Archiwum autora: Julia Brodowska

Autor Julia Brodowska

Skrzypaczka, absolwentka Akademii Muzycznej w Katowicach i studentka Sztuki pisania na Uniwersytecie Śląskim. Oprócz grania, od lat jej wielką pasją jest słuchanie, odkrywanie i pisanie o muzyce. Prowadzi bloga: „Subiektywnie o muzyce” – jej teksty można odnaleźć także na portalu Folk24.pl. W muzyce szuka przede wszystkim autentyczności, nie uznaje podziału na gatunki i wciąż stara się otwierać na nowe brzmienia.

Feist na OFF Festivalu 2017

Od 12 lat regularnie przeszukiwałam Internet, sprawdzając, czy przypadkiem nie pojawiła się jakaś informacja o koncercie Feist w Polsce. Wciąż na próżno, co wydawało mi się dziwne, bo wiedziałam, że to artystka, która ma w tym kraju naprawdę dużo fanów. Długie kilkanaście lat, 4 studyjne płyty i nareszcie się doczekałam – Feist wystąpiła 4 sierpnia na OFF Festivalu w Katowicach!

Oczekiwanie na takie koncerty jest często bardziej emocjonujące niż sam występ, wiem też, że nie potrafię nigdy ocenić takiego wydarzenia w pełni obiektywnie, ale bez najmniejszych wątpliwości mogę przyznać, że Feist mnie nie zawiodła. Myślę, że każdy fan Feist odnalazł na tym koncercie coś dla siebie, bo był tu i czas na ostre przywalenie w gitarę, zabawę głosem, wspólne śpiewanie i kameralne piosenki tylko z gitarą. Mimo to niedosyt mogli mieć ci, którzy artystkę pokochali przede wszystkim za klimat płyty Let it die. Chyba nawet mnie – uwielbiającą każdą płytę Feist – zaskoczyło, że był to występ tak mocno rockowy. Wolałabym posłuchać tych piosenek w niewielkiej sali koncertowej albo w klubie, z dobrym nagłośnieniem i w kompletnie innym klimacie, ale… koncerty plenerowe rządzą się swoimi prawami, a przynajmniej tak sobie tłumaczę fakt, że zabrzmiało zaledwie kilka ballad. Występ zdominowała mocna perkusja, ostro zaznaczony bas i rockowa gitara – było szaleństwo i niesamowita energia. Najwyraźniej Feist ma w swoim muzycznym rozwoju taki moment, kiedy potrzebuje grać głośno, wręcz wyżywać się w każdej piosence. I nie mówię, że to źle.

Koncert rozpoczął się od tytułowego kawałka z najnowszej płyty – Pleasure i dobre 40 minut artystka poświęciła ostatniemu albumowi, obiecując (ku radości publiczności), że później przyjdzie czas na starsze piosenki. Mimo że ja również mam ogromny sentyment do poprzednich płyt Feist, muszę przyznać, że fragmenty z Pleasure zabrzmiały najbardziej autentycznie i intensywnie. Czułam, że ta muzyka i teksty są Feist szczególnie bliskie. Podziwiałam też jej grę na gitarze, której wcześniej jakoś nie potrafiłam docenić, na żywo jej solówki były magnetyzujące i bezkompromisowe. Chyba najbardziej urzekła mnie w bluesowym I’m not running away – jednej z moich ulubionych piosenek z Pleasure. Cieszę się, że w tym rockowym szaleństwie Feist pozwoliła sobie także na trochę zabawy głosem, harmonią nakładanych na siebie dźwięków, a muzycy z zespołu tworzyli jej świetny chórek. Feist nie jest wokalistką o bardzo mocnym głosie, ale od lat zachwyca mnie jej swoboda śpiewania – na żywo jeszcze większa niż na płytach. Może dlatego, że w ogóle podczas koncertów Feist jest znacznie bardziej emocjonalna. Żałuję tylko, że nie wszystkie wokalne niuanse były słyszalne. Zwłaszcza pod sceną w głośnikach dominowały perkusja i bas, przesłaniając w kulminacjach to, co naprawdę ciekawe w większości piosenek – harmonię i melodię.

