Archiwum autora: Karolina Momot

Autor Karolina Momot

Karolina Momot – choreograf, tancerka, pedagog tańca. Absolwentka Choreografii i Technik Tańca Akademii Muzycznej w Łodzi oraz gliwickiego studium baletowego i wydziału rytmiki średniej szkoły muzycznej. Doświadczenie sceniczne zdobywała w teatrze tańca i teatrach muzycznych; zrealizowała też kilka własnych projektów choreograficznych („…znajdź mnie wśród nich…”, „Anatomia ciszy”, „Tango”). Interesuje się malarstwem, kinem, łyżwiarstwem figurowym; lubi koncerty, sportową jazdę samochodem, grywa w scrabble i na fortepianie.

Może się zdarzyć, że magia. Relacja z Festiwalu Filmowego „Dwa Brzegi” 2017

No i znowu lato jest. Nieśpieszne, trochę duszne. Trochę za krótkie. Wieczory letnie to mają do siebie, że coś pulsuje w powietrzu i spokoju nie daje; czegoś nowego się człowiekowi chce, coś gdzieś człowieka gna. Nas akurat poniosło do Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Znowu. Bo tam są brukowane uliczki i we wtorek na rynku można kupić lawendę. Bo promy. Bo filmy. No to gdzieżby?

Doroczna obecność na Festiwalu Dwa Brzegi to całkiem dobry nawyk. Na przełomie lipca i sierpnia w Kazimierzu i Janowcu jest przegląd kina. Oczywiście festiwali filmowych jest wokół mnóstwo; w ogóle ostatnimi czasy kraj nasz, można powiedzieć, festiwalem stoi. Ale ten akurat jest taki w sam raz. Kazimierz to nie metropolia, więc wszędzie blisko: raczej kameralnie, zdecydowanie bezpretensjonalnie. Kina, w których projekcje odbywają się równolegle (a raczej: „na zakładkę”) są tylko dwa. No, powiedzmy, że trzy, bo jeszcze jedno pod gołym niebem. Odpada więc – a w każdym razie ulega znacznemu ograniczeniu – dylemat, co wybrać. Chociaż w tym roku nakładały się z reguły akurat te punkty programu, które nas interesowały, no ale czyż byt nasz nie składa się z wyborów? Zresztą – jak już wspomniano – na szczęście wszędzie blisko.

Dyskutować, który film najlepszy, to rzecz wysoce subiektywna. Publiczność w swoim plebiscycie wybrała kanadyjsko – irlandzką biografię „Maudie”. Nieprzewidująca recenzentka ten akurat film pominęła. Mało na razie można o nim gdziekolwiek przeczytać, poza tym, że dostał już parę nagród festiwalowych i opowiada historię kobiety, która zaczyna malować „dla poprawy estetycznej” (translacje internetowe są niezawodnym gwarantem interesującej lektury), a jej sztuka okazuje się budzić tyle niezwykłe, co niespodziewane zainteresowanie. Równie niezapowiedziana jest relacja głównej bohaterki z pewnym człowiekiem i o tym przede wszystkim się w filmie opowiada. Obsada obiecująca. Polska premiera zapowiadana jest na koniec września – proszę mieć na uwadze.

Recenzentce najbardziej podobały się „Zwierzęta” Grega Zglinskiego – tego od „Całej zimy bez ognia” – bo to przemyślany, dopracowany film o tym, że wszystko wokół nas jest, prawdopodobnie, relatywne. Temat niewyczerpany, chociaż mało kto umie się za niego dobrze wziąć. A tu proszę.

Reżyser jest niewysokim człowiekiem w dżinsach, z publicznością rozmawia uprzejmie i rzeczowo i z całą pewnością dobrze wie, o czym i jak chce opowiadać. W niewymuszony sposób balansuje między gatunkami i – co się nieczęsto przy takim mariażu udaje – mieści w „Zwierzętach” wszystko, co zmieścić powinien. A utrzymanie równowagi między powagą a niedosłownością, sarkazmem a wzruszeniem, niedopowiedzeniem a precyzją – to jest sztuka. Niemniej – oklaski były powściągliwie, pytania widzów trochę obok i nie będzie to raczej film modny ani taki, co to na niego przyjdzie w sobotę do multipleksu tłum z popcornem. Na szczęście. Państwo oczywiście zechcą się wybrać.

Choć gdybym się już miała czepiać – muzyka średnia. Monotonna. Za ładna. Rzadko taką zapamiętuję. A przydałby się jeden akcent, który by się potem człowiekowi kojarzył, trzymał się głowy i znudzić nie chciał.

Co do oklasków – jedne z porządniejszych były na „Party”. Słusznie zresztą. To najczystszy współczesny klasyk. Kameralnie, teatralnie, w czarno – białych ujęciach, gorzko, lecz bez histerii, śmiesznawo, lecz nie zabawnie. (Państwa sprawozdawczyni kompletnie nie umie chichotać w tych samych miejscach, co większość publiczności. Co nie znaczy, że nie docenia sardonicznego humoru, jaki tu nam zafundowano, ba, zdecydowanie takowy lubi). Szanujący się recenzent napisałby, że „Party” to inteligentna satyra na dzisiejszą klasę wyższą i byłoby to spostrzeżenie absolutnie prawidłowe.  Sumienny żurnalista dodałby jeszcze, że film zelektryzował tegoroczne Berlinale. Wasza recenzentka potwierdza, dobrze się oglądało. Możecie Państwo z czystym sumieniem dać wiarę przytoczonym informacjom, tytuł zapamiętać i wybrać się do kina we właściwym czasie.

Ulubiona sekcja recenzentki to ta z filmami muzycznymi, w tym roku jednak najwyraźniej przeznaczona dla ciut innej grupy docelowej. No trudno, musi być jakaś demokratycznie uogólniona sprawiedliwość. Tym razem przyszła pora na muzykę południową i lokalną. Hiszpania, Nowa Zelandia, Meksyk, Indianie. To już są punkty programu dla absolutnych koneserów. Mało jazzu, mało bluesa, mało tańca. Mało filmów, co to się po seansie siedzi pół nocy i wyszukuje kolejne numery ścieżki dźwiękowej. Jeden Saura, nużący i bez jakiegokolwiek tempa – w porównaniu z czymkolwiek wcześniejszym, choćby „Tangiem” to zupełnie inny świat. Nic przejmującego tak, by ociągać się z wyjściem do ostatniej linijki końcowych napisów. A bywało już tak w Kazimierzu przecież.

