Archiwum autora: Karolina Momot

Autor Karolina Momot

Karolina Momot – choreograf, tancerka, pedagog tańca. Absolwentka Choreografii i Technik Tańca Akademii Muzycznej w Łodzi oraz gliwickiego studium baletowego i wydziału rytmiki średniej szkoły muzycznej. Doświadczenie sceniczne zdobywała w teatrze tańca i teatrach muzycznych; zrealizowała też kilka własnych projektów choreograficznych („…znajdź mnie wśród nich…”, „Anatomia ciszy”, „Tango”). Interesuje się malarstwem, kinem, łyżwiarstwem figurowym; lubi koncerty, sportową jazdę samochodem, grywa w scrabble i na fortepianie.

10. Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi

Szanowni Państwo, dzisiaj – zapraszamy. Żeby wojażować. W sobotę rozpoczyna się 10. Festiwal Dwa Brzegi. To edycja jubileuszowa, okrągła. Choćby dlatego bywalcom nie być nie wypada, a tym, którzy jeszcze bywalcami nie są – tym bardziej wygląda taka okazja na dobrą, by zostać. Jeśli powyższy (z polotem ciut snobistycznym) argument Państwa nie przekonuje, postaraliśmy się o kilka dodatkowych. Są one, jak następuje, takie oto:

1. Kazimierz Dolny. To taki pierwszy powód, niby oczywisty, lecz wielkiej wagi. Jeśli ktoś z Państwa o tym nie słyszał, najuprzejmiej informujemy, że miasteczko położone jest bardzo malowniczo – nad Wisłą. A w miasteczku krzywe ulice, przejażdżki dorożką, targ z pomidorami i lawendą, sklep Belldeco na rynku i kameralna (choć podczas Festiwalu się ciut ta intymność rozmywa)… no w każdym razie z niszowym posmakiem atmosfera.
Czujemy się w obowiązku powiadomić, że ze względu na nalot spragnionych kultury Festiwalowiczów dobrze jest gruntownie przemyśleć zawartość swojego sakwojażu, albowiem przybytków handlowych w Kazimierzu niewiele i należy przewidzieć poważne trudności zakupowe, jeśli Państwu braknie mydła lub, dajmy na to, lakieru do paznokci. O kawę, obiad i lokalny specjał, maślanego koguta, proszę się nie martwić. Restauracji w Kazimierzu pod dostatkiem.

O proszę:

2. Filmy. Przy rekomendowaniu Festiwalu o sztuce kina powód może mało błyskotliwy, ale proszę tylko zajrzeć do programu. Żuławski, Linda, Zanussi, Mastroianni; współczesne filmy polskie i zagraniczne; tytuły, które mogli Państwo ostatnio przeoczyć, a ważne; kino lat trzydziestych; nazwiska głośne i niszowe; i choć co jeszcze. A do tego spotkania, komentarze i dyskusje. Jest w czym wybierać.

Łącze do programu filmowego Państwu załączamy:

3. Koncerty. Oj, tutaj dopiero się Festiwalowicz będzie musiał nazastanawiać. Bo co tu wybrać? Dylematy, zależnie od upodobań, bywają z kategorii: kino na rynku czy Vołosi i Młoda Polska Filharmonia? „Kosmos” czy Dziady Kazimierskie? Koncertów podczas Festiwalu przewidziano moc, a różnorodne będą szalenie. Część na miejscu, część na drugim brzegu, w Janowcu, część we wsi Mięćmierz, gdzie nie ma zasięgu, ale kto by się tym przejmował.

O koncertach macie Państwo tu:

4. Herbata. No dobrze, herbata, jak herbata, generalnie idzie nam o Herbaciarnię u Dziwisza na (bliskiej nam mentalnie, skądinąd, ulicy Krakowskiej). Otóż u Dziwisza można czytać książki, co to się piętrzą na półkach i na stolikach nawet, stare, nowe, poważne i niepoważne całkiem, przeważnie o sztuce, lecz nie tylko, słowem – co kto lubi i na co ma ochotę. Wnętrze przypomina trochę nasza kazimierskie (nomen omen) knajpki; mają przepadliste fotele i powyginane stare lampy, i ciasto mają, i jazz w głośnikach, polecamy z czystym sumieniem.

Kto potrzebuje wpierw pomyśleć, czy rooibos czy earl grey:

5. Koty i kocie łby. Drogi w Kazimierzu bywają brukowane, na panoramę ogólną składają się odrapane mury, krzywy rynek, liczne stare spichlerze, trzy kościoły, wille z lat trzydziestych i zabytki architektury żydowskiej. Po ulicach chodzą koty – ospałe, dostojne i ogromne. Szczególnie elegancki przedstawiciel kociego świata ma w zwyczaju wylegiwać się na drewnianej podłodze restauracji Kwadrans, jest szary i dystyngowany i zdradzimy Państwu nawet, że nazywa się Tygrys.

Gdzie dokładnie?

6. Wystawy i galerie. Podczas Festiwalu odbędzie się kilka wernisaży, do obejrzenia będzie kilka wystaw. Malarstwo, fotografia, rzeźba. Część wystaw jest okazjonalna, festiwalowa, poza tym Kazimierz to jedna przy drugiej galeria z pracami współczesnych polskich artystów. Znowu nie będą się Państwo mogli zdecydować.

Łącze do festiwalowej sekcji „wystawy”:

7. Kino za rogiem. Bo jeśli macie Państwo dzieci, to jest w programie również coś dla nich. Bajkowe seanse przewidziane są od poniedziałku do soboty w ośrodku kultury w Janowcu. Czyż „Agatka i cukrojad” i „Kije samobije” nie brzmią intrygująco?

Więcej:

8. Prom. Można się przepłynąć. Do Janowca. Z Janowca. Do Bochotnicy. No chyba, że prom akurat nie pływa, bo „nie ma wody”. Ale na ogół pływa. Warto. Zanim się popłynie, prom pooglądać można tu:

9. Wąwozy. Nie podejrzewamy, żeby kino Państwu zbrzydło, ale jeśli wystąpiłaby potrzeba, by były okoliczności przyrody lub nieopatrzone trasy spacerowe, to takowymi Kazimierz dysponuje.