Jeśli chodzi o muzykę z poprzednich płyt, to można powiedzieć, że Feist zrobiła… szybki przegląd. Wybrała po dwa-trzy kawałki z każdej płyty, po kolei z The Reminder, Metals i na koniec Let it die. Mocno utkwiło mi w pamięci szalone Sealion – świetny cover piosenki Niny Simone. To było jedno z tych wykonań, kiedy słuchacz ma wrażenie, że za chwilę cała scena wybuchnie i wyleci w powietrze! Jednak najbardziej wzruszyły mnie dwie piosenki z Let it die – tytułowy numer i przebojowe Mushaboom. Na te ostatnie kawałki muzycy wyciszyli się, zagrali znacznie oszczędniej, nietypowo – koncert nie skończył się z przytupem. Mushaboom Feist wykonała sama z gitarą, z mocno słyszalnym udziałem publiczności w refrenie.

Feist podczas tego koncertu niesamowicie połączyła ostre i naprawdę męskie granie z kobiecą subtelnością. Przeważało to pierwsze – zwłaszcza, kiedy Feist wyżywała się na swoich gitarach, ale nad tym wszystkim unosił się przecież jej subtelny, rozwibrowany i ciepły głos. Genialnym uzupełnieniem tej mieszanki muzycznej był także strój artystki i dekoracja sceny. Feist wystąpiła w różowej (absolutnie kobiecej!) sukience, a w tle w kilku piosenkach rozpościerał się wielki różowy wachlarz.

Cieszę się, że wreszcie polscy fani mieli szansę usłyszeć Feist na żywo. To był fantastyczny wieczór, a nawet noc – Feist rozpoczęła swój koncert o północy! Od pierwszej do ostatniej minuty jej występ był dla mnie ogromnym przeżyciem – spełnieniem marzeń. Po kilku latach usłyszałam koncert artystki, której muzyka mnie kształtowała, której piosenki towarzyszyły mi w najróżniejszych momentach życia. Brzegi kartek w książeczkach z jej wszystkich płyt mam poszarpane od ciągłego przeglądania tekstów. Kawał czasu i ważnej dla mnie muzyki. Emocje jakie towarzyszą takim koncertom są nie do porównania z niczym innym. Dzięki OFF Festival za taką możliwość!

Tekst znajduje się również na blogu Subiektywnie o muzyce: prawdziwa-muzyka.blogspot.com/

Foto: Monika Stolarska / Onet

Dhafer Youssef na festiwalu Ethno Port w Poznaniu

Tegoroczna edycja festiwalu Ethno Port Poznań rozpoczęła się niezwykle ważnym dla mnie koncertem. 12 czerwca na scenie CK Zamek wystąpił jeden z najciekawszych etno-jazzowych artystów, tunezyjski wokalista i wirtuoz arabskiej lutni oud – Dhafer Youssef z zespołem. Był to drugi koncert w Polsce promujący jego najnowszą płytę – „Birds Requiem”, ten kto słyszał kwartet Dhafera w zeszłym roku podczas festiwalu Palm Jazz w Gliwicach, z pewnością miał kilka dni temu okazję do licznym porównań. W Poznaniu kwartet wzbogacony został transowym brzmieniem gitary Eivinda Aarseta, co nadało tej muzyce jeszcze więcej barw i zmiennych nastrojów. Muzycy balansowali między jazzem, a etniczną muzyką arabską, dodając łagodną, pobudzającą wyobraźnię elektronikę, a czasem nawet rockową energię.

Myślę, że ogromy wpływ na fantastyczny odbiór koncertu miało miejsce, w którym się odbywał. Centrum Kultury Zamek okazało się idealne na tego typu imprezy. Jeszcze zanim zaczął się koncert, przyjemność sprawiło mi oglądanie budynku, chłonięcie artystycznej atmosfery, czy możliwość spróbowania tunezyjskich potraw w tamtejszej restauracji. Bardzo dobrze przygotowana była też sala w której zagrał Dhafer Youssef. Organizatorzy nie zawiedli, stworzyli artystom doskonałe warunki do tego, by muzyka mogła bez przeszkód docierać do słuchaczy. Ucieszyło mnie świetne nagłośnienie – czyli coś, co wciąż za rzadko zdarza się na koncertach. Jednak Dhafer Youssef jeździ na koncerty ze swoim bardzo dobrym realizatorem, a i sam lider cały czas na bieżąco ze sceny zdawał się kontrolować brzmienie zespołu. Może receptą na dobrze nagłośniony koncert jest po prostu wnikliwe słuchanie siebie nawzajem?