Niezupełnie w tej kategorii film pobliski: ‘”Bobbi Jane”, dokument. Dobry. Tytułowa bohaterka to tancerka, związana z izraelskim Betsheva Dance Company. Kapitalny zespół, skądinąd. Akcja filmu rozgrywa się w momencie, gdy Bobbi postanawia z grupy odejść – co wielu tancerzom pewnie nie może się pomieścić w głowie. Bo spektakle Ohada Naharina to jest najczystsze szorstkie piękno. Niezwykłe w mocny, intensywny sposób; to ten raz chropawy, raz skończenie liryczny grubo ciosany współczesny romantyzm. To muzyka zestawiona tak, że przejmuje do szpiku. Wiecie Państwo – klasyka z rockiem, minimalistyczna elektronika  ekspresyjnymi bębnami. I taniec, który bywa brzydki i toporny, ale bywa  też najstaranniejszą neoklasyką. Z niby prostymi gestami, żywiołem ciała, ostinatami, kanonami i czym tam jeszcze trzeba. Z wstrzymaniami i akcentami rozłożonymi sprawiedliwie i z pietyzmem. Taki, co przykuwa uwagę najmniejszym ruchem ręki, grą światła, rysunkiem, detalem. Naharin chciał mieć zespół złożony z prawdziwych ludzi, żywych, przejmujących, z krwi i kości. Zespół silnych osobowości i pięknych kobiet. I ma. Recenzentka nie mogła się napatrzeć, choć w „Bobbi…” Betshevy było oczywiście, na korzyść tytułowej bohaterki, symbolicznie.

Niemniej powinni Państwo wiedzieć, że spektakle Naharina da się, w zasadzie, oglądać hurtowo, co nie często się w przypadku tańca zdarza. Zwłaszcza recenzentce.

A w kinie na widowni pustawo. Wiadomo – gdy w zapowiedzi stoi, że o tańcu, przeciętny widz wyobraża sobie, że znów każe mu się słuchać opowieści o tiulach, krwawiących palcach i pinezkach z pointach. Taniec współczesny  ciągle znany jest u nas mało.

Recenzentka obejrzała jeszcze parę innych filmów, pochodziła po mieście, nabyła szklany wazon, zjadła kilka wybornych śniadań w towarzystwie restauracyjnego kota i pooglądała nocne niebo nad Wisłą. Promem tym razem nie płynęła, bo była w nastroju mocno kinowym i większość czasu przesiedziała w festiwalowych namiotach.

W tym roku największe wrażenie zrobił jednak koncert.

Ten Pan już niby był na playliście, niby grał parę koncertów w okolicy, niby nawet jest z Krakowa – i to „znajomy znajomych” – a jednak trzeba było gwieździstej nocy, migoczącego drona nad głową i knajpianego ogródka w Kazimierzu, żeby Państwa recenzentka przepadła na rzecz Gypsy and The Acid Queen. A najlepiej się przepada, gdy się tego nie planuje: wchodzi człowiek „na moment” i od razu staje się jasne, że zostanie do końca. Z tym też stanem rzeczy mamy tu do czynienia: Pan Kuba Jaworski brzmi hipnotyzująco, bluesowo, poetycko i od pierwszej chwili – przyciąga. Głos ma trochę chropawy, a muzykę gęstą, lecz bez przekombinowania. Naturalną. Bez zadęcia. A przy tym nieoczywistą. Brzmi onirycznie, lecz żadne to sentymentalizowane nijakości. On wie, co chce zagrać. Więcej – wie, jak ów konkret sprzedać. I widać, że słuchać to on nasłuchał się sporo i wyciągnął wnioski (co nie znaczy, że będziemy się teraz doszukiawć, że tu brzmi jak Arctic Monkeys, a tu jak The Black Keys. Nic z tych rzeczy). A chociaż na scenie jest jeden, a Państwa recenzentka się dotąd zawsze upierała, że musi być perkusja, że musi być bas i że w ogóle syntezator i elektroniczny perkusista są na nie – to tym razem nie są. Pan Jaworski gra na gitarze i wszystkim, co tam jeszcze ma dookoła, śpiewa, trzeszczy drobnym instrumentarium – i radzi sobie z całym tym zestawem nadspodziewanie sprawnie, nie gubiąc przy tym nastroju i koncentracji. Podoba się tak Państwa recenzentce. I posłuchałaby więcej. Czytelnikom też poleca.

A do tego niezmiennie poleca Dwa Brzegi, Kazimierz i festiwalowe filmy, gdy wejdą do kin. Proszę szukać tego „swojego”, co przejmie i zostanie w głowie. Wiadomo, że wcześniej się trzeba będzie naoglądać, nachodzić, naszukać; czasem się wyjdzie lekko skonsternowanym, czasem się nie trafi, czasem zapowiedź trochę omami, czasem w trakcie seansu myśli umkną. Ale samo się nie obejrzy. Każdy początek, ten moment, gdy gasną światła, to elektryzująca obietnica. I któregoś razu się wyjdzie w zachwycie. To się zawsze może zdarzyć.

Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi

Od początku istnienia Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi krytyka zwraca uwagę na jego niestandardowe podejście do sztuki filmowej. Założeniem wydarzenia jest łączenie twórcy z odbiorcą oraz filmu, literatury, muzyki i sztuk wizualnych, czyli wszystkich dyscyplin, z których czerpie X Muza. Jest to projekt artystyczny odwracający się na masowego kina, przeznaczony dla koneserów kina i innych sztuk. Siłą festiwalu jest możliwość codziennego spotkania z artystami, mistrzami i debiutantami.

Dwa Brzegi to interdyscyplinarne wydarzenie kulturalne prezentujące cenne filmy polskie i zagraniczne: premiery, ważne filmy roku minionego i obrazy, które miały kluczowe znaczenie dla rozwoju światowej kinematografii, jak również spektakle teatralne, wystawy, koncerty i wydarzenia innych dziedzin. Dotychczasowe edycje festiwalu spotkały się z dużym zainteresowanie publiczności i mediów, zebrały niejednokrotnie entuzjastyczne recenzje. Nauczeni doświadczeniem, zmierzamy kontynuować ideę wydarzenie łączącego dziedziny sztuki, gdzie film stanowi punkt odniesienia dla pozostałych prezentacji.

Tym, co wyróżnia festiwal na tle podobnych przedsięwzięć, jest konfrontacja różnych dziedzin sztuki i umożliwianie nieformalnych kontaktów odbiorców oraz artystów: czerwony dywan zastąpiliśmy kawiarnią festiwalową, w której każdy może spotkać swojego mistrza. Adresatami festiwalu są ci, którym kultura pozwala oderwać się od świata komercji. To dla nich tworzymy program, w którym bardzo ważny jest bezpośredni kontakt z kinem: spotkanie z reżyserem, aktorem, niespieszna rozmowa, refleksja wywołana projekcją.

Program filmowy zestawia propozycje kina autorskiego, artystycznego, niezależnego, zaangażowanego społecznie, oryginalne formy kina najnowszego i młode kino europejskie. Festiwal obejmuje Kazimierz Dolny, Janowiec nad Wisłą i ich okolice, np. wioskę Mięćmierz. Otwiera przez to swój program na lokalną społeczność i kulturę. Istotnym elementem programu są prezentacje dorobku lokalnych artystów. Dzięki festiwalowi mogą oni zaprezentować się odbiorcom, którzy przyjeżdżają tutaj z całej Polski. U nas twórca popularny w swoim regionie zostaje zestawiony z artystą o sławie światowej. Dziedzina sztuki zostaje w ten sposób ukazana jako jeden, powiązany organicznie obieg idei oraz artefaktów.