O wąwozach piszą oczywiście w sieci:

10. Sandomierz. Skoro Festiwal jest jubileuszowy, wypadało wymienić dziesięć powodów, by się wybrać i ostatni niech będzie taki właśnie. Sandomierz leży na trasie, rynek ma ładny, otoczony kolorowymi kamienicami, przedsmak krzywych kazimierskich ulic dać turyście może, obiad można tamże zjeść niezły. Polecamy zatrzymać się w drodze. Jeszcze bardziej interesująco może wypaść postój w Annopolu czy znanym z radiowych komunikatów, jak układał się stan wody Wisły, Zawichoście. A z samego Kazimierza też można wybrać się choć gdzie. Jest Nałęczów (deptak, zdroje, kuracjusze), jest Lublin (schody, bruki i Festiwal „Sztukmistrze” po sąsiedzku) i są Puławy (Pałac, muzea i tygodnik lokalny z mocno regionalną linią redakcyjną) Polecamy zwiedzać!

Na przykład:

 

Przekonaliśmy kogoś?

Festiwal „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą trwa w dniach 30 VII – 7 VIII. Szczegóły na stronie
organizatora:

 

Trasa Kraków – Kazimierz liczy ok. 250 km.

Anestezja, czyli o bezwolnych romantykach

Szanowni Melomani. Dzisiaj znowu o filmie, bo cóż robić, gdy człowiek znużony upałem, względnie ulewą, gradobiciem, degustowaniem, zwiedzaniem, obowiązkowymi zachwytami, jakież to piękne okoliczności przyrody i czym tam jeszcze? Oczywiście: ukryć się przed światem, zalec w miękkim fotelu i oglądać. Wyszukałam dla Państwa kino letnie, bo w tle woda, drzewa, domostwo piękne i ślub nawet. Dzieło zatytułowano lekko i obiecująco: „Romantycy”.

romanticsWszystko w tym filmie jest ładne. Dyskretna uroda posiadłości nad jeziorem, stylowe wnętrza, wypielęgnowane platany w ogrodzie. Atmosfera nieśpiesznie zagęszcza się na tle elegancko tapicerowanych kanap i wykwintnych bibelotów. Do tego szykowne przyjęcie przedślubne w ogrodzie. Oni snują się pośród tego, urodą wpasowani w klimat wysmakowanych kadrów, eleganccy, błyskotliwi, ironiczni, nieskazitelni. I bezwolni. Tytułowi romantycy, grupka przyjaciół z czasów szkolnych. Wieje trochę sztampą: przyjechali na ślub dwojga ze swego grona; będą więc przemowy, toasty, wspominki. Wypada zaimprowizować jakieś ucieszne przedślubne szaleństwo, jest więc alkohol, bieganie nago po ogrodzie, podarta suknia panny młodej i uczuciowe inklinacje, oczywiście miłości wielkiej i niespełnionej, a największe porywy nie rozgrywają się bynajmniej między przyszłymi małżonkami. Same evergreeny, ale na nich sztampa się kończy, bo uśmiechy państwa młodych jakieś niewyraźne, uroczystość trochę niezgrabnie się układa, druhny nie wywiązują się ze swoich obowiązków, a i goście nieszczególnie dbają o porządek konwenansów. Bez większego przekonania silą się na wygłupy, egzaltacja to jednak ciut wymuszona i na pokaz, a wczorajsi romantycy kryją gnuśność za fasadą dystansu i śmiechów. Krokiem tyleż chwiejnym, co obojętnym, wchodzą w swoje role, na poły z rezygnacją, na poły z sarkazmem. Obojętny zdarzeniom zdaje się być i niewierny pan młody, i narzeczona, która, choć do zamęścia trochę nieprzekonana, z zaciętą miną wkłada uratowaną suknię, i reszta towarzystwa, w nieustannej inercji, przyjmująca po prostu do wiadomości kolejne fakty. Co by się nie rozgrywało, nieszczególnie ich porusza. Trochę nawet modnie swingują, ale nawet i to bez emocji.

Co ich ratuje? Końcowe istne deus ex machina przyjmują z tą samą uległością wobec zdarzeń, co wszystko inne. Oto diagnoza. Romantycy wyrośli z porywów, miast pasji i szarpnięć wolą poddanie się odgórnemu biegowi spraw. Pod płaszczykiem błyskotliwej degrengolady tkwią w inercji, niezdolni do najmniejszego kroku. Czasem śmieszni, czasem smutni. Czekają. I w końcu – proszę bardzo. Problemy rozwiązują się nadrzędnie, banalnie, z urzędu nieomal. Na to przynajmniej wygląda. Ktoś się doczekał, choć już nie wiadomo, kto czego chciał bardziej i kogo tak naprawdę los wybawił od jego nie – przeznaczenia. Bohaterowie w nowych dekoracjach pozostają nieoczywiści, w półcieniach – i właściwie wciąż na swoich miejscach. Bo może kolejny obrót biegu rzeczy znów poustawia ich w innych konstelacjach.

Niby więc wszystko jasne, lecz nie. Pozostawia się nam na wpół dopowiedziane wątki, słowa, które może jeszcze padną, rzeczy, które może się zdarzą. Albo może wszystko rozmyje się, jak deszcz, wobec którego zamierzenia romantyków okazały się nieważkie.
Świetna gra aktorów, przekonujące te nieprzekonane do niczego postaci. W tle pobrzmiewa muzyka taka, jak i oni – pourywana, miejscami niespójna, trochę lekka, trochę dziwna, koślawa. No i te zdjęcia, jakby odbarwione, w półszarościach. Wszystko wygląda na piękne.

Tylko, że takie przymglone.

„Romantycy” (2010)
reż. Galt Niederhoffer

Wiosenne zapiski z kultury

Wiosenne zapiski z kultury – czyli wyznania śpiewaczki, Żuławski i kino jako takie oraz jedno coś, o czym niekoniecznie musimy pisać, co to było.

Wielce Szanowni Państwo Czytelnicy. Z pewnością nieustannie spragnieni jesteście wieści ze świata wielkiej sztuki, a Wasza tu oto recenzentka poważnie zaniedbała swoje obowiązki i miast regularnie donosić, co w kulturalnej trawie piszczy – milczy, jak zaklęta. No leserka, jak nic. Trzeba jednak Państwu wiedzieć, że to, co zajęło Waszą okazjonalną komentatorkę, w znacznej mierze niczym innym nie było, jak tzw. produkcją artystyczną i to wziąć zechciejcie za okoliczność wysoce łagodzącą. Spełniwszy zresztą obowiązki wobec tamtej sztuki, za zaniedbanie tej tutaj pani abnegatka kaja się należycie i ochoczo przystępuje do zdania relacji z newsów tej wiosny.