Muzycy stworzyli podczas koncertu prawdziwie hipnotyzującą atmosferę. Brzmieli cudownie razem i osobno, każdy z nich miał coś innego do zaoferowania. Ogromne wrażenie zrobił na mnie gitarzysta, Norweg – Eivind Aarset. Jego syntetycznie brzmiąca gitara elektryczna była czasem jedynie efektem dźwiękowym, odgłosem z zaświatów niezwykle uzupełniającym akustyczne brzmienie całego zespołu. W swoich poszukiwaniach dźwiękowych Aarset wykorzystywał między innymi grę smyczkiem po strunach gitary, bawił się dźwiękiem, przetwarzał go na różne sposoby. Podziwiam muzyków, którzy nie boją się podczas koncertów ograniczać popisów wirtuozowskich na rzecz skupienia się na brzmieniu i barwie instrumentu. Poszukiwania dźwiękowe gitarzysty świetnie uzupełniał subtelny, doskonale wyczulony na najmniejszą nawet zmianę perkusista Ferenc Nemeth i wrażliwy kontrabasista Phil Donkin. Jeszcze ciekawszy niż na pierwszym koncercie w Gliwicach okazał się też pianista – Kristjan Randalu. Uwielbiam jego lekkość i finezję gry, nadzwyczajnie łączy klasyczne podejście do fortepianu z jazzową wirtuozerią. Chyba najwyższa pora, żebym zapoznała się z jego solowymi nagraniami…
Trzeba przyznać, że Dhafer otacza się wspaniałymi muzykami. Jednak na koncertach to on jest liderem, to on prowadzi zespół i nadaje kształt brzmienia całości. Podczas koncertu w Gliwicach odniosłam wrażenie, że zdecydowanie pewniej czuje się grając na oud, niż śpiewając (choć w jednym i drugim jest bezbłędny). To wrażenie zupełnie zniknęło podczas poznańskiego koncertu. Dhafer pozwalał sobie na bardzo dużo improwizacji nie tylko na oud, ale także głosem. Mogłabym go słuchać bez końca i również nie boję się tysięczny raz powtórzyć, że to najbardziej…kosmiczny głos jaki znam. Nigdy nie przestanie mnie zachwycać skala i różnorodność barwowa, jaką prezentuje. Niezwykle przejmujące były dla mnie dialogi Dhafera z gitarą. Wysokie dźwięki głosu splatały się z gitarą, jak jeden instrument – to są właśnie są te momenty, kiedy piękno muzyki wywołuje łzy w oczach. Nie była to przecież rozdzierająca, smutna pieśń, jedynie fragment improwizacji, ale pamiętam go chyba najmocniej z całego koncertu.
Warto zauważyć, że na koncercie większość kompozycji zabrzmiała w zmienionych aranżacjach. Widziałam jak muzycy bawią się tworzeniem na scenie czegoś nowego, choć wiem, że część na pewno była wcześniej ustalona, to jednak przeważała improwizacja. Czułam jak muzyka sama ich prowadzi, jak z zainteresowaniem patrzą co będzie dalej. Doczekałam się w Polsce takiego Dhafera, jakiego lubię najbardziej – z odrobiną elektroniki i transu. Każda kompozycja miała w sobie coś magicznego, podpowiadała wyobraźni nowe obrazy, przenosiła w inne światy. Pustynne brzmienie oud zestawiane było z matową, zimną gitarą elektryczną. Artyści stworzyli niezwykłą mieszankę kultur i udowodnili, że w muzyce nawet najbardziej odległe rejony świata mogą do siebie pasować.

To był jeden z tych koncertów, o których bardzo trudno jest mówić. Emocje i oddziaływanie dźwięków na naszą duszę są zawsze trudne do ujęcia w słowa. Jedno jest pewne – długo będę pamiętać ten koncert, zainspirował mnie, oczarował… Mam nadzieję, że niebawem znów dane mi będzie usłyszeć Dhafera Youssefa w Polsce, bo to jeden z tych artystów, którego nigdy nie ma się dość.

Tekst znajduje się również na blogu prowadzonym przez Julię Brodowską: „Subiektywnie o muzyce„.