Ideą Dwóch Brzegów jest poszerzanie polskiej oferty filmowej. Dzięki popartej kilkuletnim doświadczeniem współpracy z innymi festiwalami realizowane są pokazy filmów nagrodzonych w Cannes, Berlinie, Wenecji, Karlovych Varach, San Sebastian, Rotterdamie. Na festiwalu są także prezentowane produkcje, które nie znajdą się w repertuarze polskich kin. Przy współpracy z filmowymi uczelniami z Polski i zagranicy przeprowadzany jest konkurs filmów krótkometrażowych, którego celem jest tworzenie sceny debiutu dla młodych twórców.

Festiwal ma na celu poszerzenie wiedzy publiczności na temat sztuki filmowej, zwrócenie uwagi na te obszary kreacji twórczej, które składają się na dzieło filmowe: literaturę, sztuki plastyczne, muzykę, fotografię. Program budowany jest tak, by widz miał szansę po obejrzeniu filmu dowiedzieć się czegoś więcej o jego kontekście historycznym, kulturowym, literackim, plastycznym.

Wydarzeniom festiwalowym towarzyszy polsko-angielski katalog informujący o wszystkich przedsięwzięciach oraz stanowiący materiał promocyjny festiwalu zagranicą. Ponadto, codziennie ukazują się kolejne numery bezpłatnej gazety festiwalowej „Głos Dwubrzeża”.

Dyrektor Artystyczną Dwóch Brzegów jest Grażyna Torbicka – autorka licznych programów telewizyjnych i reportaży o tematyce filmowej, członkini Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI, odznaczona Srebrnym Medalem Gloria Artis „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. W latach 1996-2016 autorka magazynu filmowego „Kocham Kino” na antenie TVP2. Program poświęcony był sztuce filmowej, zajmował się promocją i edukacją w dziedzinie kina autorskiego i artystycznego. Gośćmi programu były największe osobowości polskiego i światowego kina. Jako autorka programu „Kocham Kino” otrzymała w 2009 roku nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Z Festiwalem Dwa Brzegi związana od jego pierwszej edycji.

Więcej informacji i program:

źródło informacji:
Materiały prasowe organizatora | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Kino na Granicy / Kino na Hranici – Cieszyn

Mili i szanowni Czytelnicy. Proszę nie myśleć, że nasza redakcja przestała chodzić do kina. Nic z tych rzeczy. Nie przestała. Bywamy. Wygląda na to, że w maju będzie tego chodzenia jeszcze więcej, bo oto zaczynają się festiwale.

Jeden z pierwszych to cieszyński przegląd Kino na Granicy. To już dziewiętnasta edycja. Nazwę odcyfrowywać można dosłownie: jedno miasto, dwa kraje, styk kultur. Ale granice to też emocje, zdarzenia, punkty ciężkości . I mieszanka filmowa, która o wyznaczaniu i przekraczaniu tychże na różne sposoby opowiada.

Projekcji przewidziano sporo – filmów jest ponad setka. Łączy je jedno: to kino środkowoeuropejskie. Różni: czas, konwencja, estetyka. Na otwarcie intrygujące „Zwierzęta” Grega Zglinskiego. A potem sześć dni filmowego kolażu tematów i nastrojów. Będą więc (to już tradycja) retrospektywy. Będą autorskie cykle tematyczne. Nowości. Nie braknie okazji do nadrobienia zaległości w klasyce (Zanussi, Wajda) czy zobaczenia rodzimych filmów z ostatnich miesięcy (choćby „Ederly”, „Zjednoczone stany miłości” czy „Królewicz olch”). Do tego niszowe tytuły, które już w zapowiedzi brzmią tak, że nie sposób ich przeoczyć; a jednak w ciągu roku umykają, grane krótko w studyjnych kinach albo dotąd u nas niepokazywane („Słońce, to mnie oślepiło”, „Szatan kazał tańczyć”, „Złodzieje zielonych koni”). Warte obejrzenia, bo rzadko w Polsce grywane są oczywiście filmy czeskie, słowackie, węgierskie i generalnie – z tamtych stron. Niby po sąsiedzku, ale niewiele ich z reguły znamy. A więc „Trzy sezony w piekle”, „Czuły barbarzyńca” i parę innych jeszcze. Będzie też cykl o emigrantach (a w tymże któżby, jak nie Ken Loach – „Polak potrzebny od zaraz”) i o modzie, przepraszam: fashionistkach. W tym ostatnim za przykłady reprezentatywne posłużą „Człowiek z marmuru”, „Bejbi blues” i… „Akademia Pana Kleksa”.

Poza filmami będą oczywiście koncerty, wystawy i spotkania z twórcami, a wszystko w kinach po obu stronach granicy, w Cieszyńskim Ośrodku Kultury i Teatrze im. A. Mickiewicza. Karnety sześcio – i trzydniowe można kupować w przedsprzedaży (także przez internet; jest też możliwość rezerwacji) oraz w kasach we wszystkich miejscach festiwalowych projekcji. Przegląd odbędzie się w dniach 28 kwietnia – 3 maja.

Trzeba zachęcać?

Strona internetowa Festiwalu:

Piątek, deszcz i peryferie czyli znowu o Voo Voo

Szanowni Czytelnicy. Redakcja nasza zawsze wykazywała wyraźną predylekcję do wojaży, trzeba jednak uczciwie przyznać: tendencja ta przybiera coraz to bardziej wybujałe formy. Tym razem Waszą recenzentkę poniosło do Nowej Wsi Tworoskiej. Państwo pewnie nie bardzo wiedzą, gdzie to. Rozumiemy. Recenzentka do niedawna również nie wiedziała. Jednakowoż: siedzenie w domu w piątkowe wieczory zwykle średnio jej wychodzi; a jeśli w okolicy zapowiedziany jest jakiś interesujący koncert – wtedy już nie wychodzi jej zupełnie. Nawet, jeśli tego dnia pada, a słowo „okolica” jest ciut na wyrost.

Ranczo Baranówka – gdyż tam właśnie recenzentka zechciała wynaleźć sobie okazję do uprzyjemnienia swej egzystencji – leży więc w Nowej Wsi Tworoskiej. Ściśle biorąc, na samym jej końcu – tak nam się zdaje, bo dalej ulica Leśniczówka niknie w leśnej gęstwinie. Ta Nowa Wieś jest jeszcze trochę za Tarnowskimi Górami – trzeba wiedzieć, żeby trafić. Wokół Rancza ściana lasu, za oknami spora łąka, a do tego: eleganckie pokoje, przytulna kawiarnia oraz możliwość jazdy konnej, bo ranczo to ośrodek jeździecki. Miks nowoczesnego z romantycznym, urządzone starannie, stylowo, bezpretensjonalnie, ciepło. Ciemne drewno, czerwona cegła. Ładnie. Pan Właściciel wie, jak człowieka znęcić: zaprasza, jeśli chciałoby się zaznać kameralnej ciasnoty w doborowym towarzystwie z dala od miejskiego zgiełku. Recenzentka lubi nowe miejsca, boczne drogi i ogólnie peryferie; knajpiane koncerty lubi tym bardziej, więc wiadomo było, że namawiać jej nie będzie trzeba. Dlatego za nic mając szarobure popołudnie, piątkowe korki i uporczywe „zawróć, jeśli to możliwe” GPSa – jedzie się.