Przede wszystkim więc: nachodziłam się do kina – no i było średnio. Ja się uprzejmie dziwię, że przy tak udatnych środkach, to raz, i tak szerokich możliwościach techniczno – zapleczowych, to dwa – robi się obecnie kino do tego stopnia, powiedzmy sobie szczerze, nijakie. Od tej ponurej opinii odstaje nieco High – rise: film teatralny, z konceptem, wizualnie – majstersztyk, z dobrze poprowadzonym nastrojem nieprzyjemnej duchoty i świetnym, bo zaskakującym, coverem abbowskiego SOS. Aż dziw, że to film anglojęzyczny, bo mnie przez cały seans kołatał się po głowie najczystszy nasz Gombrowicz. Szybkie wnioski recenzyjne: bez szału, ale obejrzeć warto. A ponure Portishead z pewnością się wgryzie.

Skoro już o Gombrowiczu – w ramach cyklu Wędrujące Festiwale zobaczyć można ostatni film Żuławskiego – Kosmos. Jest to oczywiście absurd w najczystszej postaci (film znaczy, nie festiwal), poza tym, jak to zwykle u tego reżysera – dziwnie, ostro, gęsto, z przesytami. Państwa recenzentka ten rodzaj sztuki na ogół ostrożnie sobie dawkuje. Jednakowoż w żadnym razie nie będziemy zaprzeczać, że jest to intrygujące myślenie obrazami; że rzeczy tu zmyślnie podszyto surrealną erudycją i umiejętnym balansowaniem w powtarzalnej, lecz konsekwentnie przemyślanej konwencji. I te wysmakowane kadry. Pełnym należy być uznania. Poza tym – człowiek ogląda i natychmiast ma ochotę pojechać na francuskie wybrzeże.

No a teraz, niestety, musimy dalej. Albowiem byli jeszcze Nienasyceni. Oj. Jeśli zechcecie Państwo zapoznać się z tzw. opiniotwórczymi recenzjami, dowiecie się, że to dzieło co najmniej genialne jest. Wasza relacjodawczyni być może kompletnie nie zna się na kinie, bo ledwo te dwie godziny w multipleksie wysiedziała. A poszła zainteresowana szczerze. Bo napisali, że piękny. Że zniewalająco zachwycający. Że: „istny kolejny Sorrentino”. Chyba nazbyt zajęci byli konsumpcją popcornu ci, co napisać raczyli to ostatnie. Uwielbiam Sorrentino. A tu – nudnawo i w zgrzytach. Treści w tym – zero. (Na upartego to mogłaby być zaleta). No ale emocji również zero. Wiarygodności jak wyżej. Dużo za to momentów, bez których to wysmakowane dzieło bez trudu mogłoby się obejść. Właściwie to obejść by się mogła kinematografia bez tego dzieła. A dłuży się owoż niebywale. Można omówić ze współoglądaczem bieżącą sytuację społeczno – polityczną, wypić kawę, dowiedzieć się, gdzie wybuchł wulkan i tak dalej – i z fabuły nie uroni się wiele. Oto Tilda Swinton jako niedysponowana gwiazda rocka w zblazowanych sukienkach od Diora spędza przymusowe wakacje na włoskiej wyspie i w zachwycających okolicznościach przyrody snuje się wraz z niemrawą trzyosobową asystą po okolicy. Państwo wdają się w leniwe gierki, nużąco bezkrwiście się w kolejnych konfiguracjach zwodzą i uwodzą, z obojętnymi minami przeżywają rozterki, wreszcie pojawia się niezamierzony nieboszczyk, a wszystko jakieś wydumane i silące się na domniemany artyzm, czy co to właściwie miało być. Do tego niezgrabnie wpleciony wątek imigrantów (żeby na czasie, jak śmiem sądzić) i „dyskretnie przemycone” wydumane kreacje głównej bohaterki – średnio twarzowe zresztą. Trochę ratuje muzyka. Ale jednak doradzałabym iść do kina na coś innego.

Kolejny punkt relacji jest taki, że Państwa nadaktywna recenzentka była też i na jednym spektaklu. Poszła z nawyku, bo to teatr tańca, a w tańcu się niby recenzentka ma specjalizować. No i znów obowiązek sprawozdawczy jest co najmniej kłopotliwy, bo nijakie to było i do znudzenia kompletnego przewidywalne. Oczywiście, są okoliczności łagodzące: przedstawienie było studenckie, a wiadomo, że rolą reżysera tak jakoś adeptami sztuki pomanewrować, żeby każdego przyszłego artystę wyeksponować w miarę po równo. Wyszło dzieło monotonne, złożone z etiud dobitnie ukierunkowanych: teraz pokazujemy, żeśmy liryczni, teraz prezentujemy naszą pięknie wyćwiczoną impostację, teraz, jacy jesteśmy kreatywnie otwarci, gdyż bez trudu umiemy na scenie przeklinać – a zasób służącego tej idei słownictwa mamy bogaty. We wszystkich tych scenicznych zabiegach przyszli aktorzy teatru tańca niewyraźni, mało charakterystyczni i doskonale podobni jeden do drugiego w ogólnym rozmyciu. Nauczyli ich krzyczeć – to krzyczą, nauczyli po scenie biegać – biegają; a do tego zgodnie maszerują w takt ponurego techno i trochę tańczą, a tańczyć to akurat w większości potrafią. Wiele zresztą potrafią,wszystko robią ładnie; skandują donośnie, kombinacje wykonują zgrabnie, na scenie są poprawni, swobodni i skończenie szkolni. Grzecznie jednak się pytam, gdzie rozmysł, gdzie osobowości, co bezczelnie kradną dla siebie show, gdzie błyskotliwość żarliwa i niewymuszona. Proszę swojej czepialskiej recenzentki źle nie zrozumieć: była i jest niezmiennie wielką fanką tego teatralno – tanecznego wydziału. Ale chciałaby – i podejrzewa, że i obecna i przyszła publiczność oglądająca tę młodzież (przybliżającą wszak przecież dyscyplinę sztuki wciąż u nas mało znaną i nieograną) – że chciałaby ta publiczność żaru. Smaku. Niechby i nawet egzaltacji, byle szczerej. No po prostu. „Za rok dostaniemy dyplomy i będziemy profesjonalnymi artystami” straszy student – testo w jednej z sekwencji. Oj i oj.

A na koniec wreszcie coś bliskiego muzyce w formie czystej. Wyszła taka książka: Si, amore. Wydana przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne w tym roku. Bardzo zresztą elegancko wydana. Jest to, proszę Państwa, modny ostatnimi czasy wywiad – rzeka, tym razem z Panią Aleksandrą Kurzak. Pisząca te słowa fanką opery jest umiarkowaną, ale przyznaje bez dwóch zdań, że książkę czyta się dobrze. Starannie opracowana, poręczna, utrzymana w elegancko – stonowanym tonie, dostarcza wrażeń wyłącznie przyjemnych i informacji jak najbardziej interesujących. Jeżeli – chcąc zrewidować opinie swojej recenzentki z akapitów powyższych (pojedynczo lub w zestawie, choć na to drugie bynajmniej nie nalegam) odczuliby Państwo nadmiar bodźców wybujałej sztuki nowoczesnej – to dla uspokojenia zmysłów polecam, bo w sam raz. Książka otrzymana dzięki uprzejmości Polskiego Wydawnictwa Muzycznego.

