaś sami prowadzący – nierzadko, poza wyuczoną na kursie techniką, o tańcu nie mają pojęcia. O elementarnej wiedzy z zakresu anatomii czy fizjologii nie wspominając. A zajęcia prowadzone przez amatora mogą na dłuższą metę przynieść więcej szkody niż pożytku. Nierównomierne obciążenia, rozciąganie na siłę bez znajomości podstawowych zasad fizjologii czy wykonywanie elementów cały czas na tę samą stronę (bo tak potrzeba do układu) to prosta droga do nadwyrężeń czy kontuzji. Ale tu liczy się efekt. Ma być równo, kolorowo i w synchronie. I szybko. Potem na scenę wychodzi zespół wyglądający jak grupa klonów i w idealnej zgodzie odtwarza dwuminutową choreografię. Że żaden z tancerzy nie potrafi powtórzyć ad hoc prostej kombinacji po przekątnej to inna rzecz. Są oklaski, piski i błyski fleszy.

W tym kontekście pięcioletnie studiowanie w odległym od metropolii Bytomiu nie wydaje się pomysłem szczególnie pociągającym.

Taniec. Ale nuda.

Zapytani, co wpisaliby w rubryce „zawód” zamyślają się na chwilę. – To nie jest tak, że kończysz taki i taki wydział i oto proszę, jesteś sklasyfikowany jako artysta – mówi Natalia – Jesteś tancerzem, aktorem, choreografem, performerem – łączysz w sobie rożne możliwości pracy twórczej, ileś sposobów wypowiadania się przez sztukę. Szkoła pokazuje sposoby kreacji, ale co z tego weźmiesz i jak wykorzystasz to już twoja sprawa.

Dlatego zwracają uwagę, że bycie tancerzem współczesnym to nie tylko kwestia wypracowanej techniki; chodzi bardziej o umiejętność pracy z ciałem, użycia ruchu jako formy ekspresji, rodzaj gotowości do wypowiedzenia się poprzez fizyczność. Chociaż niekoniecznie musi to być choreografia w jej tradycyjnym rozumieniu.

Natalia zaczyna, jak na tancerkę, zaskakująco: – Taniec jest super nudny. I tłumaczy: – Nie znoszę spektakli, w których za wszelką cenę chce się wszystko dopowiedzieć, opisać, nazwać. To pretensjonalne – i zupełnie nie o to chodzi. Trzeba być na tej scenie. Po prostu. Bo tak naprawdę w teatrze liczy się osobowość. Aktorstwo, technika – to sprawy drugorzędne. Do pokazania emocji mogą wystarczyć najprostsze środki. Taniec – czasem to może być za dużo.

Kasia: – Nie jest tak, że albo tańczysz, albo grasz. To konglomerat, rodzaj elastyczności, gdy jedno uzupełnia drugie.

Absolwenci WTT zgodnie podkreślają, że starają się rozumieć spektakle teatru tańca jako całość, gdzie sprawą podstawową jest temat. Sposób realizacji, użyte środki – to rzecz drugorzędna. Uważają, że to dobrze, że mogli poznać ich wiele, że mogą pozwolić sobie na różnorodność, otwartość, swobodne balansowanie między formami. Lubią grę niuansem, tę złożoność, która sprawia, że to co robią staje się niejednoznaczne i pozostawia widzowi pole do własnej interpretacji. Te pęknięcia, te migotania, one są ciekawe. Niuans bywa bardziej namacalny od faktu. Takie pełne treści milczenie, pełen bezruchu taniec.

Uparcie dopytuję, co w tym kontekście z niebywale dziś popularnymi szkołami tańca. Spektaklami, które szturmem zdobywają ośrodki kultury i ramówki telewizyjne. Przecież niektóre zespoły mają naprawdę niezłych technicznie tancerzy. Zatem co myśleć o tych spektaklach skąpanych w kolorowym świetle, z taneczną egzaltacją godną sprawy wielkiej, gdzie każda czternastolatka wyrzuca nogę pod sufit (że technicznie nie tak, już mniejsza)? Co ze spektaklami grającymi na sentymentalnym wyobrażeniu o sztuce tańca, z poetycznymi tytułami w stylu Paulo Coelho? Co z nimi wszystkimi?