A wszystko po to, by w deszczowy wieczór posłuchać na żywo siedmiu długich, jednostajnych i absolutnie wciągających utworów z nowej płyty Voo Voo. Takie to ekstrawagancje. Pan Waglewski przewrotnie zapowiada koncert jako zestaw nudnych numerów z płyty, co to niby nikt nie będzie jej chciał kupić. A dla kurażu dowcipnie obwieszcza, że postarają się uwinąć w godzinę i będzie przerwa.

O albumie „7” już jakiś czas temu u nas było i w zasadzie wszystko, co wówczas napisano należy podtrzymać. Najlepiej się go słucha za którymś razem. Wyważony, stonowany, trochę melancholijny. Przebojów tam, na całe szczęście, nie ma. Jest za to dużo grania, swobodnego i po prostu. Teksty powściągliwe; nawet, jeśli momentami gorzkawe, to jednak ciepłe. To jest muzyka, która tworzy nastroje, bawi się półcieniami, wciąga w swój nieśpieszny rytm, daje sobie i słuchaczowi czas. Pasowało to bardzo do tej Tworoskiej Wsi, do ciemnego lasu za oknami, do niedużej sali (wypełnionej po brzegi) i upartej mżawki piątkowej gdzieś z dala od rozpędzonego miasta.

Utwory są mocno rozbudowane. Czyli takie po sześć, siedem minut. Żadne tam „radio edit”. W wersji na żywo chyba się jeszcze trochę rozrosły. Oparte na wytrwale przetwarzanych motywach nawiązują jeden do drugiego i tworzą jednolitą formę. Improwizacyjnie to wszystko brzmi; można poczuć się trochę jak na nocnym jamie w 4arcie czy jakimś innym Harrisie, z tym, że wyważony jest to jam, w ryzach, bez nerwowej zaciekłości, choć grany gęsto i mięsiście. No, może Pan Pospieszalski chwilami trochę się z tego stonowanego nastroju wyrywa ze swoimi transowymi solówkami.

W każdym razie posłuchać było przyjemnie. Jeżeli Państwo mieliby również ochotę – za Voo Voo można pojechać w najbliższych tygodniach jeszcze do Gniezna czy Wałbrzycha. Trochę daleko, ale gdyby ktoś z Miłych Czytelników pozazdrościł żurnalistce, co się po Nowych Wsiach Tworoskich rozbija…

No i w oczywiście z najpełniejszym przekonaniem proponujemy Państwu odwiedzić Ranczo. Koncerty bywają tam regularnie: tej wiosny wystąpi na przykład jeszcze Kraków Street Band czy Pan Mietek Szcześniak. Zdecydowanie warto wpaść również w zwykły weekend. Proszę tylko zwrócić uwagę, żeby to było między czwartkiem a niedzielą – w pozostałe dni tygodnia kawiarnia jest nieczynna. Starannie urządzone wnętrza, malownicza okolica, uśmiechnięci gospodarze, lasy, konie, rowery, kawy, wina. Przestrzeń. Żadnych korków, żadnego ścisku, żadnych akrobacji parkingowych.

No chyba, że akurat ktoś w muzycznej kawiarni gra. Wtedy może być trochę ciaśniej. Ale chyba już mówiliśmy, że warto.

Trasa Voo Voo promująca nowy album „7”:

 Ranczo Baranówka

Voo Voo – trasa koncertowa z nową płytą „7”

Zaczyna się od środy.
No bo właściwie – dlaczegóż by nie?
Wszak nie wszystko musi iść wedle przyjętego schematu, a połowa tygodnia to ten moment gdzieś pomiędzy przesytem a mglistą zapowiedzią nowego.
Ta środa jest długa, nieśpieszna i niemal monotonna. Trzeba trochę cierpliwości, by poddać się jej nastrojowi.
Ale warto.

(Ostatnio artyści lubią tę zamierzoną powolność i te tygodniowe porządki. Choćby niedawny Jarmush).

Jednak my tym razem nie o tym. My o najnowszej płycie Voo Voo. Zatytułowano ją po prostu: 7. Tytuły kolejnych utworów to dni tygodnia właśnie. Album jest w sprzedaży od 7 marca (jak siódemki, to siódemki), a promująca go trasa koncertowa zaczyna się w ten weekend. W Krakowie chyba się Panów Waglewskich lubi – bilety wyprzedane. Ale są jeszcze Wrocław, Poznań, Opole. A pierwszy koncert już w piątek w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej.

Jaki jest ten album? Trochę się różni od poprzednich. Zamiast rockowego nerwu: atmosfera niezobowiązującej kontemplacji. Zamiast popisowych solówek na instrumentach: minimalistyczne, przemyślane granie gdzieś na granicy improwizacji. Jeden utwór płynnie przechodzi w kolejny, a całość trzyma się w jednolitym, refleksyjnym stylu. Jest nieśpiesznie, ospale niemal, trochę melancholijnie. W środę „raz miło, raz nuda”, a potem płynie leniwie tydzień w takt utworów rozsnutych i wcale niekrótkich. Zagranych z rozmysłem i w skupieniu. Minimalistycznie. Z pauzami. Oszczędnie, bez ostentacji, słodko – gorzko. Trochę lirycznie, ale to poezja zwyczajności, codzienności, rzeczy drobnych, spraw przyziemnych. „Siedem” stanowi całość; spójną, konsekwentną, zwięzłą w tekście i przemyślaną w formie.

Można zacząć w dowolnym momencie.
Można słuchać wycinkami.
Niektórzy twierdzą, że najlepiej jednak tylko w całości. Można i tak.
Najważniejsze, żeby biorąc się za słuchanie trochę wyhamować.

Bo trzeba nieco cierpliwości do tego albumu. Trzeba koncentracji na wrażeniach. Trzeba czasu na dostrzeżenie drobiazgów i poddanie się nastrojowi niemal godzinnego materiału.
Trzeba poczuć.

„To, co szybko wzlata, ulata”.
A my wolimy, żeby tak całkiem nie uleciało.

  • Koncert w Krakowie: 25 marca (sobota) – Teatr Variete

Lista koncertów w ramach wiosennej trasy Voo Voo: http://www.voovoo.pl/koncerty.php

Grafika: strona internetowa www.voovoo.pl | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

Wishbone Ash w Polsce – zapowiedź koncertu!

Dziś zapowiedź. Niemcy, Holandia, Wiedeń, Southampton, a pomiędzy tym wszystkim – my. 30 stycznia w śląskich Czechowicach – Dziedzicach zagra Wishbone Ash. Będzie to jeden z czterech koncertów w Polsce; w ramach styczniowo – lutowej części trasy zespół wystąpi jeszcze w Gomunicach, Poznaniu i wrocławskim Starym Klasztorze.