No i tyle, po prostu i już.
Uniżenie kreślę się.

„Swobodne opadanie” – recenzja filmu

Szanowni Wielbiciele Dźwięku. Jako, że całkowita monotonia nigdy nie jest słuszna, tym razem nie będziemy się rozpływać nad muzyką, lecz skoncentrujemy się, dla poszerzenia horyzontów, na filmie. Od dwóch tygodni w kinach coś dla rozlubowanych we współczesnym i afabularnym. „Swobodne opadanie” węgierskiego reżysera György’ego Pálfiego zapowiada się obiecującym zwiastunem, jednym z tych, które się ogląda i zaraz zachciewa się iść i z dziełem zapoznać się. Znajduje się więc studyjne kino, przyciasną salę w labiryncie korytarzy, zasiada się w ostatnim rzędzie i z namaszczeniem bierze się za sztukę.

Jednak najpierw konsternacja. Bo film duszny. Gęsty taki. Bo zaczyna się więcej niż interesująco, a potem – a właściwie całkiem nawet szybko – spadek napięcia. Bo w dobrym koncepcie niezapowiedziane i wybijające dłużyzny. „Swobodne opadanie” równie niezobowiązująco wciąga, co odpycha. Możliwe, że na tym polega konwencja.

Swobodne-opadaniePomysł z osobnymi historiami spiętymi wspólnym motywem – tyleż ograny, co niewyczerpywalny – jak zwykle się sprawdza. Oto w zrujnowanym nieco bloku rozgrywa się niby codzienne, lecz z surrealnym polorem życie ludzi z pozoru pospolicie typowych, trochę śmiesznych, trochę zmordowanych, niepięknych raczej i zadowolonych z tak zwanych kolei losu średnio. Typowość szybko okazuje się pozorna, a powszednie tryby wykoślawione jakieś. Na samo wejście – starsza pani (anturaż dziwaczny, twarz znużona) skacze z dachu – i zrobi to jeszcze nie raz, z anemiczną determinacją, jakoś pomiędzy miętową herbatą a telewizyjnym show oglądanym w zagraconym mieszkaniu i towarzystwie gnuśnego męża. W międzyczasie pani snuć się będzie po ponurych pokojach, względnie – mozolnie piąć po kolejnych piętrach zapuszczonej klatki schodowej, mijając kolejnych bohaterów opowieści. A ich historie będą co najmniej równie niebywałe, jak ta jej.

Opowieści jak z dziwnego snu. Smutno, groteskowo, zaczepnie. Grubo ciosany romantyzm, kamera z bliska i ostre światło jarzeniówek. Nielinearna posępna farsa między piętrami. Film jest wrażeniowy, potrąca co rusz inną emocję, inne kuriozum, inny strach. Zadry urastają do rangi absurdu, ciemne myśli wylegają z kątów i prezentują w całej jaskrawości w najdziwniejszych konstelacjach. Interesująco. Lecz i nierówno. Napięcia rozłożone są dość niejednolicie i chwilami trudno się wciągnąć. Obok wątków bardzo dobrych, oszczędnie surrealnych z doskonale wyważonymi, rwanymi dialogami gdzieś poza kontekstem – jak kanciasty i przejmujący motyw wspomnianych starszych państwa czy prosto rozegrany wątek nagiej kobiety na przyjęciu – są i inne, nachalnie domagające się uwagi, przekoloryzowane w imię czegoś – może mocnego wrażenia. Chwilami zajmująco, chwilami jednak – nużąco. Wyrazy uznania za ścieżkę dźwiękową – minimalistyczne, elektroniczne brzmienia Amona Tobina użyte w ilości dokładnie wystarczającej i monotematycznej są dokładnie w punkt.

No ale uogólniając: subiektywnie, epizodycznie, gorzkawo i raczej niewesoło. Zobaczyć warto.

Jednak wyszłam zmęczona.

„Subiektywna lista” według Karoliny

Champagne_Showers_1_by_Merlin2525Szanowni Koneserzy Muzyczni nasi. Mamy przełom, rok się zmienił, a w takim czasie jest wielce na miejscu i bezwzględnie wypada podsumować okres poprzedni. Czy też: wytypować (mniej lub bardziej subiektywne) przeboje tegoż. Zadanie jest oczywiście z lekka absurdalne, bo ważenie i porównywanie w dziedzinie tak niematerialnej, jak sztuka muzyczna (czy też okołomuzyczna, nie bądźmy tacy znowu zaskorupiali) wydaje się równie bezzasadne, jak porównywanie rosołu z naleśnikami. No ale spróbuję, skoro już udzielono mi głosu. Lista będzie wrażeniowa – sami Państwo wiecie, że najlepiej i tak sprawdzać na sobie. Ujmowania w punkty się nie podejmuję – zatem kolejność ściśle przypadkowa.

Odkrycie roku.
Sorrentino.

Paolo Sorrentino. Państwo są oczywiście obeznani, ale dla porządku: reżyser, rocznik ‘70. Lubi windy, hotele i piękne kadry. Perfekcjonista, szczególarz i esteta z ewidentną predylekcją do opowieści pozornie afabularnych, lecz każdorazowo przejmujących. Jego filmy to przemyślane w każdym calu kompozycje w równych balansach między minimalizmem a emocjonalnością – taką mocną, lecz bez egzaltacji. Poniosło mnie kiedyś przypadkiem na jeden z nich – i przepadłam. Kompletnie nieodporna jestem na takie rzeczy. Do tego ścieżki dźwiękowe. Part, Lang, Górecki. Trzymają się głowy jak nie wiem co. Powinnam zresztą napisać: zachwyt roku. Proszę nie przegapić. „Młodość” wciąż jeszcze w kinach.

Samochodowa playlista roku.
Muchy.

No nie da się nie wymienić. I cóż, że żadna to nowość, że na scenie od roku 2004, odkrywczość żadna, powiecie Państwo. Ale rzeczy niezmiennie udanych się nie lekceważy przecie. Ktoś gdzieś napisał, że rockandroll i ciekawe teksty to się zazwyczaj rozmijają. Nie tutaj. Tutaj słów słucha się dobrze, gitarowo – perkusyjnych nieprzekombinowanych brzmień również dobrze. Zapadająco, elektryzująco. Osłuchać się raczej nie osłucha. Szczególnie w trasie. Wciąga. Energetyzuje. No, tylko z prędkością ostrożnie proszę.