Odpowiedź, po namyśle, z półuśmiechem: „Nooo… dobrze, że coś robią”.

Co tancerz miał na myśli

Jak to jest z tą publicznością? Otóż publiczność tańcowi współczesnemu ciągle jeszcze często się dziwi i przygląda podejrzliwie. Poza hermetyczną grupą ludzi znających się na rzeczy, publiczność w kwestii „teatr tańca” jest raczej niedoinformowana. Nie wie, co o tej transparentnej, mało linearnej sztuce myśleć. Bo co to właściwie jest? Teatr, performance, happening? Widz za wszelką cenę chciałby sklasyfikować, ogarnąć, wiedzieć, w czym rzecz. A tu nic z tego, w samym środku mariażu sztuk, takiego dookreślenia brak. Półmrok. Przaśnie. Tajemniczo. Muzyka jakaś dziwna. Stuki. Chroboty. Chwilami muzyki wcale nie ma i wtedy już zupełnie nie wiadomo, o co temu tancerzowi chodzi. I czy to właściwie aby jest tancerz? Przecież nie kręci piruetów i ani razu nie zrobił szpagatu. A poza tym: o czym ten spektakl jest?

– Ludzie lubią, żeby im coś nazwać. Najlepiej, żebyśmy siedzieli i opowiadali jakąś historię, potem możemy ewentualnie wstać i zatańczyć krótki układ – a potem znowu siadamy i akcja toczy się dalej – mówi Kasia. Wielu tak właśnie wyobraża sobie teatr tańca. Znów rozłączne i dosłowne traktowanie obu tych dziedzin. Widz lubi być doinformowany, lubi znać libretto, śledzić intrygę i doczekać błyskotliwej puenty. Nikt nie ma ochoty wyjść na ignoranta, który nie połapał się, o co w przedstawieniu chodziło.

A tu można nie wiedzieć. Trzeba poczuć.

– Sztuka nie może być przegadana, bo w końcu spłaszczymy ją do poziomu telenoweli – uważają absolwenci WTT. Dlatego konsekwentnie starają się pokazać, że nie trzeba czegoś opowiadać i definiować, żeby widza poruszyć. Wolą proste środki i sposoby, które odwołują się bardziej do emocji niż do rozumu. Kasia: – Na scenie nie musi dziać się nie wiadomo co. Nie musisz krzyczeć, nie musisz wszystkiego tłumaczyć i określać za wszelką cenę. Nie musisz nawet tańczyć – ale koniecznie musisz coś wyrazić. A jakich użyjesz do tego środków – to rzecz twoja. I, tak naprawdę, drugorzędna.

– Można powtarzać jedno słowo w kółko, można chodzić z kąta w kąt – i jeśli to ma ekspresję, jeśli robisz to z jakiegoś powodu i w ten akurat sposób potrafisz coś przekazać – widz też to poczuje – mówi Natalia – Jest tak dużo możliwości. Nadmiar techniki potrafi czasem zupełnie zatrzeć to, co w teatrze najistotniejsze.

Czyli wyraz.

Więc i tu długa droga. Publiczność w zakresie form tańca współczesnego wciąż jeszcze bywa niewyrobiona, ale nie wynika to z niechęci czy braku zainteresowania. Raczej – to skutek niewielu możliwości dowiedzenia się, czym tak naprawdę teatr tańca jest. W Polsce w tej materii wciąż mało się dzieje, a jeśli – rozgrywa się w wąskim gronie ludzi, którzy albo sami coś w tym kierunku robili, albo interesowali się sztuką offową czy też w podobny sposób natrafili na tę niszę. Na widowniach w całej Polsce przewijają się te same twarze. Tak – to jest nisza. Z jednej strony warto ten stan rzeczy zmienić. Taniec współczesny trzeba propagować, rozpowszechniać, bo dużo jeszcze jest tu do zrobienia, pokazania, zrealizowania. Z drugiej strony – jak ze wszystkim – sztuka zawsze bywa pewnego rodzaju enklawą. Komercjalizacja może być sztuki zaprzeczeniem.