Przedstawiać nie trzeba, rekomendacja zawiera się w nazwie. Klasyka i w encyklopedii rocka pozycja obowiązkowa. Brytyjczycy grają nieprzerwanie od 1969 roku (choć z licznymi personalnymi roszadami; początkowo jako Empty Vassels, w składzie zgoła innym, niż dziś). Od samego początku jednoosobowy trzon grupy stanowi jeden z jej założycieli, gitarzysta Andy Powell. Inni muzycy przychodzili i odchodzili, udało się jednak utrzymać spójność zespołu, który koncertuje niemal nieprzerwanie i konsekwentnie nagrywa kolejne albumy.

Dwie gitary prowadzące, skrzyżowanie muzyki progresywnej, bluesa, folku, balladowość z muzycznym nerwem, zaczepny, rockowy romantyzm – wszystko to złożyło się na ów „wysublimowany hard rock”, który mimo zawirowań, zmian i upływu czasu wciąż elektryzuje szeroką publiczność. Na koncerty przychodzą zarówno wierni fani pamiętający czasy pierwszych triumfów zespołu w latach siedemdziesiątych, jak i słuchacze, których daty urodzenia zbiegają się z kolejnymi wydaniami płyt Wishbone Ash. A tych jest ponad dwadzieścia. Ostatnia, „Blue Horizon” ukazała się nakładem wydawnictwa Solid Rockhause w roku 2014. Koncertów też jest niemało, panowie podróżują sporo i najwyraźniej za nic mają upływający czas. Zresztą, skład grupy to też mała pokoleniowa mieszanka. Bo poza gitarowymi weteranami gra w Wishbone Ash perkusista Joseph Crabtree, rocznik ’79. A więc i tu eklektyzm.

W zapowiedziach przewija się jedno: legenda.
Dinozaury?
Raczej drapieżniki, które, choć przyczajone, wciąż wiedzą, w czym tkwi siła rocka.
I na tę siłę czekają słuchacze.

 

źródło informacji:
Materiały prasowe organizatora | dokładamy wszelkich starań aby szanować prywatność i prawa autorskie. Jeśli jednak nasza publikacja narusza czyjeś prawa, prosimy o informację – treść zostanie bezzwłocznie usunięta.

O upartym przekonaniu, że coś przeszyje do cna

Skaranie boskie z tym kinem. Bo wciąga. Obejrzy człowiek coś, co przejdzie dreszczem po plecach i przepadł – będzie liczył, że to się wcześniej czy później powtórzy. Pewnie dlatego tak uparcie chodzę do kina. Jedno z moich ulubionych: współczesne freski na suficie, pustawo, chłodno, dobre filmy. W sąsiednim rzędzie zaangażowane w sztukę aktywistki Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Znajoma pani bileterka. Przychodzę regularnie, jak najęta. Bo czekam. Bo parę razy obejrzałam coś, co przeszyło na wylot. Bo liczę, że jeszcze kiedyś tak się znowu stanie, że zobaczę i wyjdę zdekoncentrowana, przejęta, że dotknie, wgryzie się, przekroczy oczekiwania. Myślę o tym zawsze, gdy powoli gasną światła.

Oczywiście, trzeba się czasem na to naczekać. Przybytki kultury, sklepy i internety oferują niewyczerpywalną wręcz pomoc w zabijaniu czasu za pomocą filmów głupich i nużących, niedorzecznych i przekombinowanych, a czasem po prostu nijakich, które ogląda się jednak w antraktach, zanim trafi się na to, co naprawdę robi wrażenie. Albo na moment, który poruszy – bo czasem w samym środku nudy mignie jedna scena, jedno ujęcie, nieoczekiwane i zapamiętywalne. Lub zabrzmi muzyka, której się potem będzie szukać po najdalszych zakątkach sieci, by wreszcie triumfalnie odkryć, co to, słuchać w kółko i wozić w samochodzie przez tydzień. Tak też się zdarza. Nigdy nie wiadomo.

Więc chodzę – czasem nawet mimo przeczucia, że film do mnie nie trafi. Oglądam rzeczy, które wrażenie robią średnie, a jednak wiem, że gdybym ominęła, byłby niedosyt. Zresztą wiadomo, że o złych filmach świetnie się potem dyskutuje. Zachwyty osobiste są przyjemne, w recenzjach – skończenie nużące. Ograniczam je zatem z reguły do minimum.

W grudniu poszłam na „Zwierzęta nocy”. Oczywiście rozczarowałam się trochę zgodnie zresztą z przewidywaniami, bo artykuły o filmie były szalenie entuzjastyczne, z niebywałym wprost nagromadzeniem przymiotników w rodzaju: wzruszający, oszałamiający, nowatorski, drugi Sorrentino. Jak tak jest napisane (czy zauważyli Państwo, że mamy w ostatnich latach istny wysyp „arcydzieł”, filmów „mistrzowskich” i „fenomenalnych debiutów”? W każdym razie – w gazetach tak piszą. Genialna iście epoka)… no więc, jeżeli tak w recenzji stoi, to niechybnie przypuszczać należy, że będzie raczej przeciętnie. Łudziłam się, że może wyjątek od reguły; okazało się zresztą, że parę scen zrobiło na mnie wrażenie. Ale całość przepadła w ogólnej ckliwej manierze. Film ma niewątpliwe pretensje artystyczne; w porządku. Generalnie jednak trafia gdzieś obok: przekombinowany, nazbyt dopowiedziany. Niech no aby widz na pewno dojrzy wszystkie zmyślne metafory. Na dobitkę rzewny Korzeniowski jako główna warstwa muzyczna: dramatyczna, jękliwa orkiestra (skądinąd bardzo ładny utwór) psuje (również dobrą, nawiasem mówiąc) ostatnią scenę, która w innej oprawie prawdopodobnie by zadziałała. Nic z tego. Musi być łzawo. Nie wiem, jak Państwo, ale ja nie lubię, gdy rzewne smyczki mi mówią, kiedy się mam wzruszać. Przy okazji: ponoć Pan Penderecki wyraził swego czasu rodzaj żalu na wieść, że Pan Korzeniowski zdecydował się pisać muzykę filmową. Cóż. Podzielam. Przyjemnie się tego słucha i na choreografie młodzieżowych zespołów współczesnych technik tańca dobrze się coś takiego nadaje; jednak w filmach zupełnie do mnie nie trafia.