Niedosyt roku.
Repertuar tych wszystkich filharmonii.

Oczywiście generalizować nie należy, ale ja się jednak uprzejmie dziwię, że gra się to, co się gra. No: że w kółko to samo. Że jak Rachmaninow, to tylko drugi koncert i to z jakąś anemiczną liryką (bo niby przejmująco); że jak symfonia, to tylko najczystsza klasyka (żeby wiedzieli, ile części i kiedy koniec); a najlepiej w ogóle – składanka musicalowa albo wieczór z wiedeńskim walcem. Bo publiczność dopisze. Dopisze, ale ileż można się ekscytować monotonią w pełnej krasie? Gdzie koncerty, na które się czeka? Gdzie wykonania, których się słucha z wypiekami na twarzy? Gdzież jakie enfant terrible – i czemu tak rzadko? Nie zawsze i nie wszędzie, podkreślam, ale było by przyjemnie, gdyby czasem ktoś zagrał coś takiego, że serce skacze.

Stałość roku.
Trójka.

Radio znaczy. Niezmiennie. Regularnie dobre, nieustannie z przyjemnymi nowościami. Z ramówką w proporcjach w sam raz: odpowiednio mówienia, odpowiednio muzyki. Mówienia z sensem, muzyki nieogranej. Różnej. Porządnej. Takiej, że się chce wiedzieć, co to. Na szczęście zawsze można sprawdzić. No prawie zawsze: z tajemnych powodów tych rzeczy, które najbardziej się podobają, czasem zapominają wymienić w internetowej „playliście”. Pewnie to podstęp taki, żeby słuchać jeszcze częściej. Państwo Trójkowi: dla wiecznie niesytych i dociekliwych słuchaczy – uaktualniajcie, proszę. A Szanownym Czytelnikom rekomenduję, zresztą, pewnie nawet nie trzeba.

Miejsce roku.
No… NOSPR.

Dobrze, wszyscy tak mówią. Ale tu się akurat trudno nie zgodzić, bo nowa siedziba zespołu jest przebojem sezonu. To jedna z tych nowoczesnych sal koncertowych, nadspodziewanie przejrzysta, wygodna, taka, gdzie popularny surowy sznyt ze smakiem jednak przełamano tzw. ogólnym wystrojem. I każdego dnia: koncert. I dobry, przemyślany repertuar: trochę klasyki, trochę współczesności, trochę kameralistyki, trochę jazzu. W wyraźnych nawiązaniach do tego, co się akurat dzieje i z lojalną uwagą wobec twórców ze Śląska. Nawet, jeśli wręczą Państwu przed koncertem uprzejmy bilecik, żeby nie klaskać łaskawie między częściami symfonii – przyznacie Państwo, że warto.

Brak roku.
Że nie produkuje się już odtwarzaczy Creative.

Z powodów niewiadomych. Po prostu zaprzestano. Firma ma w ofercie wyłącznie słuchawki, głośniki i, cokolwiek to znaczy, „sprzęt peryferyjny”. Jasne, że niezmiennie wyśmienity. Tylko gdzie odtwarzacze przenośne? Słuchanie wszystkiego – od klasyki po rocka – było w Creativie doskonałe. Wyważone. Czyste. Równy pogłos, dobre basy, wychwytywalne nagraniowe szmery, potrącenia przypadkowych klawiszy, oddechy wokalisty. Menu klarowne i czytelne, emplois eleganckie i z klasą. I nie kupi się już. Jako konsumentka wierna (8 lat z jedną i tą samą niezawodną sztuką) i zawiedziona (bo sztuka ta, eksploatowana ponadstandardowo, w końcu jednak grać przestała, miała prawo) zgłaszam brak. Z konieczności nabyty następca konkurencji – to już nie to.

Lektura roku.
Niejedna.

Ale (z pewnym trudem) się ograniczę. Gdyby chcieli Państwo podnieść trochę te posępnie ponure statystki, że w ojczystym naszym kraju nie czyta nikt i nic: Artur Rubinstein „Moje długie życie”. To oczywiście dyskusyjne jako „książka roku”, albowiem Pan Rubinstein życie swoje prowadził (i opisał) stosunkowo dawno temu. Ale polecam i tak, jako to, o czym powiedzieć można, że ponadczasowe. Pierwszy tom możecie sobie Państwo darować; perypetie dzieciństwa, nauk i burzliwego okresu dojrzewania są chyba najbardziej interesujące dla samego wspominającego. Ale część druga wciąga już porządnie. Na tyle, że ma się wrażenie osobistej obecności na tych wszystkich rautach, kolacjach, balach i letniskach. No i oczywiście na koncertach. A muzykę Pan Rubinstein opisuje z pełnokrwistą pasją i polorem. Bądźcie jednak Państwo pewni, że te wspomnienia to nie tylko zapis jednego za drugim tournee. To żywe opowieści o barwnym, intensywnym życiu świetnego pianisty vel zapamiętałego hedonisty, człowieka mądrego i uważnego na to, co wokół. Trochę szkoda urodzić się tak bardzo po nim.

Podsumowanie natomiast jest takie, że proszę się do cudzych opinii za bardzo nie przywiązywać, tylko słuchać, oglądać, nowe poznawać, ulubione odnawiać, z niezwykłym zapoznawać się. Znajdować zachwycające pośród nieciekawego i dać się temu uwieść. Życzę Państwu w Nowym Roku (z poślizgiem te życzenia, ale przecież i tak się liczą) niezmiennie udanych muzycznych poszukiwań oraz wrażeń elektryzujących, ekscytujących i zapadających w pamięć. Wszystkiego dobrego.

17. Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej

interpretacje2015Znowu trochę bez stosownego patriotyzmu lokalnego lansujemy Katowice. No trudno, należy się. Zresztą – od kiedy mamy szybkie drogi, jakie to ma znaczenie. Uniwersalizm, proszę państwa. I warto – ponieważ oto po sąsiedzku trwa XVII Ogólnopolski Festiwal Sztuki Reżyserskiej Interpretacje. Smogu mają jakby mniej.

Nazwiska: Kleczewska, Marciniak, Strzępka, Borczuch, Chyra, Dodin, Miśkiewicz. Spektakle konkursowe: od nowoczesnego wydania „Fausta”, przez głośnego „Dybuka” i parę innych bieżących, nowatorskich pozycji teatralnego świata. Krakowskie akcenty mamy również: w programie jest grany ostatnimi czasy w naszym MOSie spektakl „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?” i „nie – boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU” znanego duetu Strzępka/ Demirski.