Taka piękna dychotomia

Oczywiście wcale nie jest łatwo zrobić poruszający spektakl używając minimalistycznych środków, obywając się bez bogatej scenografii i zagrań „pod publiczkę”, ułatwiających widzowi percepcję, a artyście – przekonanie widza do swojego projektu. Ale zgodnie uważają, że warto koncentrować się na formach mniej oczywistych. Znaczenie ma dla nich spektakl intrygujący niedopowiedzeniem i aktor z osobowością. Trzeba próbować, poszukiwać – to zawsze lepsze niż wtórność i półśrodki.

Zwłaszcza, że teatr w Polsce styka się z długą tradycją teatralną. Z jednej strony mocno osadzony w kontekście, w historii, ale też, z drugiej, z Kantorem, Grotowskim, ich poszukiwaniami i spojrzeniem na teatr jako taki, z nowatorstwem i synkretyzmem sztuk performatywnych. To wszystko bardzo bliskie jest przecież temu, co dziś mianuje się teatrem tańca. W takim teatrze jest miejsce na wszystko: na ruch, na głos, sztuki wizualne, improwizację. Nie ma powodu, by trzymać się w jednego nurtu, gdy można łączyć je tak, by tworzyły coś nowego, pozwalały szukać nieoczywistych rozwiązań i form wyrazu. Takie podejście jest bliskie większości absolwentów WTT, choć każdy rozumie je i realizuje po swojemu, zgodnie z własnymi przekonaniami. To kolejny punkt, który pozwala uzyskać różnorodność i być może sprawi, że scena będzie niejednorodna, bogata. Ich scena, bo to oni wchodzą właśnie do teatralnego tygla i oni będą tworzyć to, co będzie się rozgrywało za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat. Chcą próbować po swojemu, otwarcie, nowocześnie. To istotne, bo rozwijające.

Kasia pojechała kiedyś na przesłuchanie do Ultimy Vez. To jeden z najsłynniejszych zespołów tańca współczesnego na świecie. – Chciałam się sprawdzić, ale w pierwszej chwili miałam raczej zamiar natychmiast zwiać – śmieje się Kasia – Wchodzę na salę, a tam tancerze z najlepszych szkół. Każdy robi rozgrzewkę taką, że nie wiem, w którą stronę patrzeć, technicznie rewelacyjni, rozciągnięci, nadszpagaty w każdą stronę. Pomyślałam „co ja tu robię, przyjeżdżam z tego Bytomia i startuję do najlepszego teatru na świecie?!” Zaczęłam rozglądać się za wyjściem. Szybki telefon do domu. „Uciekasz?” – w głosie mamy lekka ironia. Została. Gdy przyszło do improwizacji, okazało się, że wcale nie odstaje od innych, więcej, potrafi współgrać z ludźmi kształconymi w zagranicznych ośrodkach jak równy z równym. Że ma coś do pokazania. – Pomyślałam potem, że to nie jest „tylko jakiś Bytom”. To aż Bytom. Mogę być dumna z tego, czego się tam nauczyłam.

Wszyscy zgodnie: nie ma sztywnych podziałów. Nie wiadomo, gdzie kończy się taniec, a zaczyna teatr, ale te definicje nie muszą być ważne. Teatr się zmienia, jest materią, którą można formować i przekształcać, w której wciąż jest coś nowego do powiedzenia, a arsenał środków do wykorzystania – niewyczerpywalny. Najciekawsze są niuanse, one bywają bardziej namacalne niż fakty. Rzecz w tym, by umiejętnie ich użyć, zagrać – czasem bardzo prosto, minimalistycznie – tak, by poruszyć w sobie i w widzu to, co zostawi jakikolwiek ślad.

– Nieważne, co zrobisz na scenie, ważne, jak to zrobisz i co dzięki temu osiągniesz – mówi Natalia – Najistotniejsze są emocje. Trzeba zostawić widzowi miejsce na własne dopowiedzenia. Wtedy to zagra.

Kasia: – Jeśli uda się sprawić, że ktoś na widowni zareaguje, że coś poruszy go fizycznie, naskórkowo, że zapamięta to wrażenie, że potem przez dwa dni będzie o tym myślał – to będzie właśnie tak, jak być powinno.

Ania mówi krótko: – Nie opowiadać. Poczuć.

I to właśnie tancerz miał na myśli.