Paterson”. Nie mogłam nie pójść, wielce byłam ciekawa, jednakowoż mnie takie kino nie rusza nic a nic. Oczywiście wiem, że dobre: wszak to Jarmush. Senne tempo, inteligentny koncept, dopracowane wątki, żadnej bezwzględnej dosadności, nikt nie szantażuje uczuciem. Są to na ogół plusy. Ale jednak nie to. Wolę proste, mocne historie, nieegzaltowaną, lecz jednak, ekspresję. Wolę temperament buzujący pod choćby i surową, ale wyrazistą warstwą wierzchnią. Wolę, gdy są napięcia; a gdy te napięcia się umiejętnie wstrzymuje, to już w ogóle mi się podoba. A tu ładnie, kontemplacyjnie, nieśpiesznie. Małomówny główny bohater – poeta; do bólu troskliwa, ciut infantylna żona; symbole; podteksty. Niby fajnie, ale brakuje nerwu. Choć znam takich, co mówią, że wyszli zachwyceni – była to ta sama publika, która zdążyła zasnąć grubo przed połową „Tylko kochankowie przeżyją” tego samego reżysera. Filmu, który pomimo Tildy Swinton i równie ospałej, co w „Patersonie” atmosfery zupełnie mi się podobał. „Kochankowie” byli w nastroju mocno onirycznym, jakby wpół drogi między halucynacją a jawą, z doskonałą muzyką i zdjęciami oraz czającym się gdzieś w tym wszystkim nerwem. W „Patersonie” nerwu nie ma. A to istotny brak.

Na pożegnanie roku wybrałam się jeszcze „Tancerkę”. Od razu mówię, że tytuł jest moim zdaniem z gruntu nietrafiony, bo pierwszoplanowa postać filmu, Marie-Louise Fuller, zajmowała się nie tyle techniką tańca, co sztuką z pogranicza teatru ruchu i formy, tak jakoś. No ale niech będzie. Po przebrnięciu przez śniegi stolicy Polski B oraz odstawieniu zbiorowej komedii przy zakupie biletów razem z towarzystwem rozsiedliśmy się w tak odlegle, jak się tylko w niewielkiej sali dało i z zaangażowaniem oglądamy. Film jest kostiumowy, dotyczy jednej z epok, które lubię, dotyczy tańca, który, jako taki, jest mi skądinąd bliski, dotyczy różnych rodzajów aspektów relacji między ludźmi i jest na trzy plus. Muzyka okropna: jakaś melodramatyczna orkiestra bez właściwości i koszmarnie pokaleczony Vivaldi. Historia głównej bohaterki dość interesująca; to, jak układają się związki i zależności między poszczególnymi postaciami też by mogło być ciekawe, gdyby nie to, że te najbardziej zajmujące ujęte są po wierzchu, dotknięte ledwo. Mnie jednak przez większość seansu zajmowało, w imię czego z tak ostentacyjną awersją pokazuje się tu Isadorę Duncan. A prezentowana jest jako przemądrzała, afektowana pannica z ogromnym, jak to mówią, „parciem na szkło”. Słusznie? Czy ja wiem. Z „Mojego życia” niewiele już pamiętam. Był, zdaje się, egzaltowany nieco sposób opowiadania o greckich inspiracjach i to wszystko; w filmie zaś kontrastuje się panie zaciekle i nachalnie w duchu: „naiwność, pot i łzy” (Fuller) oraz „wyniosłość manipulantki” (Duncan). Zgrzytnęło mi to jakoś. Tym bardziej, że porównywanie tych postaci nie ma sensu. No bo po co właściwie. Fuller z jej tańcem serpentynowym to show, gra formą i światłem. Isadora – zupełnie inny rodzaj ruchu, odmienna estetyka; przeciwieństwo absolutne, ale też inny gatunek sztuki. Zestawianie ma się jak szafa do mikrofalówki. Więc się dziwię. I trochę mi szkoda, że taniec Isadory pokazano w filmie po macoszemu – bo są ze dwie (pokazane ukradkiem) świetne jej partie i interesująca scena tańca – czysty modern! – w ogrodzie. Jestem może stronnicza, ale znowu prostota i ekspresja przemawia do mnie bardziej, niż widowiskowa rewia. Poza tym Duncan jeździła sportowym kabrioletem.

Na koniec: obejrzałam jeszcze „Królestwo zwierząt”. Już poza kinem: z polecenia, w domu, z przeczuciem, że poruszy. I to właśnie była owa chwila między antraktami. Za oknem noc i mróz, poszły napisy początkowe i muzyka i od razu wiedziałam, że przepadnę. „Dobry film”, mawiał rzadko i z nieuznającą sprzeciwu mocą mój dziadek, wstając z fotela i z uznaniem kiwając głową. Pewnie tak by o „Królestwie” powiedział.

Skoncentrowane. Mocne. Przejmujące. Doskonała, oparta na jednym motywie muzyka – żadna inna by się nie sprawdziła. Zapamiętam.

Zachwyty recenzentów są nudne, więc ani słowa więcej.

A filmy nadal nie do nasycenia.

O kameralnych koncertach, małych knajpach i wokalistkach, które tylko wyglądają na eteryczne

Lubię małe koncerty, niewielkie kluby, lubię mieć ulubiony stolik i gdy pan za barem wie, kto i co zwykł zamawiać lubię też. Spotykanie artystów nos w nos również lubię: żadnych kolejek przed wejściem, żadnego zadęcia, niepotrzebnego blichtru, nic z tych rzeczy. (Co nie znaczy, że od czasu do czasu nie lubię odwrotnie, ale o tym innym razem). W każdym razie – na wieczór, kiedy ma się potrzebę, żeby było kameralnie, świetny jest oświęcimski Bergson. Na górze kawiarnia z wielce obiecującym zestawem ciastek i prasy, na dole – niewielka galeria i przestrzeń koncertowa. Średnio raz w miesiącu gra zaproszony zespół, kameralnie, bo miejsc góra czterdzieści, a to już z założenia czyni wydarzenie interesującym. Rozpiętość tematyczna spora. Tym razem wystąpił duet BaiKa, czyli, rozszyfrowując kolejno, znany z „Hey” i „Indios Bravos” Piotr Banach i nieznana, lecz to być może kwestia czasu, Katarzyna Sondej, zwana Kafi.

Ona, on, jeden mały syntezator, jedna gitara, mnóstwo kabli. Tyle. W sekcji rytmicznej grzechotki i liczne im podobne przeszkadzała, w dziale scenograficznym staromodna lampa, kwieciste wzory i generalnie klimat retro. Artystów jest dwoje, ilością osprzętu zdecydowanie jednak nadrabiają personalny minimalizm. Uroczysty nastrój i strefę komfortu wyszykowanej na koncert publiczności rozbijają bezceremonialnie i od razu: każą śpiewać (śpiewamy), robią egzamin z rocka (z pewną nieśmiałością, lecz zdajemy!), stawiają pytania (udzielają się najaktywniejsi) i oczekują żywych reakcji (reakcje mają miejsce). Widownia chętnie pozwala wciągnąć się w koncertowy dialog, po trzeciej piosence atmosfera jest już zupełnie nieformalna, po czwartej pierwszy rząd bez ceregieli daje się zaangażować jako chórek. Pani Kafi jest naturalna, trochę niespokojnie kręci się przed mikrofonem, dużo się uśmiecha i sprawia wrażenie nieśmiałej licealistki. Dopóki nie zaśpiewa. W pierwszym zdaniu z rozbrajającą szczerością przyznaje, że denerwuje się niezmiernie, w pierwszej piosence robi wrażenie mocnym głosem o ciepłej, ciemnawej barwie i sporej skali. Pan Banach to ten bardziej scenicznie otrzaskany w tym duecie. Opowiada anegdoty, żartuje, sprawnie skraca dystans i wciąga publiczność w rozmowę. Teksty piosenek są jego, komponują wspólnie. Repertuaru Państwo BaiKa mają sporo: krótkie, melodyjne utwory, z zabawnymi, bezpretensjonalnymi tekstami, w stylu jednolitym, choć wyraźnie próbującym rzeczy różnych: chwilami brzmią ostro i rockowo, chwilami to bardziej poetyczna piosenka autorska, chwilami blues, trochę reggae. Całość trzyma się nieźle, jest pomysł na ten duet, jest muzyka, której dobrze się słucha i jest sposób na przyjemne spędzenie sobotniego wieczoru.