Festiwal wzbogacono o spektakle mistrzowskie – jako finał przewidziano „Czarodziejską górę” w reżyserii Andrzeja Chyry z muzyką Pawła Mykietyna. Zdecydowanie zwracamy uwagę. Spektakl balansuje w elektroniczno – operowych mariażach współczesności z konwencją; premierę miał na Malta Festival w Poznaniu; niedawno prezentowany na krakowskim Sacrum Profanum. Trochę w opozycji drugi spektakl mistrzowski – „Wujaszek Wania” w wykonaniu wprost z Sankt Petersburga. Klaustrofobiczny, nieśpiesznie wyważony klasyk z najprawdziwszym rosyjskim brzmieniem śpiewnych aktorskich dialogów.

Oczywiście jak na nowoczesny festiwal przystało, nie brak atrakcji dodatkowych. Strefa Doc, projekt społeczno – artystyczny Reaktor Katowice, strefa dziecka, spotkania, debaty. Strona Festiwalu jest bardzo czytelna, program nieprzeładowany, lecz interesujący, lokalizacje dogodne, okolice do zwiedzenia.

Festiwal trwa do niedzieli 15 listopada.

Program i szczegóły:

Recenzja bez wychodzenia z domu

piano2Połowa października to czas zmiennej aury, a nawet śniegu, czas chorych zatok i chowania ogrodowych huśtawek do garaży. To też nowy sezon koncertowy, a rok z piątką na końcu oznacza również Konkurs Chopinowski. Na szczęście, mimo niekorzystnego zestawienia czynników ze zdania pierwszego z drugim, można wydarzenie to śledzić, skąd tylko meloman sobie życzy. Pełne relacje przez dzień cały w Dwójce oraz dzięki cyfrowemu przedsięwzięciu pn. Radio Chopin. Jeżeli ktoś woli wizję i obraz artysty uzupełnić musi wgląd w fizjonomię i krój garnituru, względnie – kwestię bezowatości lub nie sukni – wtedy wybrać można transmisje TVP Kultura.

Lubimy pierwszy etap, uroczysty nastrój, moment, gdy wszystko może się zdarzyć. Lubimy rozstrzygać, kto artysta, kto rzemieślnik, a kto udatnie łączy; lubimy porównywać, zestawiać, przewartościowywać, słuchać pod rząd tego samego. Lubimy patrzeć na te twarze tuż przed pierwszym tonem, na te miny. Na tych, co na estradę niemal wbiegają i tych, co wstępują na nią leniwie jak kot i z obliczem nieodgadnionym. Lubimy słuchać, co poczną z nietrafionymi oktawami, jak błyskotliwie odniosą się do okolicznościowych luk w kunszcie, jak gnają przez polonezy i rozkładają akcenty po swojemu. Lubimy te autokomentarze, rozbrajające i na gorąco: jestem zadowolony; nie wiedziałam, że to w środku w tym scherzu to kolęda, naprawę?; nie, profesor nic mi dziś nie poradził, jest tu jurorem; tylko szaleniec zaczyna program od etiud (a w tle konkurent właśnie wartko takoż zaczyna. Wtedy zapewne będzie to taki, co gra na Yamasze).

Lubimy też państwa w studiu koncertowym. Szczególnie tych, co mawiają: ten to gra kulturalnym dźwiękiem. Albo: on gra tak, jak Chopin chciał, żeby to grac. Troszeczkę zazdrościmy przenikliwości.
Mamy też absolutną predylekcję do pianistów wybierających Steinwaya i balladę g zamiast scherza. Niesprawiedliwie i z nieobiektywnym nepotyzmem przyznajemy im na wejściu punkty. Do tego oczywiście niezbywalna estyma wobec Rosjan i tych z dźwiękiem aksamitnym, lecz ciemnym, od Chopina może trochę dalej, wszelkiej perlistości przeciwnym. Powściągliwą gęstość dźwięku przedkładamy nad finezję i strojenie min nad klawiaturą.

Niespecjalnie przepadamy za słodkawą barwą Yamachy, za jej metaliczno – elektronicznym brzmieniem bez pogłosu, wycyzelowanym od igły. Średnio nas porywają wykonania nastolatków, cudownych dzieci fortepianu, szybko i trzeźwo odgrywających swoje programy w nastroju nieustającej etiudy. Rzadko i połowicznie przekonują Azjaci, wpasowani jak ulał w te japońskie instrumenty, precyzyjni z estetyką jakoś nie tą. Chociaż jeden pan z Korei – jakże on zagrał preludium c. Jakie tam były cezury. Jakie kolory.

Słuchamy z uwagą Polaków, przed których występami sala każdorazowo się zapełnia, a oklaski są z okrzykami przyjaciół z pierwszych rzędów.

Pełni jesteśmy uznania.

Cieszymy się, gdy okazuje się, że na razie jednak gust mamy dość zbieżny z werdyktami jury i nasi faworyci poza jednym przechodzą dalej.

Równocześnie głęboko podziwiamy uczestników stających w konkursowe szranki; wiemy aż za dobrze, jak wymagająca to sprawa, zaprezentować najlepszą swą formę w wyznaczonym terminie i o żądanej porze.
I czekamy. Finał blisko; co prawda, wolimy program początkowych etapów i entuzjastami koncertów e i f (melomani ściśle dogmatyczni, wybaczcie) nie jesteśmy; jednak najżyczliwiej kibicujemy i ciekawi jesteśmy
bardzo. Liczymy, że Europejczyk, że charyzmatyczny bardziej niż pani Awdiejewa i romantyczny mniej niż pan Blechacz; mamy nadzieję, niepoprawną i cichą, że tym razem ktoś z opozycji, z własnym konceptem i lekko na bakier z kanonem. Tak byśmy chcieli. Ale czekamy całkiem cierpliwie.

Koncerty przyszłego laureata już zakontraktowane.

Sacrum Profanum 2015 – podsumowanie

fot. Wojciech Wandzel
fot. Wojciech Wandzel

Tydzień temu zakończył się festiwal Sacrum Profanum, który tradycyjnie już wpisuje się w kalendarz krakowskich wydarzeń muzycznych przełomu lata i jesieni. Parada skojarzeń nieodmienna: mistycyzm z dobitną dosadnością nowoczesnej sztuki, magia z wielobarwnością, metafizyka z szorstkimi współczesnymi brzmieniami.