Czego brakuje? Żywej sekcji rytmicznej i łyżki dziegciu. Mam wrażenie, że lekko zachrypnięty głos wokalistki wypada lepiej w numerach idących w kierunku rocka i tych chętnie usłyszałabym więcej. A nieco słodkawe teksty tylko by zyskały doprawione trochę bardziej zadziorną nutą. Wszak wiadomo, że kontrasty zwykle sprawdzają się najlepiej. No a brak perkusji i basu trzeba przyjąć, zważywszy na warunki lokalowe. Coś za coś. Jak się chce kameralnego koncertu, należy się liczyć z elektronicznym beatem zamiast ekspresyjnego perkusisty. Czyż nie?

Zresztą – BaiKa działa zaledwie od roku, więc nie wiadomo, co przed nimi jeszcze.

O koncertach i innych wydarzeniach i koncertach w Cafe Bergson można poczytać na stronie facebookowej:

Nowy sezon w Nosprze

A więc, drodzy Czytelnicy, jako instytucja dyskretnie sugerująca muzyczne okazje do wykorzystania, na wypełnienie jesiennych wieczorów uprzejmie doradzamy wizytę w Nosprze. Warto, więc bez wstępów. Przypominamy tylko: w katowickiej siedzibie Narodowej Orkiestry Polskiego Radia niemal codziennie są koncerty. Do tego wygodny parking bez podstępnych bramek, co to grożą człowiekowi koniecznością uiszczenia wybujałego haraczu, gdy w czeluściach torebki zawieruszy się mu kwitek; do tego knajpa z rarytasami na chwiejących się stolikach; do tego wreszcie dobrotliwi panowie w szatni, tacy, co na wiadomość, żeście z Krakowa, wyrażą zachwyt ewidentny i nieudawany.

Z zupełnie subiektywnym zacięciem wymieniamy co lepsze pozycje z listopadowo – grudniowego repertuaru:

– Piotr Orzechowski (znany też jako Pianohooligan) – piątek, 18 listopada, 19.30
Przedstawiać nie trzeba. Krakowianin, pianista, kompozytor, w balansach między klasyką, nowoczesnością, improwizacją, folklorem, jazzem i czym tam jeszcze. Warto. Z upodobania do fortepianowych eksperymentów, dla zaznajomienia się z świeżością spojrzenia młodego twórcy, w ramach patriotyzmu lokalnego, itd.

– Osiecka Masterclass, Nowosiecka – niedziela, 27 listopada, 12.00 i 20.30
Organizator zapowiada, że tego dnia sala przeżyje oblężenie, no ale jak się daje taki program i takich wykonawców to nie dziwota. Piosenki Osieckiej zdają się być nie do wyeksploatowania. W południe Panie Jurksztowicz, Ostrowska, Umer, wieczorem Brodka, Koteluk, Przybysz i wszelka młoda gwardia. Brak miejsc, ale może ktoś z Państwa użyje własnego uroku/ fortelu/ sposobu i jakoś się wciśnie.

– Dmitry Masleev – fortepian, Dmitry Liss – dyrygent, Rachmaninow – II koncert fortepianowy – czwartek, 1 grudnia, 19.30
Sami Państwo widzicie. Rosjanie. Fortepian. Rachmaninow. Nie da się nie iść. Chociaż, jeśli nie wykazali się Państwo zapobiegliwością, iść też będzie trudno – bo i tu miejsc brak. Wszak to koncert c – moll, a mało jest melomanów takich, co to ich któraś z jego części nie rusza.
Po Rachmaninowie będzie jeszcze „Manfred”, jeśli ktoś gustuje. Co ciekawe, rok temu o tej porze roku również był w Nosprze Rosjanin i również z rosyjskim koncertem fortepianowym.

– Włodek Pawlik „Night in Calisia – niedziela, 4 grudnia, 19.30
Perełka. Gościnnie Randy Brecker na trąbce. Na uczczenie Barbórki trąbka, jazz i cała reszta.

Acha. W styczniu w repertuarze jest co najmniej równie interesująco.

Więcej informacji:

… taki tam tekst o kinie

Szanowni Czytelnicy.

Więc jesień.

Zelżały upały, lato przeszło najpiękniejszą swoją fazę. Dzieci z ponurą zgrozą studiują nowe podręczniki, miejskie korki zagęszczają się ochoczo, pustawe knajpy znowu zapełnione nowymi mieszczanami w ferworze pracy przyssanymi do swoich laptopów, po ulicach biegają zaaferowani ludzie, którym zaczyna już schodzić opalenizna z Riwiery. Nasza redakcja rozbijała się tego lata po wakacyjnych festiwalach, jest się więc na bieżąco z pewnymi rzeczami . Oto więc skrzętnie się będzie referowało.

Mnie przypadło o filmach – jako, że byłam na „Dwóch Brzegach”. Kazimierz Dolny polecam Państwu bez najmniejszych zastrzeżeń, pisałam już zresztą o tym zdaje się. Co do kina – miks rezerwy, zaskoczeń i jeden prawie zachwyt.

Zaczynam jednak od przeciętnego.

Kamper”. Jest to polski debiut z tytułem podchwytliwie podstępnym, bowiem nie ma ów nic wspólnego z wesołą turystyką motoryzacyjno – campingową, jest za to ksywą głównego bohatera. Oczywiście zaliczam się do publiczności, co się nieustannie i o wszystko czepia, ale mnie ten tytuł ani przekonuje, ani bawi, ani intrygująco zadziwia. Nijaki jest i drugiego dna też się dopatrzyć nie potrafię, no ale trudno, tytuł, jak tytuł, uszedłby, gdyby reszta raczyła być interesująca. No ale nie jest. Fabuła rozłazi się nieco wśród ładnych, nowoczesnych ujęć w jasnej i współczesnej nowomiejskiej rzeczywistości; oto trzydziestolatek, zawodowy tester gier komputerowych, protagonista anemiczny raczej i niemrawy, snuje się przez życie wraz z równie mało energiczną młodą żoną, która pana Kampera zdradza. Zdradza okazjonalnie i jakoś bez szczególnego przekonania, bez przekonania też płaczliwie żałuje; niby więcej ma ikry niż szanowny ślubny, uczy się – a jakże – gotowania, zakłada – cóż by innego – modnego food trucka, a kochanek jest nie inaczej, jak gwiazdą kulinarnego show w granatowym, oczywiście, garniturze. Hipsterstwo na całej linii. Ogólnie młodzi państwo bezwolni są i bez charyzmy; nawet ich kłótnie brzmią nieprzekonująco, a wiadomo, że woli się jednak bohaterów ekspresyjnych i z tzw. życiem wewnętrznym. Ja przynajmniej wolę. Tu tego nie mamy. Jest schematycznie, nowomiejsko i niemożliwie wprost bezkrwiście. Całość wypada blado, nic nie rekompensuje niezgrabnych dialogów ani mało wciągającej fabuły: ani zdjęcia, ani aktorstwo, ani nic. Jasne, że to pierwszy film, rozumiemy, doceniamy wysiłki, ale prosimy o coś z większą dawką emocji. Całość trochę ratuje piosenka z napisów końcowych (DJ Shadow, This time), ale to chyba ciut za mało, prawda?

Po sąsiedzku w mojej filmowej typologii stoi „Pożegnanie”. To również jest debiut, tym razem brytyjski, inny zupełnie tak pod względem zamysłu, jak i jakości ogólnej. I chociaż nie jest to dzieło, po którym człowiek wychodzi z kina i dwa dni nie je, nie śpi i nie pije, bo przeżywa sztukę, to widać, że młody reżyser naczytał się książek, naoglądał dobrych filmów i ma wyraźne pretensje artystyczne. Co prawda festiwalowa rozmowa z nim jakoś się nie kleiła, młodzieniec sprawiał wrażenie tak zagłębionego w sztuce, że na sprawy przyziemne mocno był niepomny, no ale wiadomo – artysta. Na niezawiłą fabułę „Pożegnania” składa się historia kilkunastolatka i jego matki, którzy przyjeżdżają na piękną francuską prowincję. Mają do sprzedania letnią posiadłość, on – do przeżycia pierwszą miłosną fascynację francuskim rówieśnikiem, ona – do poukładania sprawy osobiste, bo mąż odchodzi, syna trudno zrozumieć i generalnie życie się nie klei. Wszystko w fajnych wnętrzach w stylu prowansalskim, z dyskretną muzyką, malarskim spojrzeniem operatora i wyraźnym zacięciem poetyckim. Przeżyć na pięć dni rozmyślań o wspaniałości sztuki Państwu to kino nie dostarczy, ale obejrzeć można.

W ramach pobocznego wtrętu – poza Festiwalem reprezentantka Państwa objazdowej redakcji obejrzała „Śmietankę towarzyską”. Woody’ego Allena, gdyby się ktoś pytał. Jest to film o niedosytach. O tym, że czego by człowiek w życiu nie wybrał, zawsze będzie się zastanawiał, jak mogłoby być, gdyby zdecydował inaczej. Kolejnym bohaterom – i młodemu prowincjuszowi, który szuka szczęścia w Hollywood, i jego zamożnemu wujowi – krezusowi świata filmu, i ich pięknym towarzyszkom – wszystko układa się w miarę dobrze. Dramatów wielkich nie ma. Kataklizmów – ani tyle. Tragedii – brak. A jednak ciągle czegoś każdy z towarzystwa ma niedobór i są (choć z lekka wymuszone) rozterki. Poza tym: przydużo kawiarnianego swingu, bardzo dosłowne stylizacje w każdej materii, płaskie dialogi i jednowymiarowe postaci. Mojemu towarzystwu ten wszechobecny jazz nawet się podobał, ja się jedna za monotonnymi zamysłami artystycznymi nie opowiadam, wypadło to zbyt jednolicie, zbyt nużąco. Nie żebym kiedykolwiek przepadała za Allenem, ale jeśli dotąd miał jakiś nerw, to teraz wyraźnie uległ on przytępieniu.

Na szczęście poszłam jeszcze na „Komunę”. W ulubionym kinie, przy stanie widowni: 5. Thomas Vintenberg jest Skandynawem, jest przystojny, jest elokwentny, ciekawie wypowiada się w wywiadach i nakręcił kilka głośnych, nagradzanych filmów – już to wystarcza, żeby wybrać jego film z programu. Było warto. No może nie jest to zachwyt (choć momentami się ociera), jednak pełna jestem uznania. Dobre, pełnokrwiste aktorstwo, oszczędne teksty, świetne, nieoczywiste zestawienia i ogrywanie emocji „na przeciwnie” zawsze w kinie są nieocenione. Ten film wciąga, chociaż ani aktorzy specjalnie piękni, ani wnętrza wysmakowane, ani muzyka przebojowa. Dzięki temu ostatniemu zabiegowi lekko stary, lukrowany Elton John w scenie pogrzebu brzmi po prostu kapitalnie. Ujęcia bez szaleństw, maksymalna koncentracja na treści i wyrazie, przemyślanie, mocno i prosto, tak się w naszej wybrednej redakcji lubi.
A chodzi o to, że para czterdziestoparolatków z córką wprowadza się do odziedziczonego ogromnego domu i żeby udźwignąć rzecz finansowo, przyjmuje współlokatorów. Trafiają się ekscentrycy: jeden raz po raz wybucha wstrząsającym łkaniem, drugi w ramach porządkowej obsesji pali w salonie wszystko, co zakwalifikuje jako „bałagan”, trzeci coś tam jeszcze, nawet dziecko w tej komunie spogląda niewinnymi oczętami, zapowiada własną rychłą śmierć i jest niezwykłe. W tej szalonej z lekka konfiguracji jest najpierw trochę śmiesznie, a potem coś się wikła. Przychodzi pozamałżeńska fascynacja, a związek głównych bohaterów zaczyna się rozchodzić, bo oto nie wiadomo, czy i tę kwestię mogą objąć nowe światopoglądowe porządki. Dobra rola Trine Dyrholn, z całą gamą uczuć i zmian, równie dobra postać mrukliwego niewiernego małżonka, pozornie odpychającego, lecz ze szramą, która tę rolę przełamuje i w jednej chwili przemienia w interesującą. Cała rzecz pokazana treściwie i jasno, z pozornego bezładu i niezdecydowanego przestępowania nogi na nogę wyostrza się klarowna, spójna historia, której bez zastrzeżeń się wierzy. Dobry balans między poszczególnymi wątkami: porządne role drugoplanowe trzymają się swoich miejsc i równoważą humorem dramatyczne momenty głównej historii, nie tracąc przy tym spójności i zasadności, bo tu jedno uzupełnia drugie, a smaczków i nawiązań uważny widz może się doszukiwać do woli. Rozsądna, równa, pewną ręką poprowadzona fabuła. To jest ten jeden raz na ileś, którego chciałoby się zawsze, gdy siada się w kinowym fotelu. Tak właśnie, napisałam, i nie cofnę, co by nie mówili wszyscy inni.

Zresztą – kto by dawał wiarę recenzentom.

A gdyby Państwo mi jednak wiarę dali, albo poruszeni moimi wyrazami uznania chcieli przekonać się osobiście (do czego zachęcam, rzecz jasna), albo jeśli absolutnie nie wierzą Państwo wszystkim powyższym bzdurom –  wymienione filmy nadal jeszcze w kinach. Lotna redakcja poleca.