Niemal 5 tysięcy słuchaczy – widzów w ciągu 7 dni do wyboru miało 8 koncertów i kilka paneli dyskusyjnych, a na scenie, jak zawsze, zaskakujące mariaże: dronowa msza, elektroniczny Chopin, preparowany Cage, bezceremonialnie ekstrawagancka opera, chóry, smyczki, światła, komputery, puszki i wrzaski – wszystko to złożyło się na pozornie niejednorodną, a jednak – spójną formę Festiwalu, który balansuje pomiędzy klasyką a dwudziestopierwszowiecznym nowatorstwem. A może właśnie nie balansuje – ale pokazuje, że jedno z drugim niekoniecznie musi stanowic opozycję.

Tegoroczne nazwiska śledzącym programy podobnych festiwali niewątpliwie powiedziały sporo: choćby Johan Johannsson, bracia Dessner, Paweł Mykietyn. Artystów można było spotkać także poza sceną: podczas paneli dyskusyjnych opowiadali o swoich sposobach na łączenie dźwięków ze światów pozornie od siebie odległych, kulisach pracy twórczej, eksperymentowaniu i inspiracjach. Wieczorne koncerty z kolei dostępne były nie tylko gościom obecnym osobiście, ale i słuchaczom radia: transmitowała je Dwójka. Koncerty „Jóhann Jóhannsson – Chaconne / Drone Mass” oraz „Kate Moore – Dances and Canons / Stories for Ocean Shells” zarejestrowano i będą jeszcze – oby niebawem – do usłyszenia na antenie.

Tegorocznie Festiwal przeniósł się w całości do Centrum Kongresowego. Ułatwiło to organizację – wszystkie koncerty i ośrodek festiwalowy w jednym miejscu, dogodny dojazd z każdego niemal miejsca Krakowa, okazja – dla spóźnionych i przyjezdnych – zobaczenia na własne oczy tego wciąż jeszcze nowego w przestrzeni miejskiej obiektu. Chociaż szkoda trochę Łaźni Nowej, tej szczególnej, niepokojącej atmosfery Nowej Huty i późnonocnych koncertów na obrzeżach. Idźmy jednak z postępem, a kwestie porządkowe z pewnością zmiana lokalizacji ułatwiła znacznie.

Desakralizacja klasyki, metafizykacja chropawej nowomody. Niestety tylko raz w roku. Chociaż pewnie dlatego Sacrum jest tak niepowtarzalne. Następne muzyczne mariaże za rok.

źródło informacji:
Fot. Wojciech Wandzel – materiały prasowe organizatora | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Relacja z koncertu na którym nie byłam

Lubię koncerty, na których nie byłam. Zostawiają sporo miejsca na dointerpretowanie. Nie rozumiem, po co właściwie umawiać się tak na gromadne słuchanie. To znaczny – rozumiem, w pewnych okolicznościach podzielam, jednak zachwyty zbiorcze, tak, rzec można, fotel w fotel – one niosą bezlik doznań pozaartystycznych, no i generalnie służą czemu innemu nieco. A najlepiej się słucha we własnych słuchawkach. Co w przyszłości się przypłaci pewnie częściową głuchotą, bo to nawyk uzależniający: takie słuchanie w kółko, przy wszelkiej okazji, uparte zagłuszanie odgłosów codzienności, przekrzykiwanie dźwiękiem codziennej kakofonii, czajnika, samochodu, ludzi i eremefu.

Więc słucham Scharvenki z koncertu, na którym nie byłam, oczywiście nie po kolei i z rewerencją wznoszącą. Weźmy Adagio z trzeciego koncertu. Toż to czysty magnetyzm. W „Przewodniku koncertowym” ani słówka, lecz gdyby ujęto, objaśniliby Państwu pewnie, że rzecz zaczyna się uroczym, sielskim wręcz tematem z tanecznymi motywami. Temat ów ścierał się będzie z nadspodziewanie przeciwstawnym, niepokojącym w swej nostalgicznej poetyce tematem drugim. Jeden i drugi, zwróciłby następnie uwagę opiniodawca, przetwarzać będzie kompozytor ze swobodą, aż do pełnego niespokojnej pasji, dramatycznego finału, przepełnionego posępnym monumentalizmem z wtrętami kosmicznymi. Nie, o wtrętach już by nie napisano.

Scharvenka. Nawet jego nazwisko niespecjalnie chce się mnie trzymać. Niezapowiedziany wdarł się na moją playlistę i z miejsca dostał pięć gwiazdek, należne mu od dawna – gdyby nie wcześniejsza, powiedzmy to jasno, ignorancja. Na całe szczęście, już niebyła. A Scharvenka okazał się nieplanowaną gwiazdą tygodnia.
W ramach zacierania śladów niedoinformowania, powiedzmy więc, że niszowy nasz Scharvenka był z Szamotuł. Urodzono go na terenach Zaboru Pruskiego, nadano trzy imiona (Teofil. Franciszek. Ksawery) i od dziecka trenowano w zakresie gry na fortepianie. Dlaczego nie zrobił oszałamiającej kariery – zostawmy sprawę jakiemuś socjomuzykologowi. Geny Scharwenki są polsko – niemieckie (musiały przeważyć te drugie albo okolicznościowy pragmatyzm, bo studiował w Berlinie, a później sam nauczał, w Nowym Jorku chociażby). Założyciel własnej szkoły, autor fortepianowego podręcznika, ponoć – entuzjasta Chopina i polskich tańców ludowych. Z twórczości wymienia się parę pozycji, choć mamy ponad sto dwadzieścia opusów. Najczęściej mowa o koncertach właśnie. Są cztery. Już same tonacje, jedne z piękniejszych dla fortepianu, każą zwrócić uwagę.

Zasłuchujemy się Rachmaninowami, Ravelami, z należną im czcią upajamy się udzieloną możliwością percepcji czystego piękna. A tu nagle taki Scharvenka, nieopatrzony i wpisany w kanon: dwa tematy, parę wciąż nawiązujących do siebie myśli, czysta linearność. Ci rozgrymaszeni naddatkami mogą być zawiedzeni, bo Scharvenka jest bez brylantyny i frymuśnej otoczki, bez sztuczek, bez tapiru. Scharvenka się nad efektem nie namyśla, wyrafinowanymi sztuczkami mającymi słuchacza w szpony olśnień pochwycić głowy sobie nie zaprząta, posądzeń o liryzm nie myśli się obawiać. Daruje sobie ucieczki od konwenansu na rzecz prostej konsekwencji własnego konceptu. Dyscyplinuje go tylko piękno. Czasem tak całkiem zwyczajnie i niewysublimowanie ujmujące. Scharvenka trzyma się fortepianu jako punktu odniesienia, koncentruje na brzemieniu, lubuje w barwach więcej niż metodach. A to już ocieranie się o wielkość, czy są oktawy i pasaże, czy nie. (Chociaż są).

I – otóż – liryzm.
Ja się łapię na te chwyty, mnie serce skacze na proste progresje z susami. Ja powściągliwą linearność melodii przedkładam nad wyrafinowane fortepianowe sztuczki. Mnie drugi temat koncertu cis dokumentnie rozkłada na łopatki.

Tyle. Ludzie napisali i piszą takie ilości tekstu o wszystkim niemal, co istnieje, że nie będę stawała w szranki.
Ale posłuchajcie.

fot. Julius Schaarwächter, via Wikimedia Commons
fot. Julius Schaarwächter [Public domain], via Wikimedia Commons
Theophil Franz Xaver Scharwenka (pol. Teofil Franciszek Ksawery Scharwenka) (ur. 6 stycznia 1850 w Szamotułach, zm. 8 grudnia 1924 w Berlinie) – polsko-niemiecki pianista i kompozytor. Fundator szkoły muzycznej w Berlinie i Nowym Jorku. Urodził się w Szamotułach, w Wielkopolsce, w okresie zaboru pruskiego. Studiował muzykę w Berlinie w 1865 pod kierunkiem Theodora Kullaka. Jego starszy brat (Ludwig) Philipp Scharwenka (1847–1917) był również kompozytorem i nauczycielem muzyki. W 1881 Scharwenka założył konserwatorium w Berlinie, a od 1891 do 1898 prowadził szkołę muzyczną „Scharwenka Music School in New York City”. Jest autorem Methodik des Klavierspiels (Metodyka gry na fortepianie), która została opublikowana w Lipsku w 1907. Zmarł w Berlinie.

źródło: Wikipedia

Sacrum Profanum – „E-X-P-A-N-D-E-D”

Lista zespołów rockowych próbujących łączyć swe brzmienie z dźwiękami orkiestry i chóru jest pełna nazw największych gwiazd gatunku. Tak naprawdę jedynie niewielu udało się stworzyć organiczną całość, w której oba żywioły współistnieją ze sobą, uzupełniając się wzajemnie. Do tego wąskiego grona należy na pewno brytyjska grupa These New Puritans, której koncert zatytułowany „E-X-P-A-N-D-E-D”, rozpoczął wczoraj w znakomitym stylu trzynastą edycję festiwalu Sacrum Profanum w Krakowie.

foto: Wojciech Wendzel
foto: Wojciech Wendzel

Obok trzech angielskich muzyków – śpiewającego i grającego na basie Jacka Barnetta, perkusisty George’a Barnetta i klawiszowca Thomasa Heina – na scenie teatralnej Centrum Kongresowego ICE Kraków pojawiła się wokalistka Elisa Rodrigues, pianistka Maria Chiara Argirò, trębacz Yazz Ahmed oraz orkiestra stargaze pod dyrekcją André de Riddera i chór Synergy Vocals. W ich interpretacji usłyszeliśmy materiał pochodzący przede wszystkim ze słynnej płyty „The Field Of Reeds”, na której zespół dokonał porywającej syntezy rocka, jazzu i muzyki współczesnej.

Tak było i na koncercie. Główna jego część rozpoczęła się od eterycznej kompozycji „This Guy’s In Love With You”. Subtelne dźwięki fortepianu i kobieca wokaliza uzupełnione dostojną partią instrumentów dętych ustąpiły z czasem miejsca bardziej rozwichrzonym brzmieniom. Tak wypadł utwór „Fragment Two”, w którego nerwowej rytmice słychać było echa post-punkowych pionierów z Magazine. Podobne inspiracje zabrzmiały w „V (Island Song)”. Gęsta faktura utkana z tęsknego wokalu i orkiestrowych tonów przywoływała tym razem dawne dokonania projektu Eyeless In Gaza.

„Spiral” wniósł z kolei do zestawu więcej jazzowych elementów – zanurzonych jednak w odmętach rockowej psychodelii. Tak kiedyś grał zespół Soft Machine – i słychać to było też w „The Light In Your Name”, uwodzącym wręcz balladowym nastrojem. Pastoralny motyw klawiszowy rodem z klasycznego prog-rocka otworzył „Organ Eternal” – jedną z najpiękniejszych kompozycji w repertuarze These New Puritans, wzbogaconą przez stargaze urokliwym pasażem smyczków. Nastrojowy wstęp zagrany na trąbce zwiastował, że „Nothing Else” znów przywoła echa jazzu – i rzeczywiście, nawet Jack Barnett zamienił podczas wykonywania tego utworu gitarę basową na akustyczny kontrabas.

Piękny wokal Elisy Rodrigues w „Dream” przyniósł wspomnienie charakterystycznego brzmienia wytwórni 4AD – wpisanego jednak w kontekst muzyki współczesnej. Echa dokonań Cocteau Twins i Dead Can Dance zabrzmiały również w finałowym „Field Of Reeds” – urzekającej balladzie na dwa głosy z melancholijnym motywem fortepianowym w roli głównej.

Zachwycona publiczność nie pozwoliła muzykom szybko zejść ze sceny. Dzięki temu usłyszeliśmy cztery utwory spoza podstawowego zestawu. „Three Thousand” uderzył rockową energią, niesioną przez potężnie brzmiące bębny i dęciaki. Spokojniejszy charakter miał „Spitting Stars” – unoszony przez majestatyczną partię chóru. „We Want War” znów jednak eksplodował mocnymi dźwiękami – idealnie korespondującymi z tekstem, odmalowanym na umieszczonej za sceną ścianie telewizorów ekspresjonistycznymi wizualizacjami, pokazującymi okropieństwa wojny. Na koniec muzycy wykonali nową kompozycję – „Where The Trees Are On Fire” – w której przejmującą partią wokalną popisał się Jack Barnett.

„This is where your dreams come true, your nightmares too” – brzmiało w uszach wszystkich widzów długo po opuszczeniu sali. Nic dziwnego – These New Puritans i ich gościom udało się stworzyć muzyczny spektakl niezwykłej wręcz urody. Integralne połączenie rocka, jazzu i klasyki w psychodelicznej formule uwiodło widzów niedzielnego koncertu swym rozmarzonym nastrojem zawieszonym gdzieś między snem a jawą. Dobrze, że mogliśmy tej wspaniałej muzyki posłuchać wreszcie na żywo w Krakowie.

Koncert w ramach Festiwalu Sacrum Profanum 2015

 

źródło informacji:
Materiały prasowe organizatora | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.